Błagałem ją, żeby poszła do lekarza, ale tylko się uśmiechnęła i pokręciła głową. W tym samym momencie zadzwonił telefon. To był przełożony Marka. Mówił coś o pilnym spotkaniu, ale ja ledwo słuchałem, bo wciąż myślałem o tym, jak pomagałem Ewie przygotować się do szkoły.

Usiadłem powoli, koszula przykleiła mi się do skóry. System był martwy. Nie wróciliby aż do zmierzchu, więc postanowiłem wrócić do środka i spojrzeć w sufit.
Pięciego lipca, dwa tysiące dwudziestego roku, coś się we mnie przełamało.


