Tego wieczoru Krzysztof, mój dwudziestoletni syn, przyszedł do mnie z grubą kopertą. „Tato, może lepiej byś chodził do Zbyszka? ” – rzucił, kładąc przede mną dokumenty, które miały odmienić całe moje życie. Jabłoń za oknem rosła, a ja czułem, że coś jest nie tak.

Następnego ranka zapukałem do drzwi własnego domu. Zrobiła krok w bok i wpuściła mnie do kuchni. „Krzysztof miał wtedy 20 lat i przyjeżdżał czasem pomagać” – pomyślałem, ale teraz patrzyłem na akt darowizny, który podpisałem tydzień temu, nie czytając go uważnie. Dowiedziałem się od znajomej notariuszki, że błąd co do treści czynności prawnej mógł być podstawą do unieważnienia, ale droga sądowa była zamknięta.
Zadzwoniłem do mecenasa, który wyjaśnił: „Metr kwadratowy wolnostojącego domu od 4 do 4800 zł. Krzysztof i Beata szykowali się do sprzedaży”. Wróciłem do mecenasa z tą informacją. „No cóż, syn to syn” – powiedział, ale był to błąd, który dawał podstawę do złożenia skargi dyscyplinarnej do izby notarialnej w Bydgoszczy.
Przez następne dwa miesiące prowadziłem podwójne życie, chodząc do biblioteki i pisząc szkic skargi. Pod koniec szóstego tygodnia mecenas Wojciechowski zadzwonił wieczorem: „Mogę złożyć jutro do sądu rejonowego”. Pełnomocnik Kowalczyk zadzwonił dzień po wpisaniu adnotacji. „Odwołanie od adnotacji wieczystoksięgowej może potrwać do roku”.
Chcą, żeby pan wycofał skargę do izby. W zamian oferują jednorazową wypłatę 20 000 zł. Poszedłem do okna i patrzyłem na ulicę Gdańską. Znałem każdą kamienicę, każdy most na Brdzie, każdy zakręt, gdzie tramwaj zwalnia.
Weszliśmy do środka. Wysokie regały, stoły do pracy z regulowanym oświetleniem, okna od podłogi do sufitu wychodzące na wewnętrzny dziedziniec. Elżbieta prowadziła mnie przez korytarz do bocznego skrzydła. „To było do przewidzenia” – pomyślałem, widząc Beatę przy Krzysztofie.
Podeszła do niego, wzięła pilot i wyłączyła telewizor. Wiedziałem też, że dwa dni wcześniej Krzysztof złożył w banku przy Fordońskiej wniosek o kredyt hipoteczny na 480 000 zł na zakup mieszkania w Warszawie przy ulicy Grochowskiej. Policzyłem w myślach do 10. Odłożyłem telefon i zadzwoniłem do mecenasa Wojciechowskiego.
„Ile czasu mamy na odpowiedź do sądu? ” – zapytałem, a on odpowiedział: „115 000 zł. To jest szacunkowa wartość 14 nieruchomości przy Nakielskiej na dzień podpisania aktu darowizny zindeksowana o inflację do dzisiaj”. „Oczywiście” – powiedziałem i zabrałem dokumenty z powrotem do teczki.
Mecenas Wojciechowski jest do dyspozycji przez dwa tygodnie. Negocjacje trwały: 80 000, potem 90. Mecenas odpowiadał spokojnie, że 115 000 to nie jest kwota wzięta z sufitu, że jest udokumentowana i nie podlega negocjacji. Notariuszka odczytała treść aktu głośno, cały, od początku do końca, z każdym paragrafem, co trwało prawie 20 minut.
Pierwsza transza 40 000 zł wpłynęła na konto tydzień po podpisaniu. Krzysztof z Beatą wyprowadzili się do Warszawy na początku kolejnego miesiąca. Dwie po 20 000, potem 35 000. Ostatnia rata zamykająca kwotę 115 000 zł.
Przyniosłem ją do garażu, a potem do kawalerki, a teraz stała tutaj na parapecie nowego okna z etykietką w moim piśmie: „Śliwowica 2014 na Kielska”.


