Mój kraj stanął w obliczu całkowitego zniszczenia, a my zamiast odpowiedzieć na ultimatum, odpowiedzieliśmy jednym, dwuznacznym słowem. „Mokusatsu” – tak miało brzmieć nasze stanowisko wobec…

Mój kraj stanął w obliczu całkowitego zniszczenia, a my zamiast odpowiedzieć na ultimatum, odpowiedzieliśmy jednym, dwuznacznym słowem. „Mokusatsu” – tak miało brzmieć nasze stanowisko wobec...

Latem 1945 roku Japonia stała na skraju przepaści. Premier Kantarō Suzuki w przemowie z 13 czerwca mówił o tym, że jego naród jest najbardziej pokojowym na świecie, a jednocześnie zapowiadał walkę do końca. Te sprzeczne słowa doskonale odzwierciedlały polityczny klincz, w jakim znalazł się kraj – między pragnieniem honorowego zakończenia wojny a strachem przed całkowitą klęską. Alianci odpowiedzieli proklamacją poczdamską, która stawiała Japonii ultimatum: bezwarunkowa kapitulacja albo całkowite zniszczenie.

Thumbnail

Dokument precyzował jednak także warunki dla pokonanych – ograniczenie państwa do wysp japońskich, okupację, rozbrojenie armii i demokratyzację. To była ostatnia szansa, ale też ostatnia groźba. Premier Suzuki poparł stanowisko ministra spraw zagranicznych Shigenoriego Tōgō, by potraktować proklamację jako pretekst do negocjacji. Podobne zdanie miał cesarski doradca Kōichi Kidō.

Wszyscy liczyli na pośrednictwo Związku Radzieckiego, które miało pomóc uzyskać lepsze warunki. Dlatego oficjalna odpowiedź Japonii była celowo niejednoznaczna. Użyto w niej słowa „mokusatsu”, które Amerykanie przetłumaczyli jako „zignorować”. Do dziś historycy spierają się, czy chodziło o milczącą pogardę, brak komentarza, czy może o celowe niedopowiedzenie.

Jedno jest pewne – Waszyngton odebrał to jako oficjalne odrzucenie. A przecież Japończycy chcieli tylko zyskać na czasie. To nieporozumienie przesądziło o wszystkim. Nad Hiroszimą unosiła się wielka, czarna chmura – jak puszysta letnia chmura, tyle że zwiastująca coś strasznego.

Kiedy mieszkaniec miasta zdał sobie sprawę, że wydarzyło się coś potwornego, pobiegł do wojskowego posterunku w Hatsukaichi. Podbiegł do oficera i zaczął opowiadać o tym, co widział. Ale tamten nie wiedział, co odpowiedzieć. Nikt nie wiedział.

Japoński wywiad był podzielony. Projekty badawcze nad bronią jądrową nie miały szans powodzenia – brakowało zasobów, a bombardowania paraliżowały przemysł. Kiedy Amerykanie odnieśli nad Japonią wielkie zwycięstwo, każda frakcja polityczna nakazała własne śledztwo. Do Hiroszimy wysłano niezależne grupy specjalistów.

Jedną z nich miał prowadzić fizyk Yoshio Nishina. 10 sierpnia o 10:00 rano oficer zapukał do drzwi laboratorium Niny. Szef wywiadu Seizō Arisue miał polecieć do Hiroszimy, by na własne oczy ocenić zniszczenia. Nishina nie chciał zajmować stanowiska, dopóki nie zobaczy skali zniszczeń.

Ale jego samolot został opóźniony przez alarm lotniczy. To Arisue dotarł tam pierwszy. W kraju panowała opresyjna atmosfera. System cesarski wymagał absolutnej wierności, a każdy, kto podważał ideologię, był traktowany jak wróg.

Japończyk do szpiku kości uosabiał te cechy. Latem 1945 roku kluczowe stało się przetarcie szlaku dla frakcji pokojowej – zyskała ona poparcie cesarza już w czerwcu, ale droga do wyjścia z wojny trwała aż do sierpnia. Amerykanie nie mogli sobie wyobrazić lepszego zgrania w czasie. Bomba nad Nagasaki wybuchła o 11:02 – dokładnie minutę po rozpoczęciu posiedzenia Wielkiej Szóstki, japońskiego najwyższego kierownictwa wojennego.

Członkowie komisji dyskutowali właśnie o tym, czy Amerykanie będą w stanie przygotować kolejną bombę, gdy wieści o losach Nagasaki dotarły do nich. I choć nie od razu przyspieszyło to kapitulację, osłabiło pozycję frakcji prowojennej. Ich argumenty nagle straciły sens. Do końca 1945 roku w wyniku wybuchu nad Nagasaki zginęło od 60 do 80 tysięcy ludzi.

Mimo to japoński wywiad wojskowy wciąż nie był pewien, czy Amerykanie rzeczywiście użyli broni atomowej. Dopiero 10 sierpnia zaczęto podejrzewać, że objawy u ocalałych – poparzenia, choroby, niewyjaśnione zgony – muszą być efektem szkodliwego promieniowania. Ale nawet wtedy nie wszyscy chcieli w to uwierzyć.