W ciemności padaliśmy ofiarą wszelkiego rodzaju irracjonalnych urojeń. Pniak drzewa, kępa ziemi, zwój drutu przybierały nowe złowrogie kształty i w świetle flary mogły sprawiać wrażenie, że poruszają się w naszym kierunku. Patrol to potężna działka narkotyku. Wychodzisz na ziemię niczyją i wracasz, o ile w ogóle wracasz, jako odmieniony człowiek.

Pierwsza wojna światowa nie bez przyczyny kojarzy nam się z wojną okopów. Mimo że front wschodni pozwalał na wielkie manewry, to fronty zachodni, salonicki, włoski czy pod Gallipoli oznaczały setki kilometrów ziemnych obwarowań. Długie okresy względnego spokoju przerywane były przez krwawe bitwy na wyniszczenie. Dla wszystkich żołnierzy przedpiersie ostatniego okopu stawało się symbolem – granicą między przestrzenią względnie bezpieczną, własną, a tym przerażającym kawałkiem terenu, który prowadził do linii wroga.
Stąd ten kawałek ziemi, mający czasami kilkadziesiąt, a innym razem kilkaset metrów szerokości, nazywano powszechnie ziemią niczyją. Trauma tego krańca dwóch światów przeszła nawet do języka powszechnego. W Anglii nadal korzysta się z wyrażenia „go over the top”, oznaczającego działanie przesadzone, ekstremalne, ciut dramatyczne. Pochodzi właśnie z czasów pierwszej wojny światowej, z tego pójścia „ponad”, z wystawienia się na wielkie niebezpieczeństwo.
Ale ziemia niczyja nie pozostawała bez życia. Tam życie budziło się jednak po zapadnięciu zmroku. W nocy na żer wychodziły upiory, nie zawsze namacalne, nie zawsze dające się usłyszeć. Na oko pewnie prawie 90% linii frontu zachodniego, ciągnącego się od morza po granicę szwajcarską, pozostawała w ramach tak zwanych cichych sektorów.
Do tego, szczególnie po wydarzeniach z Bożego Narodzenia 1914 roku, doszło do ewolucji specyficznych lokalnych systemów nazywanych w skrócie „żyj i pozwól żyć”. Zwykli żołnierze zaczęli zauważać, że powstrzymanie przemocy powoduje brak reakcji i w miarę znośne warunki do życia. Można by powiedzieć, że ten horror ziemi niczyjej starano się jakoś kontrolować. W maju 1915 roku pewien młody angielski oficer zapisał w dzienniku: „Niemcy również wyszli przeprowadzić prace ziemne, więc strzelanie uważa się za niezgodne z etykietą”.
Na poziomie pułku instynktownie podejmowano decyzję o niezaognianiu spokojnych odcinków frontu. Ta etykieta obejmowała na przykład nieprowadzenie żadnego ostrzału w trakcie śniadania. Patrole nocne zaś potrafiły wykonywać swoje zadania z niejakim zignorowaniem działań wroga. Często można usłyszeć ciekawostkę z czasów wojny secesyjnej, że zdecydowana większość żołnierzy, nawet 80%, nie była w stanie oddać strzału do przeciwnika.
Pewnie ta ogólna obserwacja dotyczy każdego konfliktu. Większość ludzi nie widzi sensowności przemocy i ma w sobie blokady przed odebraniem życia. Wojna okopowa mogła jeszcze podkreślać sensowność lokalnych układów, bo co miałoby przynieść kilka dodatkowych ofiar, gdy front od miesięcy stoi w miejscu? Głównodowodzący po obu stronach byli wściekli na wieści o jakichkolwiek nieplanowanych rozejmach i o braku wojowniczości.
Przez to szukali sposobu, jak nawet na uśpionych odcinkach zapewnić żołnierzom zastrzyk adrenaliny. Są przecież sposoby, aby z cywilów zrobić faktycznie morderców. Trzeba wzbudzić w nich złość i chęć zemsty. Tym narzędziem do upuszczania krwi i nakręcania spirali przemocy stawały się specjalne jednostki nastawione szczególnie na cel zabijania wrogów.
Niemieccy strzelcy wyborowi byli jednym z pierwszych takich narzędzi. To oni nocą wychodzili również w ziemię niczyją, by zająć dogodną pozycję do porannego, zaskakującego ataku, często sprowadzającego się do ledwie jednego precyzyjnego strzału. Ta taktyka przyniosła świetne efekty już zimą 1914 i 1915 roku. Przez długie miesiące alianci nie mieli narzędzi do radzenia sobie z tym zagrożeniem.
Front zachodni oddychał różnie w różnych sektorach. Po wielkich bitwach dochodziło często do zmęczenia brutalnością i do pasywności po obu stronach. W spokojnych sektorach zaś działania jednego snajpera mogły prowadzić do chęci zemsty i do eskalacji lokalnej walki bez pardonu. Uznaje się, że w podobnym czasie Kanadyjczycy eksperymentowali zaś z innym podejściem do terroru ziemi niczyjej poprzez tak zwane nocne wypady.
Niewielkie grupy lekko uzbrojonych żołnierzy miały infiltrować wysunięte pozycje przeciwnika, pojmać jeńców, najlepiej przy tym zostawiając kilka trupów. Dla efektu psychologicznego jeden brytyjski generał uznał, że nocne wypady są bardzo wartościowym sposobem na przeszkolenie odważnych i gruntownie kompetentnych dowódców. Jak wyglądały przygotowania do takiego nocnego ataku? Przybierały one różne formy.
Od próby zachowania absolutnej ciszy poprzez nagłe obrzucenie granatami przeciwnika, po działania na poziomie plutonu wspierane chociażby eksplozją podziemnego ładunku czy kilkoma pociskami artyleryjskimi. Opracowywano coraz lepiej sposób wyposażenia takich żołnierzy. Jeden z weteranów wspominał: „Wyruszaliśmy nocą w ciszy, a grupy były zawsze organizowane w ten sam sposób. Numerem jeden był strzelec, który niósł karabin, bagnet, 50 sztuk amunicji i nic więcej.
Następny był miotacz granatów, noszący chlebak pełen ręcznych bomb Millsa. Kolejnym żołnierzem był również miotacz. Pomagał on pierwszemu uzupełniać zapasy, gdy te się wyczerpały. Ostatnim znowu był strzelec z bagnetem, a jedyne co niósł to karabin i 50 sztuk amunicji w bandolierze przewieszonym przez ramię.
Plan polegał na tym, by przeczołgać się pod niemieckimi zasiekami i wskoczyć do ich okopu pierwszej linii. Następnie należało pozbyć się każdego, kto go bronił, w miarę możliwości bagnetem, nie robiąc przy tym hałasu, lub uderzając w głowę kolbą. Kiedy już usadowiliśmy się w okopie, posuwaliśmy się wzdłuż kolejnych odcinków. Strzelec szedł pierwszy i zatrzymywał się przy następnym odcinku, który zwykle był pusty.
Miotacz bomb rzucał wtedy granat w kierunku kolejnego załamania okopu, a po jego eksplozji prowadzący strzelec wpadał tam i likwidował ewentualnych obrońców, którzy jeszcze ocaleli. I tak postępowaliśmy dalej, aż oczyściliśmy cały okop”. Głównodowodzący podchodzili tak poważnie do sprawy, że specyficzna kategoria oficerów została nazwana przez Anglików „frasters”, korzystając z nazewnictwa myśliwskiego. Byłby to rwący się do przodu oficer, który swoim przykładem ciągnie resztę za sobą.
Tych ludzi przerzucano między różnymi odcinkami frontu z jasno postawionym zadaniem: przebijać balon fraternizacji, eskalować przemoc. Nic dziwnego, że dla wielu żołnierzy takie niewielkie operacje na poziomie drużyny czy plutonu odbierane były w wielu sektorach jako coś obcego. Jeden z weteranów wspominał, jak bardzo te wypady stały się znienawidzone przez tych, którzy musieli je przeprowadzać: „Sądząc po tym, co ukazywało się w niektórych gazetach, a także w oficjalnych komunikatach, brytyjski żołnierz pragnął nade wszystko, aby pozwolono mu wziąć udział w wypadzie. Jeśli rzeczywiście tak było, to z pewnością bardzo skutecznie ukrywał to pragnienie przed swoimi kolegami”.
Ta eskalacja nocnych działań postępowała nierównomiernie. Z czasem jednak niektóre pułki wypełniły się ochotnikami gotowymi zaryzykować, by poczuć jakąś sprawczość. Inni dawali się przekonać pewnej kalkulacji ryzyka i potencjalnego zysku. Wprowadzono też system nagród.
Nocne zabijanie, nazwane przez jednego z weteranów „krwawą morderczą orgią”, miało więc swoje korzyści i tworzyło mniej lub bardziej wyodrębnioną kategorię tak zwanych gangsterów, a może bardziej trafnie myśliwych, którzy w mroku udawali się na polowanie. Siegfried Sassoon, swoją drogą przyjaciel Roberta Gravesa, brał udział w niezliczonych nocnych wypadach. Tak opisywał jeden z nich o większej skali: „28 ludzi z poczernionymi twarzami, z toporkami, zapasem granatów w kieszeniach, ciężkimi pałkami okopowymi czeka w ziemiance na linii rezerwowej. O 22:30 ruszają z trudem do dowództwa batalionu, brodząc w błocie i wodzie w kredowym okopie, podczas gdy deszcz pada równomiernie i bezustannie.
Oddział składa się z 22 ludzi, pięciu podoficerów i jednego oficera. Potem w górę ku pierwszej linii przeciskam się do punktu wyjścia. Jest północ. Siedzę na przedpiersiu, nasłuchując, czy coś się wydarzy.
5, 10, prawie 15 minut. Ani dźwięku, ani jednego strzału. Słychać tylko zwykłe flary oświetleniowe. Żadna blisko naszego oddziału.
Minutę lub dwie później rozlega się strzał karabinowy i niemal jednocześnie obie strony rzucają kilka granatów. Jeden eksploduje prosto w wodzie na dnie lewego krateru blisko naszych ludzi, wyrzucając snop bladej piany wodnej. Następują oślepiające błyski i eksplozje, strzały karabinowe, tu pod nogi, przekleństwa i jęki, a potykające się postacie wyłaniają się z dołu i niezdarnie wdrapują przez przedpiersie. Niektórzy ranni, białka oczu i wargi odcinają się w zmierzchu.
Kiedy doliczyłem się 16, którzy wrócili, idę naprzód, by zobaczyć, jak się sprawy mają. Wciąż rzucają w nas granatami i strzelają. Złowrogi dźwięk szczękających zamków karabinowych wydaje się być bardzo blisko. Być może wyczołgali się ze swojego okopu i strzelają za swoich wysuniętych zasieków.
Kule uderzają w wodę w kraterach, a małe kaskady ziemi osypują się do wnętrza krateru. Pięciu lub sześciu z nich strzela do wnętrza krateru z odległości zaledwie kilku jardów. Te cholerne sukinsyny strzelają do mnie z najbliższej odległości. Naprawdę zastanawiałem się, czy moja godzina już wybiła.
Z naszych okopów i przed nimi słyszę mamrotanie głosów. Większość z nich musi już być bezpieczna w środku. Po minutach ciągnących się jak godziny z wielkim trudem okrążam dno krateru i wracam w kierunku naszego okopu. Wracam do ziemianki na linii wsparcia i zastaję tam niepokalanych ludzi z oddziału wypadowego, którzy odzyskują siły.
Stan wszystkich już jest znany. 11 rannych, jeden umrze od ran, jeden zabity z 28. Schodząc w dół, widzę pułkownika siedzącego na łóżku w wełnianej czapce z pomponem, bardzo przybitego niepowodzeniem całej akcji, ale bardzo zadowolonego z tego, jak nasi ludzie próbowali przebić się przez zasieki”. Pompon pułkownika kontra chaos nocnej walki.
Sassoon wiedział, co chce przekazać. Swoją drogą jego doświadczenia okopowe, w których nie można mu zarzucić ani grama tchórzostwa, doprowadzą Sassoona w 1917 roku do tak zwanego sprzeciwu sumienia, oporu wobec dalszej służby, powołującego się na argument, że wojna jest specjalnie przedłużana. Tak przeważnie kończyła się ścieżka dla wszystkich weteranów: od cywila poprzez żołnierza po mordercę aż do człowieka z PTSD. Jeden żołnierz wspominał: „Nie wiem, jaka opinia panowała w innych batalionach, ale mogę powiedzieć, że nasze największe udręki w tym okresie wynikały z tego krótkiego i suchego słowa »wypad«, przytaczając taki czy inny powód: obniżenie morale wroga, podniesienie naszego własnego, rozpoznanie jakichś rzekomo nowych oddziałów naprzeciwko, uszkodzenie niemieckich okopów”.
Wielka niewiadoma na naszych tyłach coraz bardziej dawała się uwieść temu słowu. Po części w wyniku tego stopniowego wypalenia ochotników w 1916 roku w armii brytyjskiej dochodziło do kluczowej zmiany: przerzucenia decyzyjności o niewielkich operacjach piechoty na szczebel dywizji. Stąd cała piramida dowódcza była zaangażowana w inicjację, ale też rozliczanie działań piechoty na poziomie plutonu. Jeden z oficerów wspominał, że wypad przeprowadzony przez całe 24 osoby zaplanowany był na tak zwanej samej górze.
Pewnie dlatego, że sam Douglas Haig, głównodowodzący brytyjskiego korpusu ekspedycyjnego, był wielkim fanem nocnych rzezi. Jedna forma działań zasługuje na wzmiankę, mianowicie wypady. „Charakter tych operacji, przygotowanie przejścia przez nasze własne oraz wrogie zasieki, niepostrzeżone pokonanie otwartego terenu, wdarcie się do okopów wroga, walka wręcz w ciemnościach i niepewność co do siły oddziałów przeciwnika, daje szczególne pole do popisu dla męstwa, brawury i szybkości podejmowania decyzji przez zaangażowane oddziały. W operacjach tych często wykazuje się dużą zręczność i odwagę.
Inicjatywa w tych pomniejszych działaniach została przejęta i ogólnie rzecz biorąc jest utrzymywana przez nas. Jednakże Niemcy podjęli ostatnio kilka śmiałych i dobrze obmyślonych wypadów na nasze linie”. Co za obrzydliwa idealizacja walki na krótkim dystansie, tego podrzynania gardeł, rozbijania czaszek kolbami karabinów, topienia i duszenia. Pewien szeregowiec napisał: „Te wypady na okopy to dziwna sprawa.
Myślę, że piechota ich nienawidzi. Major nie wierzy, że nawet jeśli uda się zidentyfikować jednostkę naprzeciwko, zmieni to cokolwiek w naszych planach. Są łatwiejsze i lepsze sposoby na wypatrzenie nadciągającej ofensywy. Prawdopodobnie ktoś na wysokim stanowisku i dość oderwany od rzeczywistości uważa, że wypady do okopów utrzymują piechotę w stanie czujności i ukształtują ducha walki.
Na pierwszej linii po prostu nie wierzą, że rezultaty uzasadniają ponoszone straty, a jednak muszą wykonywać rozkazy. Biedna cholerna piechota”. Tak jak i alianci wyciągali wnioski z sukcesów niemieckich snajperów, tak i Niemcy zaczęli korzystać z nocnych wypadów. Pewien szkocki żołnierz wspominał: „Moja własna kwatera była po prostu dziurą wykopaną w ścianie okopu, wystarczająco dużą, by pomieścić mnie jedynie w pozycji leżącej, z wodoodporną płachtą zawieszoną z przodu w celu ochrony przed warunkami atmosferycznymi, w którym to zadaniu całkowicie zawiodła.
Sam okop z powodu deszczu tonął w błocie i wodzie o głębokości średnio od 9 cali do jednej stopy, około 23 cm. Już pierwszej nocy szkopy przeprowadzili wypad. Jakoś zaszli go od tyłu, wrzucili granaty, wskoczyli do środka, było ich sześciu. Porwali dwóch ludzi, zastrzelili kolejnego i szybko uciekli z powrotem”.
Jeśli jednak możemy pokusić się o jakieś podsumowanie, to faktycznie głównodowodzącym udała się brutalizacja nawet tych spokojniejszych odcinków frontu. Ziemia niczyja spływała krwią. W jednym ze źródeł znalazłem wyrywkową informację, że tylko od grudnia 1915 do końca czerwca 1916 roku siły brytyjskie straciły w takich niewielkich operacjach okopowych 5800 ludzi, a kolejne 120 000 zostało rannych. Ta statystyka wskazywałaby na to, że faktycznie Graves miał rację.
Nocne operacje dawały większe szanse na rany, a nie na śmierć. Ta statystyka nie może jednak umniejszać narastającej grozy nocy na ziemi niczyjej. Jedno jest wspólne we wspomnieniach żołnierzy wszystkich narodowości. Ziemia niczyja stawała się właśnie tą czarną dziurą zasysającą ludzi pochowanych w otaczających ją okopach.
Była to przestrzeń skrajna, graniczna między życiem a śmiercią, w której każdy cień i kształt przybierał najbardziej groźne formy. To tam czas i przestrzeń ulegały zagięciu i rozciągnięciu. Robert Graves na sam koniec podsumował: „Pewien oficer z drugiego batalionu, który po wojnie ponownie odwiedził te okopy, mówił mi o wręcz śmiesznie małym obszarze ziemi niczyjej w porównaniu z tym, jak wielka wydawała się podczas tych długich, bolesnych przepraw.
To jak rzeczywisty rozmiar ubytku w zębie w porównaniu z tym, jak duży wydaje się w dotyku językiem”.


