Szarpnięto go do tyłu, pozbawiając równowagi, zanim zdążył zareagować. Zanim odzyskał zmysły, już stał na nogach, popychany w głąb obozowiska. Wokół ognisk snuli się ludzie, ale prawie wyłącznie kobiety. Mężczyzn było niewielu, a ci, którzy zostali, patrzyli na niego z kamiennymi twarzami.

Kiedy przyprowadzono go do największej ziemianki, wiedział, że to przesłuchanie odbędzie się na oczach całej osady. Za ogniem siedziała kobieta. Stara jak same te góry, ale oczy miała ostre jak brzytwa. To była Witosława, matka tego obozowiska.
Nie odezwała się od razu. Patrzyła na niego długo, w milczeniu, jakby ważyła każde jego tchnienie. Ksawery stał wyprostowany, ale czuł, że grunt usuwa mu się spod nóg. Wiedział, że musi dotrzeć do najbliższej strażnicy, ale nie miał pojęcia, czy uda mu się stąd wyjść.
Witosława pochyliła się do przodu. Jej głos był cichy, ale ciął powietrze jak nóż. – Musisz wybrać jedno z dwojga – powiedziała. – Albo zostaniesz tu, albo odejdziesz na zawsze.
Ale jeśli odejdziesz, twoje kości zostaną w lesie, a imię wymazane. Ksawery przełknął ślinę. Pochyliła się jeszcze bliżej, aż poczuł jej oddech na twarzy. – Wybór należy do ciebie.
Mechanizm był dopracowany co do milimetra. Wiedział, że ta gra ma tylko jedno rozwiązanie, ale nie zamierzał ułatwiać jej zadania. Skrzywił się, udając wahanie, po czym skinął głową. – Zostanę.
– Mądra decyzja – mruknęła Witosława, ale w jej oczach błysnął chłód. Nie wierzyła mu. I dobrze. Wiosna tego roku była wyjątkowo sucha.
Las trzeszczał w słońcu, a ziemia pękała, odsłaniając stare korzenie. Ksawery przez wiele dni krążył po obozowisku, poznawał teren, zapamiętywał ścieżki, zwyczaje, kryjówki. Kobiety przyglądały mu się z nieufnością, ale nie przeszkadzały. Zaczynały wierzyć, że naprawdę został.
Aż do dnia, gdy Witosława wezwała go przed swoje oblicze. – Pójdziesz w góry – powiedziała. – Na północny wschód, za przełom. Tam spotkasz ludzi, którzy wiedzą, jak żyć w tych czasach.
Przyniesiesz mi ich słowa. Ksawery skinął głową. Wiedział, że to test. Albo misja, albo pułapka.
Ale nie miał wyboru. Wyruszył o świcie, zanim słońce zdążyło podnieść się nad horyzont. Szedł szybko, ale ostrożnie, uważając na każdy krok. Las gęstniał, ścieżka wznosiła się, a powietrze robiło się coraz chłodniejsze.
Po kilku godzinach dotarł do miejsca, o którym mówił Witosława – wąskiego przejścia między skałami, jakby stworzonego do zasadzki. Zatrzymał się, rozejrzał. I wtedy ich zobaczył. Było ich pięciu.
Mężczyźni o twarzach pociętych bliznami, uzbrojeni w noże i kusze. Stali w cieniu, czekając. Ksawery nie cofnął się. Przeciwnie – ruszył prosto na nich.
– Kim ty do diabła jesteś? – warknął jeden z nich. – Kimś, kto idzie tam, gdzie wy nie śmiecie – odpowiedział Ksawery. Zanim zdążyli zareagować, za jego plecami rozległ się trzask.
Z ziemi wystrzeliły pęta splecione ze ścięgien i rzemieni. Pierwsi dwaj runęli, zanim zdążyli krzyknąć. Kolejnemu z impetem przygniótł własny kamień, który zeskoczył z krawędzi. Dwóch zostało.
Rzucili się na Ksawerego, ale on był szybszy. Wykorzystał moment, gdy jeden potknął się o korzeń, i przygniótł go do ziemi, przyciskając przedramiona. Ostatni rzucił nożem, ale Ksawery uniknął ciosu, przechylając głowę o włos. Potem był już tylko cios pięścią.
Kiedy wszystko ucichło, Ksawery podszedł do pokonanego przywódcy. Pochylił się i wyszeptał mu prosto do ucha, powoli, by każde słowo dotarło do jego świadomości. – Twoja grupa już nie istnieje. Odwiesił nóż do skórzanej pochwy i ruszył dalej.
Ale nie na wschód. Wrócił. Witosława czekała na niego u wejścia do obozowiska. Widziała, że jest sam, i widziała mu w oczach, że nie przyniósł żadnych wieści.
– Zabiłeś ich? – zapytała. – Zostawiłem przy życiu – odpowiedział. – To powiedzą między sobą więcej niż tysiąc słów.
Pochyliła głowę. Potem spojrzała na córki, które stały w cieniu. Jagna i Witosława. – Odtąd łuki moich córek należą do ciebie – powiedziała.
Ksawery skłonił się, ale nie poczuł dumy. Poczuł, że to dopiero początek. Nadszedł czas, gdy ogromny, ociężały system pękał w szwach, gorączkowo wymieniając flagi, nazwy ulic i ideały, które nie miały już żadnego znaczenia. Stare porządki legły w gruzach, a granice stały się dziurawe jak sito.
W tych lasach liczyło się tylko to, kto szybciej biega i kto lepiej trzyma nóż. Ksawery wiedział, że nie uniknie wojny. Przemytnicy pojawili się trzy tygodnie później. Szli doliną, ciągnąc za sobą zwierzęta objuczone towarem.
Ksawery widział ich z daleka z wierzchołka wzgórza. Witosława stała obok niego, milcząca. Wiedziała, że to nie jest zwykły przemyt. Ci ludzie nieśli coś znacznie gorszego.
– Musimy ich powstrzymać – powiedziała. – Nie możemy – odparł Ksawery. – Jest ich za dużo. – To nie ma znaczenia.
Ksawery spojrzał na nią. W jej oczach zobaczył coś, czego wcześniej nie dostrzegł – nie tylko upór, ale strach. Wiedziała, że jeśli przepuszczą tych ludzi, obozowisko będzie następne. Zaczęli przygotowania.
Przeszedł do logistyki. Wykorzystując resztki wojskowego parakordu i dziesiątki metrów lini splecionych ze zwierzęcych ścięgien, zbudowali sieć pułapek w wąskim przejściu. Ksawery przesunął niepozorną leśną strunę do bezpiecznej strefy, żeby uruchomić zasadzkę w odpowiedniej chwili z kryjówki za kamienną ścianą fundamentu, dwadzieścia metrów poza strefą zawalenia. Wieczorem natknął się na Jagnę, córkę Witosławy, która ćwiczyła łuk przy ognisku.
– Od dawna patrzysz – powiedziała, nie odwracając głowy. – Patrzę – przyznał. – Widzę, że umiesz więcej, niż pokazujesz. Odwróciła się.
W jej oczach zobaczył nieufność, ale też coś na kształt uznania. Następnego dnia wyruszyli. Jagna szła pierwsza, przypadając do ziemi, czytając ślady, które Ksawery celowo zostawił na podejściu do wąskiego miejsca. W południe dotarli na skraj lasu.
Stamtąd było już widać obozowisko przemytników. Zaczęli czekać. Kiedy słońce zaczęło zachodzić, a cienie wydłużały się, ruszyli. Ksawery przywarł plecami do zimnego kamienia, licząc kroki.
Dwadzieścia metrów od strefy zawalenia. Słyszał ich głosy, śmiech, szczęk broni. Wiedział, że muszą tylko zwabić ich w pułapkę. Krzyknął, przekrzykując ryk silnika wozu, który nadjeżdżał zza zakrętu.
Przemytnicy natychmiast przypadli do ziemi, unosząc broń. I wtedy pęta napięły się. Później było zamieszanie. Krzyki, trzask gałęzi, jęki.
Ksawery i Jagna wyłapywali kolejnych, którzy próbowali uciekać. Po godzinie wszystko ucichło. Witosława wyszła z ukrycia i przeszła obok pokonanych, nie patrząc na nich. Podeszła do Ksawerego i położyła dłoń na jego ramieniu.
– Martwa przecinka znów należy do was – powiedziała. Ale Ksawery nie poczuł triumfu. Widział w jej oczach, że to nie koniec. Wiedział, że ci, którzy przetrwali, wrócą.
I że następna bitwa będzie znacznie gorsza. Tej nocy Jagna usiadła przy ognisku, podciągnąwszy kolana do piersi. Ksawery podszedł do niej, ale nie powiedział nic. Stał tylko i patrzył w płomień.
Czuli to samo – że los, który ich połączył, nie zamierza ich oszczędzić. Do osady wrócili biegiem, ale wiedzieli, że spokój nie potrwa długo. Ksawery nie spał już od wielu dni. Za każdym razem, gdy zamykał oczy, widział twarze przemytników, ich złość, ich determinację.
Wiedział, że będą chcieli zemsty. I wiedział, że aby ją powstrzymać, będzie musiał zrobić coś, co przekroczy wszystkie jego granice. Podszedł do Witosławy, która stała samotnie na skraju obozowiska, wpatrzona w ciemność. – Oni wrócą – powiedział po prostu.
– Wiem – odparła. – I tym razem nie będą czekać na nasze zaproszenie. Ksawery skinął głową. Wyjął nóż z pochwy i wbił go w ziemię u jej stóp.
– Więc musimy być gotowi, zanim nadejdą. Wiatr zaszumiał w gałęziach, a na wschodzie niebo zaczęło jaśnieć. Ksawery odwrócił się i ruszył w kierunku wzgórz. Jagna wyprzedziła go o krok, a on nie śpieszył się, by ją dogonić.
Wiedział, że to dopiero początek długiej drogi. I że życie nigdy nie będzie takie samo.


