Zanim weszłam do kuchni, on już wiedział, co mam dziś w kalendarzu. Tamtego wtorku miałam w pracowitym dniu spotkanie do siedemnastej. Kiedy człowiek żyje wystarczająco długo w jakimś systemie, zaczyna traktować ten system jako normalność. Kiedy wróciłam do domu, siedział przy stole z telefonem w ręku.

Poszłam do kuchni. Szła powoli, słuchawki na uszach, uśmiechnięta do czegoś, co słyszała tylko ona. Pomyślałam, kiedy ostatni raz wróciłam do domu i uśmiechałam się do czegoś, co należało tylko do mnie, nie pamiętałam. Kawiarnia przy rynku, do której weszłyśmy, była miejscem, które znałam z widzenia.
Zaglądałam przez szybę w drodze do tramwaju, ale nigdy w niej nie siedziałam. Jakby ktoś zadał mi zbyt proste pytanie i mój mózg, przyzwyczajony do odpowiadania na pytania trudne, zawiesił się. Ramiona szły do góry, żołądek się ściskał, myśli zaczynały się układać w kolejce. I stało się coś, czego do tej pory nie potrafię w pełni wytłumaczyć.
Odłożyłam go ekranem do stołu. I zamiast odezwać się do Basi, zamiast odpowiedzieć na którąkolwiek z tych wiadomości, stałam nieruchomo na chodniku i patrzyłam przed siebie. Z drogi do pracy, z drogi do sklepu, z drogi do domu, jakby Wrocław był dla mnie zbiorem korytarzy, a nie miejscem. I właśnie dlatego, zanim weszłyśmy do klatki schodowej Basi, zatrzymałam się na chwilę na zewnątrz.
Wyjęłam telefon, otworzyłam wiadomości do Krzysztofa. Schowałam telefon i weszłam do środka. Basia weszła do kuchni, spojrzała na telefon, potem na mnie i nie powiedziała nic, tylko usiadła naprzeciwko i oparła brodę na dłoni. Wstałam i podeszłam do okna.
Miał na sobie kurtkę, którą zakładał do pracy. Ten ktoś, który nie dopuszcza do siebie możliwości, że tym razem może być inaczej. Wstała bez słowa i podeszła do słuchawki. Uprzejmy, opanowany ten głos, który znałam jako jego głos do ludzi spoza domu.
Basia odwróciła się do słuchawki i powiedziała bez żadnego dramatyzmu, absolutnie spokojnie, jakby naprawdę była przekonana, że to pomyłka. Na dole Krzysztof wsiadł w końcu do samochodu. Leżałam w pokoju Basi na wąskim tapczanie z kołdrą, która pachniała obcym proszkiem do prania, z figo zwiniętym w kulkę przy mojej nodze. Telefon leżał na podłodze obok tapczanu ekranem do dołu, wyciszony.
Poranki były wstępem do kontroli, a nie do dnia. Powiedziała Basia po chwili, kiedy cisza między nami zdążyła ostygnąć do właściwej temperatury. To twoje życie i twoja decyzja i ja nie mam tu nic do gadania. Pomogła kilku moim znajomym przejść przez rzeczy, przez które nie powinny przechodzić same.
I schowałam do portfela za zdjęciem, które nosiłam tam od lat, zdjęciem mamy z mojego dzieciństwa. W tej przegródce, małej i zakrytej, do której Krzysztof nigdy nie zaglądał, bo portfel był jedynym terytorium, które jakoś intuicyjnie zachowałam dla siebie. Wypiłam kawę do końca. I patrzyłam na Wrocław budzący się do wtorkowego południa.
Jakby wystarczającym powodem do telefonu było samo istnienie i chęć odezwania się. Weszłam do windy. Stanęłam przed drzwiami i przez chwilę trzymałam klucz w dłoni, nie wkładając go do zamka. Miał przed sobą kubek z kawą, pewnie zimną już od dawna, i telefon leżący ekranem do góry.
I weszłam do pokoju. Stanęłam przy oknie, plecami do niego, twarzą do ulicy. Poszłam do kuchni i postawiłam wodę na herbatę. Te same drzewa, ten sam garaż, ta sama ławka, na której latem siadywała emerytka z parteru.
Ile trudnych dni, ile momentów, w których będę chciała wrócić do starej wygody. Dziękuję, że byłeś ze mną do końca.


