Pierwszą myślą, gdy wróciłam do przytomności, było jedno słowo: żyję. Leżałam na szpitalnym łóżku, patrzyłam w sufit i powtarzałam to w myślach, jakby samo wypowiedzenie mogło mnie utrzymać przy świecie. Nie wiem, skąd wiedziałam, że nie powinnam dzwonić do Tomasza. Znałam wszystkie jego odgłosy po jedenastu latach, a potem coś szepnął cicho do siebie.

Ta jedna chwila wystarczyła, żeby coś we mnie pękło. Zadzwoniłam do osoby, przy której czułam się bezpiecznie. Powiedział tylko: “Dobrze, przyjedź do domu, pogadamy. ” I to było wszystko.
Do kogo dzwonił potem, tego nie wiedziałam. Ludzie uczą się omijać, pomijać, tłumaczyć, aż do momentu, gdy nie mogą już dłużej. I w tym jednym zdaniu, prostym, krótkim, wypowiedzianym bez żadnej szczególnej intencji, było coś, co sprawiło, że łzy potoczyły się same. Nie wszystko, nie do końca, tylko tyle, ile mogłam sobie pozwolić.
Będę dzisiaj z panią do północy. Patrzyła na mnie przez chwilę z tym spokojnym wyrazem twarzy, który mają ludzie przyzwyczajeni do ludzkich historii. Potem odłożyła notes, złożyła ręce na kolanach i zapytała tylko: “Co pani teraz potrzebuje? ”
Jedzenie w szpitalu jest do zniesienia.
O dwóch godzinach, gdy Tomasz dzwonił do kogoś, kogo mi nigdy nie przedstawił. Marta wyszła bez słowa, a ja wróciłam do okna i patrzyłam na gałęzie, na grudniowe niebo. I tym razem nikt nie zapyta mnie, czy przeżyję, bo to nie będzie już jego pytanie do zadania. Powiedział: “Krótszy, czystszy, możliwy do przeżycia.
” Tomasz przyniósł mi wtedy do podpisania nie to, co mi powiedział. Że po tym dniu nie będzie już powrotu do tego, co było. Weszła na salę, gdy składałam sweter do torby i przez chwilę żadna z nas nic nie mówiła. Weszliśmy do mieszkania.
Tomasz poszedł do kuchni. Weszłam do sypialni. Tomasz wszedł do sypialni z kubkiem kawy. Kubek z kawą zatrzymał się w połowie drogi do ust.
Powiedziałam mu cicho tylko do niego: “Bądź grzeczny”. Całe to miasto, które nigdy nie zatrzymuje się dla niczyich historii, które jedzie dalej, zawsze i wszędzie, i które właśnie dlatego jest w nim coś niemal kojącego, że życie się toczy, że ulice są te same rano i wieczorem. Zaczęłyśmy rozmawiać najpierw o ćwiczeniach, o bólu, o tym, jak długo boli blizna i kiedy można wrócić do normalnego życia. Stały, milczący, z gałęziami pokrytymi cienką warstwą śniegu, który tej zimy przyszedł do Krakowa wcześniej niż zwykle.
Druga dłuższa, z wyjaśnieniami, których nie chciałam czytać do końca. Nie dlatego, że się bałam, nie dlatego, że miałam mu coś do powiedzenia, ale nie mogłam. Po prostu nie miałam mu nic do powiedzenia.
Bożena pewnego wieczoru zapukała do drzwi mojego pokoju, gdy siedziałam przy biurku i przeglądałam notatki babci Zofii.


