Trzymali mnie tam już drugi dzień, rozebranego do pasa. Sedno sprawy pozostało to samo, tylko apetyty rosły proporcjonalnie do inflacji. W podwójnym dnie miała leżeć kasa grupy, 40 000 marek niemieckich. Terminal zamknięto, bramę zareglowano, ludzi spędzono do szatni.

15 minut później do szatni weszli ludzie w mundurach. Żądali podpisania przyznania się do kradzieży z włamaniem, a ja milczałem. Cicho, metodycznie i bez prawa do apelacji. Ale świat zmienił się nie do poznania.
Najpierw pojechałem do Warszawy. Potem do Ząbek, gdzie pod miejskim autobusem przyczepiłem się do trasy, którą sam kiedyś znałem. Doszedłem do przystanku i wsiadłem do pierwszego autobusu jadącego do centrum, czując, jak w środku rozwija się zimna satysfakcja. Droga do wind zagradzała bramka i lada recepcji.
Wczorajsza strata 300 000 zł uderzyła w Radosława druzgocąco. Rzucił się do sejfu wbudowanego w ścianę za obrazem. Tu jest 50 000 zł. Wyceniasz życie mojej matki i moje 5 lat w betonowej dziurze na 50 000.
Masz cztery dni, dokładnie cztery dni, żeby przelać 200 000 na konto, które wskażę, i przepisać 20% udziałów salonu na podstawioną firmę. Walicki mnie zabije – powiedział drżącym głosem. Po prostu wywiozą go do lasu. Do poniedziałku.
Jego oczy, te same zimne, złe oczy, które z drwiną patrzyły na mnie w dołku, rozszerzyły się z pierwotnego przerażenia, gdy rozpoznał mój głos. Zapomnij o Radosławie, zapomnij o Walickim, zapomnij o tych 50 000. Ale w świecie, w którym rządzili Waliczki i Klamka, torba z tajnymi pieniędzmi znaleziona kilka dni po zniknięciu 300 000 była niepodważalnym dowodem winy. Radosława powleczono do jednego z aut.
Wieźli go nie na policję, ani do biura. Do zmierzchu Radosława Drzewieckiego najprawdopodobniej już nie będzie. Jutro niedziela i już wiedziałem, komu złożę następną wizytę, żeby zmusić ich system logistyki do zakrztuszenia się. Te same ciężarówki, które kiedyś obsługiwaliśmy na terminalu Transvarwar, miały dotrzeć do kupujących, spłacić długi i utrzymać władzę.
Zadzwoniłem na gorącą linię biura do walki z przestępczością zorganizowaną do warszawskiej centrali, omijając wydziały dzielnicowe, w których szef mógł mieć swoich ludzi. Przyjechałem do Ożarowa Mazowieckiego na długo przed północą. Droga do terminalu zarosła trawą. Tu jest 200 000 marek.
Jakieś pół godziny temu z automatu telefonicznego przy stacji kolejowej zadzwoniłem do dyżurnego. Wróciłem do swojego pokoju w pensjonacie. Spakowałem do starej sportowej torby nieliczne rzeczy: zmianę bielizny, maszynkę do golenia, szczoteczkę do zębów i pozostałe kilka tysięcy złotych. Doczytałem list do końca.
Ale nie chowam już do ciebie urazy. Nie pisz do mnie więcej. Z Joanną spacerowaliśmy brzegiem morza aż do zmierzchu, słuchając szumu przyboju i krzyków mew wracających do swoich gniazd.


