Komendant Tomasz pochylił się na krześle, a jego wzrok przeszywał mnie na wylot. Wiedział, że nie przybyłem tutaj, żeby żebrać o sprawiedliwość dla Apolonii. Wiedział, że przyszedłem po coś znacznie bardziej konkretnego. Wyciągnąłem z kieszeni wilgotny notes i rzuciłem go na stół.

Nazwiska, daty, numery kont. Wszystko, co zbierałem przez tygodnie, obserwując tych, którzy czuli się nietykalni. — To tylko początek — powiedziałem cicho. — Eryk i jego ludzie myślą, że noc należy do nich.
Komendant spojrzał na notes, potem na mnie. Przez długą chwilę milczał, ważąc ryzyko. W końcu skinął głową, a w jego oczach zobaczyłem coś, czego nie widziałem u żadnego policjanta od lat: gotowość do walki. Tej nocy nie wracałem do domu.
Nie mogłem patrzeć na puste łóżko Apolonii ani na jej bezwładne palce, które kiedyś z troską ożywiały dawne ikony. Zamiast tego stałem w garażu, sprawdzając sprzęt. Obok mnie Michał poprawiał pas z kaburą, a pozostali chłopcy w milczeniu przygotowywali się do akcji. Wiedzieliśmy, że to ryzyko.
Wiedzieliśmy, że jeśli coś pójdzie nie tak, stracimy wszystko. — Myślisz, że damy radę? — zapytał Michał. — Musimy — odpowiedziałem.
Wyjechaliśmy o zmroku, trzema samochodami, bez świateł, bez rozmów. Droga do klubu zajęła nam trzydzieści minut, ale każda minuta ciągnęła się jak godzina. Gdy stanęliśmy pod budynkiem, z okien dobiegała muzyka. Eryk i jego ludzie bawili się tam, przekonani, że są poza zasięgiem prawa.
Weszliśmy do środka dwoma półkolami, cicho jak cienie. Rozbawieni panicze nawet nas nie zauważyli, dopóki nie było za późno. Dwadzieścia sekund później Eryk klęczał na podłodze, a jego kompani patrzyli na nas z niedowierzaniem. — Co ty wyprawiasz?!
— wrzasnął, próbując się wyrwać. Nie odpowiedziałem. Po prostu pociągnąłem go za pasek i popchnąłem w stronę wyjścia. Do rana sprawdziliśmy ich pałac, gabinety ich ojców, sejfy, których nikt nie miał prawa otwierać.
Znaleźliśmy wszystko. Dokumenty, pieniądze, dowody na machlojki z gruntami i ochronę przemytu narkotyków. System, który latami budowali, zaczął się sypać. Dariusz podszedł do mnie, trzymając w ręku grubą teczkę.
— Jeśli wszystko macie, zanieście to do prokuratora — powiedziałem, wskazując na samochód. — A ty? — zapytał. — Ja wracam do domu.
Muszę sprawdzić Apolonię. Jechałem sam, pogrążony w myślach. Gdy w końcu dotarłem na miejsce, wschód słońca rozświetlał szare niebo. Wszedłem do sypialni, usiadłem na krawędzi łóżka.
Apolonia spała, jej ręce spoczywały na kocu, wciąż delikatne, wciąż pełne życia, mimo wszystko. Stolica już się budziła. Gdzieś w drodze do Warszawy nasi ludzie wieźli to, co miało wywrócić miasto do góry nogami. Komendant Tomasz złożył zeznania.
Eryk, Kornel i Borys — inicjatorzy i wykonawcy nocnych polowań — trafili do aresztu śledczego. System, który latami tak starannie karmili, zmielił ich i wypluł na betonową podłogę cel. Mijały tygodnie. Michał wyjechał do rodziny w Gdańsku.
Dariusz gdzieś przepadł, chociaż nie zdziwiło mnie to. Trzy razy w tygodniu wsiadałem do samochodu i jeździłem na długie sesje do sąsiedniego powiatu, próbując ułożyć sobie życie na nowo. Ale za każdym razem, gdy wracałem do domu, czułem zapach lawendy i chleba. Świeży, ciepły, jakby Apolonia wciąż była tam ze mną.
Nie wiem, kiedy dokładnie pojawiła się pierwsza rysa. Może to był list od Michała. Może telefon od Dariusza, który nagle przypomniał sobie, że powinien się odezwać. A może to była cisza w domu, która stała się cięższa niż na początku.
Usiadłem w kuchni, przede mną leżała gazeta. Nagłówek głosił coś o śledztwie, o aferze, o miasteczku, które w końcu oddycha. Zamknąłem oczy.
To nie miało znaczenia, czy sprawiedliwość została wymierzona, skoro nic już nie mogło cofnąć tego, co się stało.


