Friedrich Sander, służący w szóstej dywizji pancernej, tak opisał pewne wydarzenie z pierwszych dni operacji Barbarossa: „Paskudnie jest być pod ostrzałem tych bestii. Około trzeciej dwa pancery IV opuszczają stanowiska ogniowe, z których miały wspierać nasze Skody i dwucentymetrowe działko przeciwlotnicze. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Ich dowódca krzyczy, że wycofuje się na tyły.

Nie tak powinien zachowywać się pruski oficer”. Co mogło doprowadzić niemieckiego oficera do stanu paniki? Pewna pancerna bestia, nazywana czasem przez Niemców „52-tonowym wychodkiem”, będąca zdecydowanie najcięższym czołgiem, jaki wyjechał na pole walki w 41 roku. Dziś przyjrzymy się konkretnemu przeciwpancernemu pojedynkowi: co mogli zrobić niemieccy żołnierze, kiedy napotkali kolosy w postaci czołgów KW-1 i KW-2?
Historia broni pancernej jest fascynująca, ponieważ pomimo mitu Tygrysa, to Niemcy aż do 42 roku byli stawiani w sytuacji, w której to przeciwnik dysponował potężnymi czołgami ciężkimi. Już w czasie I wojny światowej musieli improwizować, jak zniszczyć brytyjskie pojazdy pancerne. We Francji w 40 roku za kilka przykrych niespodzianek odpowiadały chociażby czołgi Char B1. 16 maja ledwie jeden taki czołg, dowodzony przez porucznika Bilotte’a, zniszczył dwa panzery IV.
„Olbrzymy wyglądają jak liliputy. Serce zaczyna mi walić. Tak pewnie czuje się myśliwy, gdy nagle stanie twarzą w twarz ze słoniem”. Sander w czasie operacji Barbarossa dowodził czołgiem Panzer 38(t), który nie miałby żadnych szans w starciu z takim bydlakiem.
Nie po raz ostatni w trakcie tej kampanii kontakt z przeciwnikiem zależał w dużej mierze od wyszkolenia radzieckiej załogi. Erhard Raus opisywał niezwykły wybryk ledwie jednego, dobrze przygotowanego czołgu. Sander zaś był świadkiem tego, jak niemieccy pancerniacy wzięli na siebie rolę piechoty w unieszkodliwieniu KW-2. „Bestia jest jakieś 30 metrów ode mnie i dotąd nie wystrzeliła ani się nie poruszyła, po prostu stoi.
Na polanie panuje niepokojąca cisza. Kilku piechurów rusza ku radzieckiemu czołgowi, więc ja również biegnę w jego stronę. Jeden z naszych wspina się na czołg, odbezpiecza granat członkowy i wpycha go do lufy 15 cm armaty. Rozlega się przytłumiony huk wybuchu, a z przodu wylatują odłamki.
Nagle w pojeździe ktoś się rusza. Stoję tak blisko, że słyszę głosy załogi i dziwne metaliczne pobrzękiwanie. To pewnie odgłos otwierania i zamykania zamka armaty”. Niemcy wykorzystali niezrozumiałą dla nich bierność radzieckiej załogi.
Może skończyła im się amunicja, może czołg uległ poważnej awarii. Mniejsza z tym, bo żołnierze wrzucili kolejne granaty przez lufę. Starali się zniszczyć każdy wrażliwy element wieży i kadłuba. W ostateczności jeden z nich podbiegł z kanistrem benzyny.
Paliwo przelewało się przez siatkę chroniącą wloty powietrza. Wszyscy czekali, aż spłynie go odpowiednio dużo. W końcu Oswald rzucił na niego granat ręczny. W chwili eksplozji buchnął wielki płomień.
„Hura! Czołg się pali! ” – ale niespodziewanie wieża giganta uniosła się i zaczął z niej wyłazić radziecki żołnierz. Nie podniósł rąk i nic nie wskazywało na to, że chce się poddać.
Piechurzy otworzyli ogień. Martwe ciało spadło z wieży na ziemię. Co mają wspólnego te dwie historie? Klasyczne środki przeciwpancerne, którymi dysponowali Niemcy, były w dużej mierze nieskuteczne.
Dziennik bojowy 11 pułku potwierdza ogólny problem nawet przy użyciu najcięższych haubic: „Rosyjskie 52-tonowe czołgi pokazały, że są całkowicie niewrażliwe na ogień 10,5 cm. Nawet kilkakrotne trafienia z działa 15 cm były nieefektywne, a pociski rykoszetowały”. Inny czołgista wspominał, że musieli wykorzystać mobilność swoich czołgów, aby zbliżyć się do wrogich pojazdów na odległość zaledwie 30 metrów, a i tak nie gwarantowało to sukcesu. Niemieckie dowództwo potraktowało temat ciężkich czołgów szalenie poważnie.
Już 27 czerwca na front przybyła specjalna komisja powołana przez naczelne dowództwo wojsk lądowych. Pierwszą rekomendacją było jak najszybsze skierowanie do jednostek armat PAK 40 kalibru 75 mm. Model ten był opracowany wcześniej, ale produkcja lepszych armat przeciwpancernych została zepchnięta po zwycięstwie nad Francją na drugi plan. Pierwsze armaty PAK 40 trafiły do jednostek w lutym 42 roku, ale tymczasem konieczne było opracowanie innych metod.
Pod ręką znajdowały się zapasy wolframu. Natychmiast zwiększono produkcję pocisków podkalibrowych 37 mm, 50 mm i 75 mm. Zużycie wolframu wzrosło o 800%, co na dłuższą metę groziło całkowitym przepaleniem rezerw. Nawet z tą amunicją armaty 50 mm, aby zachować realną szansę na penetrację pancerzy KW, musiałyby prowadzić ogień z odległości 100 metrów, co stawiało artylerzystów w bardzo trudnym położeniu.
Latem 41 roku Niemcom pozostawał jeden z trzech scenariuszy: rozsądne wykorzystanie nielicznych armat 88 mm, wsparcie z powietrza dzięki dominacji Luftwaffe, albo desperackie taktyki „szarańczy” wykorzystujące wady KW: niewielką mobilność i słabej jakości przyrządy obserwacyjne. Szacunki mówią, że Niemcy tracili około trzech do czterech armat przeciwpancernych, aby unieszkodliwić jeden czołg KW. Po raz pierwszy w II wojnie światowej Niemcy musieli założyć, że cel wymaga z góry poświęcenia życia kilkunastu żołnierzy. Najlepszym sposobem mogła okazać się walka na wymęczenie.
Friedrich Sander opisywał taki epizod z 11 lipca 41 roku: „Mój czołg w końcu wjeżdża do Jamkina. Muszę schować się w wieży, bo rosyjska artyleria właśnie zaczyna ostrzeliwać wieś. W poszukiwaniu schronienia wjeżdżamy do ogrodu za domem, gdy drogą obok przebiega paru kradutów. Pytamy ich, co się dzieje, a oni odpowiadają, że niedaleko 52-tonowe wychodki z 15 cm działami ostrzeliwują okolice.
Wszystko płonie od pocisków wystrzelonych przez kilka superciężkich radzieckich czołgów, które są przed nami. Nasza bateria 10,5 cm haubic nie może prowadzić ognia, bo sama jest pod ciężkim ostrzałem. Gołym okiem widzę wraki kilku naszych pojazdów stojące w miejscu, w którym zatrzymaliśmy się na chwilę w nocy. Mieliśmy naprawdę sporo szczęścia”.
„Wróg ostrzeliwuje nas z odległości 1500 metrów, więc od razu po zauważeniu płomienia wylotowego trzeba paść na ziemię, bo pocisk uderza wcale niecałą sekundę później. Mamy do czynienia przynajmniej z trzema z tych 52-tonowych pojazdów uzbrojonych w haubice. Paskudnie jest być pod ostrzałem tych bestii. Około 3:00 dwa panzery IV opuszczają stanowiska ogniowe, z których miały wspierać nasze Skody i działko przeciwlotnicze.
Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Ich dowódca krzyczy, że wycofuje się na tyły. Nie tak powinien zachować się pruski oficer”. Jak skończyła się ta przygoda?
O 8:30 wróg przerwał ostrzał, a Niemcy otrzymali rozkaz przejechać czołgami na odsłonięte pole. Albo Rosjanie dadzą im łupnia, albo okaże się, że zniknęli. I zniknęli. Wiele niemieckich historii starć z ciężkimi czołgami ma ten dziwny finał: najpierw straszne bęzki, a na koniec brak namacalnego efektu operacyjnego.
Większość niemieckich problemów z czołgami KW rozwiązywała się na szczeblu operacyjnym. Niemieckie raporty stwierdzały, że KW-2 nadawał się właściwie tylko do walki stacjonarnej, a jego największą wadą było mocno dociążone podwozie. Radzieccy czołgiści zauważali, że na mobilność i solidność KW nie można liczyć – cały zespół transmisji był tak przeciążony, że wcześniej czy później każdy KW musiał ulec usterkom. Na nieskuteczność ciężkich czołgów wpływała operacyjna niemoc Armii Czerwonej w 41 roku.
Początkowo ciężkie czołgi kumulowano w samodzielnych batalionach, od lipca trafiały do mieszanych batalionów. Generał Rotmistrow narzekał: „Podczas posuwania się po drogach prędkość średnich i lekkich czołgów była mniej więcej jednakowa, lecz gdy wjeżdżano na bezdroża, czołgi lekkie bardzo szybko pozostawały w tyle. Czołgi ciężkie też zostawały w tyle i dość często niszczyły mosty, uniemożliwiając przemarsz pozostałych oddziałów”. W warunkach walki manewrowej na pole boju najczęściej wychodziły jedynie czołgi średnie T-34, ponieważ ciężkie KW pozostawały w tyle.
I tu dochodzimy do sedna paradoksu czołgów KW w drugiej połowie 41 roku. Od czerwca 41 do lutego 42 roku Niemcy nie mieli powszechnych środków do zwalczania dobrze opancerzonych pojazdów przeciwnika. W tym samym czasie struktura Armii Czerwonej nie pozwalała na skuteczne operacyjne użycie swoich atutów. Jak ujął to David M.
Glantz: „Armia Czerwona praktycznie nie dysponowała żadną zdolnością do wykonywania zaczepnego manewru operacyjnego. Ograniczona siła ognia oraz mizerne wsparcie logistyczne utrudniały, a nawet uniemożliwiały uzupełnianie zaopatrzenia”. Stąd brało się powtarzające wrażenie, że nawet jeśli na jakimś odcinku czołgi KW były dosłownie nie do zatrzymania, można było ich pęd wykorzystać przeciwko nim, na przykład poprzez oderwanie ich od formacji piechoty. W tych okolicznościach Niemcy opracowali karkołomną taktykę: należało ukryć armatę przeciwpancerną tak, aby ciężkie czołgi przejechały za jej pozycję, co pozwoliłoby otworzyć ogień z bliskiej odległości w tylny pancerz.
3 września pod Briańskiem taki wyczyn udał się załodze niepozornego PAK-a 3, która unieruchomiła dwa czołgi KW. Ostatecznie takie KW zamieniały się w odosobnione bunkry, pozbawione wsparcia, ale do czasu potrafiące nadal się odgryzać. Niszczenie ciężkich radzieckich czołgów było bardzo ryzykowne, dlatego niemieckie dowództwo opracowało system nagród. Już zimą 41 roku wydano rozkaz: „Fakt użycia przez przeciwnika ciężkich czołgów, których nie mogą zniszczyć nasze czołgi, zmusza nas do szukania innego wyjścia z trudnej sytuacji.
Każdy niemiecki żołnierz za uszkodzenie sowieckiego czołgu będzie przedstawiony do odznaczenia. Każdy, kto zniszczy czołg 24-tonowy, otrzyma urlop ośmiodniowy. Za zniszczenie czołgu 52-tonowego przyznawany będzie urlop czternastodniowy”. Dopiero wiosną 42 roku powstały nowe formacje Armii Czerwonej o większym potencjale, ale nadal były źle dowodzone.
Niemcy do tego czasu uzupełnili swoje braki w środkach przeciwpancernych przede wszystkim długimi armatami 75 mm oraz zdobycznymi i przerobionymi radzieckimi armatami 76,2 mm. Nazwano je myląco PAK 36(r), co sugerowałoby modyfikację armaty PAK 36. W rzeczywistości przez kilka miesięcy była to najłatwiej dostępna broń do przeciwpancernej ochrony przed ciężkimi radzieckimi czołgami. Trafiła głównie do dywizji piechoty, szczególnie narażonych na rozjechanie przez czołgi KW.
Niemiecka 79. Dywizja Piechoty otrzymała wiosną 42 roku osiem armat PAK 40 i aż dwanaście PAK 36(r). Na front trafiały też pierwsze niszczyciele czołgów, później nazwane Marder II, uzbrojone w te armaty. To wtedy jeden z radzieckich raportów wskazywał, że fakt podpalania czołgów KW i przebijania ich pancerzy jest nowością w środkach przeciwpancernych Niemców.
Od lutego 42 roku Brytyjczycy i Amerykanie rozpoczęli działania mające na celu uniemożliwienie niemieckim firmom pozyskiwania wolframu w Portugalii. W tym samym czasie Albert Speer interweniował u Hitlera, aby ograniczyć zużycie wolframu na froncie. Nic dziwnego, że Niemcy musieli opierać się na coraz większych kalibrach i amunicji kumulacyjnej. Czołgi KW na początku 42 roku traciły swój największy atut – przestawały być niezniszczalne na polu walki.
Bez tego stawały się sprzętem wadliwym, powolnym, a w wypadku KW-1 uzbrojonym nie lepiej niż średni T-34. Nic dziwnego, że KW-1 doczekał się modyfikacji do postaci KW-1S, lżejszej, bardziej zwrotnej i mniej awaryjnej. KW-2, ten wielki „wychodek na gąsienicach”, kompletnie przepadł. Armia Czerwona w bólach naprawiała swoje największe wady, ale to Niemcy do końca wojny pozostali pod wielkim wrażeniem niemocy w walce z czołgami KW z drugiej połowy 41 roku.
Jeśli od wiosny 40 do czerwca 41 roku pozwolili sobie na drzemkę, tak zderzenie z czołgami KW niejako determinowało całe niemieckie przeciwpancerne i pancerne doświadczenie aż do 45 roku.


