Nigdy nie zapomnę tego dnia, gdy generał von Boineburg-Lengsfeld wziął pistolet do ręki. Wyspy normandzkie były otoczone przez brytyjskie okręty, a my, około 25 000 żołnierzy, czekaliśmy na…

Nigdy nie zapomnę tego dnia, gdy generał von Boineburg-Lengsfeld wziął pistolet do ręki. Wyspy normandzkie były otoczone przez brytyjskie okręty, a my, około 25 000 żołnierzy, czekaliśmy na...

8 maja 1945 roku, gdy cała Europa świętowała koniec wojny, generał Hans von Boineburg-Lengsfeld otrzymał rozkaz, który zmroził mu krew: garnizon na wyspach normandzkich miał dalej walczyć. Wyspy, obsadzone przez około 25 000 niemieckich żołnierzy, zostały uznane przez samego Hitlera za fortecę, którą należało bronić do ostatniego naboju. Tego dnia do Guernsey, gdzie stacjonowało niemal 10 000 Niemców, przybyło ledwie kilkudziesięciu nieuzbrojonych Brytyjczyków, aby przeprowadzić inspekcję sprzętu i zasobów. Niemcy powoli szykowali się do niewoli, ale logistyka morskich operacji przedłużała ich okupację.

Thumbnail

Brytyjczycy, obawiając się, że wyspy staną się punktem oporu, postanowili wysłać ze swojego lotniska w Norwegii samolot z delegacją. Mieli lecieć do Flensburga na granicy duńskiej, aby negocjować warunki kapitulacji. W tym samym czasie na wschodzie w Kurlandii 180 000 żołnierzy w niemieckich mundurach wciąż trzymało się na nogach, a ostatnie walki wygasały dopiero 20 maja. Pewien porucznik Armii Czerwonej wspominał atak niemieckiego oddziału ukrywającego się w węgierskich lasach.

Dopiero 20 maja udał się z oficerami do miasteczka Annaberg, by znaleźć amerykańską jednostkę. Na wyspach normandzkich, w obliczu niewoli, niemieccy żołnierze czekali na rozwój wypadków. Generał von Boineburg-Lengsfeld, zdając sobie sprawę z beznadziejności sytuacji, podjął decyzję, która miała zapaść na zawsze w pamięci jego podwładnych. Następnie spokojnie przyłożył pistolet do skroni i pociągnął za spust.

Jego śmierć była ostatnim aktem tragedii, która rozegrała się na tych zapomnianych przez historię wybrzeżach.