Znałam tę twarz lepiej niż własne odbicie w lustrze. Te spokojne oczy, ten pewny ruch ręki, szklanka wody podawana mi o siódmej rano. „Tabletka na tarczycę, kochanie” – mówił Krzysztof i kładł ją na mojej dłoni, zanim zdążyłam wstać z łóżka. Przez trzy lata połykałam ją bez pytania.

Pasowaliśmy do siebie jak opiekunka i podopieczna, ale ja tego nie widziałam. Widziałam tylko mężczyznę, który mnie kocha. Zmęczenie zaczęło się wkradać gdzieś między jesienią a zimą. To nie było zwykłe zmęczenie po długim tygodniu.
To było takie, które nie mijało po sobotnim spaniu do południa, które siedziało w kościach i patrzyło z moich oczu. Umówiłam się do lekarza bez mówienia Krzysztofowi. Ugotowałam zupę, nakryłam do stołu, a wieczorem wysłałam wiadomość przez portal przychodni. „Proszę o konsultację w sprawie dawkowania leków”.
Nie wiedziałam jeszcze, że zanim dojdzie do tej wizyty, zadzwoni ktoś inny. Wrocław był tego dnia szary, listopadowy, z liśćmi przyklejonymi do mokrego chodnika. Pan Marek z apteki poprosił, żebym weszła na zaplecze. „Proszę pani, przepraszam, że dzwonię w ten sposób, ale mam do pani ważną sprawę.
Proszę przyjść do apteki”. Siedziałam na plastikowym krześle i patrzyłam, jak zamyka drzwi. Powiedział, że nie może wiedzieć na pewno, że ma dostęp tylko do ostatnich tygodni, ale że jeśli chce dowiedzieć się więcej, powinnam porozmawiać z doktor Kamińską. Wyjął telefon i zapytał, czy może do niej zadzwonić teraz, przy mnie.
Czekałam na korytarzu, licząc w głowie miesiące. Pory roku. Rzeczy, które odkładałam. Wyjazd służbowy do Gdańska, który odwołałam.
Ten spokojny, pewny siebie ruch ręki przy ekspresie do kawy. Szklanka wody. Tabletka. Uśmiech.
Kiedy pan Marek wyszedł z pomieszczenia, spojrzał na mnie i powiedział tylko: „Ktoś nie idzie do innego lekarza. Wracamy do właściwego leku od dziś”. Wróciłam do domu przed powrotem Krzysztofa. Nakryłam do stołu, podgrzałam zupę.
Jedliśmy razem kolację, a ja patrzyłam na jego ręce. Te same ręce, które każdego ranka podawały mi tabletkę z taką naturalną troską. Jest cisza kogoś, kto nie ma nic do powiedzenia, i cisza kogoś, kto ma zbyt wiele i wybiera milczenie. Tej nocy wiedziałam, że już nigdy nie wezmę od niego żadnej tabletki.
Przez kolejne tygodnie grałam rolę. Wracałam do domu o normalnych porach. Raz przy kolacji powiedziałam, że w następną sobotę jadę do ojca, sama, że chcę spędzić z nim dzień tylko we dwoje. Krzysztof kiwnął głową i wrócił do telefonu.
Widziałam, że coś zauważył, ale nie zapytał. Może bał się odpowiedzi. Albo może myślał, że to tylko kolejny kobiecy kaprys, który minie. Sobota u ojca była jak podróż w czasie.
Te same kafle w kuchni, ten sam zapach książek i tytoniu, którego dawno rzucił, ale który jakoś został w ścianach. Siedzieliśmy przy starym stole i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Wieczorem, kiedy wracałam do miasta, myślałam o jednej rzeczy: o tym, że za kilka tygodni wstanę rano i przy ekspresie nie będzie żadnej szklanki wody przygotowanej przez kogoś innego. Że sięgnę do kosmetyczki sama, że wezmę właściwą tabletkę własnymi rękami i że to będzie początek czegoś nowego.
Napisałam do Krzysztofa wieczorem, krótko, bez emocji. „Chcę porozmawiać. Zarezerwowałam stolik. Proszę, przyjdź przed pracą”.
Kawiarnia była prawie pusta, kiedy usiadłam naprzeciwko niego. Sięgnęłam do torby i położyłam na stoliku dwa opakowania. Jedno z moim nazwiskiem i dawką, którą brałam przez trzy lata. Drugie z jego nazwiskiem i tajemniczym podpisem.
Patrzyłam, jak jego twarz najpierw zamarła, potem pobladła, a potem wróciła do normalności. Zostawiłam klucze na blacie przy ekspresie do kawy i wyszłam. Pierwszego ranka w nowym mieszkaniu usiadłam przy oknie z kawą i sięgnęłam do torby po leki. Wyjęłam właściwe opakowanie.
Wzięłam właściwą tabletkę. Popiłam wodą z kranu, bo nie było jeszcze szklanki, którą ktoś by dla mnie przygotował. Czasem lekarka, która mogła ograniczyć się do wyników, pyta: „Jak się czujesz naprawdę?
” I wtedy myślę o listopadowym dniu w aptece, o panu Marku, który postanowił zadzwonić, i o tym, że najważniejsze leki to te, które bierzesz własnymi rękami.


