Przyciskam się do zmarzniętej skały, a oni stoją dwadzieścia metrów dalej. “Przyprowadziłeś ich prosto do nas” — syczy Bogumiła, a w jej głosie słychać oskarżenie. Za nami wąwóz, nad nami śnieżny…

Przyciskam się do zmarzniętej skały, a oni stoją dwadzieścia metrów dalej. "Przyprowadziłeś ich prosto do nas" — syczy Bogumiła, a w jej głosie słychać oskarżenie. Za nami wąwóz, nad nami śnieżny...

Nocami słupki termometru spadały do minus trzydziestu. Do środka nawiewało białe kliny zaspy. Pchnęłam drzwi ramieniem i wszedłem do holu, a za mną wciągnęło mróz, który ciął po twarzy. Wróciłem do holu, wyjąłem radiostację i zacząłem wywoływać strażnicę.

Thumbnail

Kobiety nie uciekły same. Śnieg sięgał do połowy łydki. Sprawdzałem kompas co dwadzieścia minut. Zszedłem do wąwozu.

Całkiem młoda, jakieś dwadzieścia lat. Same pobiegły. Pomóż mi donieść je do sań. Schowałem pistolet do kabury.

Do obozowiska docieraliśmy prawie półtorej godziny. Zawiezie nas pan do domu. Bogumiła ma dubeltówkę i pewnie ze dwadzieścia naboi ze śrutem. Przygotowywała się do wojny.

Dorzucałem do ognia po jednej drzazdze. Co piętnaście minut zmuszałem je do poruszania palcami stóp i rąk, do rozcierania twarzy, do zmiany pozycji. Podszedłem do Celiny. Przeszedłem do Dagmary i Igi.

Schowałem broń do kabury. Powiedziała pustelnica, zwracając się do mnie. Musimy przejść sześć kilometrów do wąwozu. Wiesz, do czego są zdolni.

Bogumiła podeszła do mnie. Do wąwozu jeszcze trzy kilometry. Same skały. Do zbawiennych skał zostało około kilometra.

Do wejścia w wąwóz zostało trzysta metrów. Jeden skuter wyrwał się do przodu. Wpadliśmy do wąwozu rzeki San. Do góry!

Poszli do góry albo dnem. Otworzyli huraganowy ogień do mojej kryjówki. Spojrzałem do góry. Przywarłem plecami do zimnego kamienia.

Przyprowadziłeś ich prosto do nas. Bogumiła podeszła wprost do mnie. Dokładnie nad nami, nawisając nad korytem rzeki na wysokości dwudziestu metrów, znajdował się śnieżny okap, potworna masa sprasowanego zimowego śniegu. Odwróciłem się do kobiet.

Przycisnęła kolbę do ramienia. Przycisnąłem zbity sterylny tampon do rany. Do strażnicy cztery kilometry na północ. Celina i Lucyna do środka.

Marlena i Iga do przodu, naciągnięcie. Do strażnicy około trzech kilometrów. Przyłożyłem palce do szyi pustelnicy. Ciśnienie spadło do krytycznego poziomu.

Powiedziałem do kobiet. Koniec przywiązałem do włuków swój, do własnego pasa. Widoczność spadła do pięciu metrów. Naturalny most nad przepaścią.

Doszły do połowy. Zacisnąłem zęby do zgrzytu. Rozpadlina za nami do strażnicy. Wyczerpane do granic.

Podszedłem do włuków. Podszedłem do samego skraju płaskowyżu. Wiedzieli, że idziemy do strażnicy. Wystarczy, żeby dojść do strażnicy.

Lucyna przycisnęła ręce do piersi. Ani jednego prawa do błędu. Przywierałem bokiem do zmarzniętej ziemi. Leżał dwadzieścia metrów ode mnie.

Ręce do góry. Krzyknął do swoich. Wnieśli mnie do bloku medycznego strażnicy. System ochrony, który budował latami, runął w jednej chwili.

Góry mnie do siebie ciągnęły. Temperatura znów spadła poniżej dwudziestu stopni.