Wojna w Wietnamie znam przede wszystkim z amerykańskich filmów i książek. Viet Cong, Victor Charlie, stał się symbolem całego amerykańskiego doświadczenia w Wietnamie – partyzanckich zasadzek, terroru wobec sojuszników rządu w Sajgonie, ale też wytrzymałości i zaradności. Dziś porzucę tę amerykańską narrację i pokażę wojnę oczami Wietkongu – na podstawie wspomnień południowca Truong Nhu Tanga, dzienników komunistycznej lekarki Duy Cham, artykułów generała Tran Van Tra i innych relacji. Zacznijmy od podstaw: czym właściwie był Wietkong?

Dla jasności będę używał tego pojęcia, choć formalnie nigdy nie istniał. Demokratyczna Republika Wietnamu, czyli komunistyczna Północ, od podziału kraju w 1954 roku dążyła do zjednoczenia. W 1959 roku w Hanoi zauważono, że reżim Ngo Dinh Diema na Południu siał niezgodę – prezydent prowadził szeroko zakrojone działania policyjne, eliminując przeciwników politycznych. Rosnące niezadowolenie postanowiono wykorzystać.
W 1960 roku na Południu powołano Narodowy Front Wyzwolenia Wietnamu Południowego – organizację finansowaną i wspieraną potajemnie przez komunistów z Północy, która miała prezentować się jako niezależny ruch dążący do niepodległości. Jego zbrojnym ramieniem były Ludowe Siły Zbrojne Wyzwolenia. Sam termin „Wietkong” ukuli dziennikarze z Sajgonu jako skrót od „wietnamskich komunistów”. Bojownicy nigdy tak o sobie nie mówili – nazywali siebie żołnierzami, bojownikami, członkami Frontu Wyzwolenia.
Do 1959 roku działania przeciwko rządowi Diema były spontaniczne, prowadzone przez południowców, i sięgały korzeniami tradycji antykolonialnej walki z Francuzami. Z czasem ruch stawał się coraz bardziej złożony, ale nie można go sprowadzić do partyzanckiej inkarnacji północnowietnamskiej armii. Wiosną 1966 roku na Północy nakreślono politykę: „Musimy użyć wszelkich środków, aby zmotywować młodzież i kobiety, bo to one reprezentują główne siły walki politycznej i wojskowej w miastach. Musimy rozwijać organizacje przejściowe, działające jawnie lub półjawnie, pod wieloma ukrytymi formami.
Nie możemy być sztywni co do form organizacji, nazw czy przywództwa, pod warunkiem że zjednoczą masy i że będziemy mogli je stopniowo przekształcać zgodnie z kierunkiem rewolucji. ” Najważniejsza była nieprzejrzysta struktura ruchu oporu, mająca różne twarze, by przyciągać nie tylko komunistów. Amerykański specjalista George Tanham zauważył, że Front i Ludowa Partia Rewolucyjna zbudowały równoległe organizacje, co pozwalało partii kontrolować Front na wszystkich szczeblach. Komuniści od początku zakładali, że staną się oczami i głową przedsięwzięcia, ale rozumieli, że na Południu istnieją różne antyrządowe postawy.
Truong Nhu Tang w swoich wspomnieniach zwraca uwagę, że członkowie Wietkongu, zwłaszcza z Południa, byli najpierw kształceni, a dopiero później „komunizowani”. Szkolenie bojowników obejmowało sesje o bieżących wydarzeniach, kwestiach politycznych i wojskowych oraz historii rewolucji, ale nie było typowej indoktrynacji marksistowskiej. Instruktorzy skupiali się na wielkich nacjonalistycznych hasłach wuja Ho: „Nie ma nic cenniejszego niż niepodległość i wolność”, „Jedność, wielka jedność, zwycięstwo, wielkie zwycięstwo”. Miały one służyć jako teksty homiletyczne, wokół których wpleciono tematy patriotyzmu i świętego obowiązku wypędzenia Amerykanów.
Żołnierze z Północy, wychowani w marksistowskim klimacie, przyjmowali ideologię prosto, ale chłopscy partyzanci z Południa uznaliby taką indoktrynację za gorszą torturę niż cokolwiek, co mógłby wymyślić reżim w Sajgonie. Czy to była tylko nacjonalistyczna zasłona dymna? Jeśli tak, działała skutecznie. Północ radziła sobie znacznie lepiej niż Południe w wykorzystywaniu ludzi, którzy sprzeciwiali się rządom marionetkowym, ale nie musieli zgadzać się z marksizmem.
Ruch antyrządowy nie sprowadzał się tylko do chłopów zniechęconych reformami i korupcją. Wietkong początkowo rekrutował młodych mężczyzn w wieku 17–30 lat ze środowisk robotniczych i chłopskich, ale wraz z eskalacją amerykańskiego zaangażowania stawał się strukturą bardziej zróżnicowaną – przyciągał starszych, pozbawionych złudzeń, celował w kobiety, szukał sojuszników wśród intelektualistów, urzędników, a nawet drobnych przedsiębiorców. Protokół przesłuchania jednej z pojmanych przez Amerykanów kobiet pokazuje charakterystyczny scenariusz: „Widok nieszczęść, które codziennie działy się w mojej wiosce, bardzo mnie zszokował. Sprawił, że poczułam, że sprawa Frontu jest słuszna.
Armia Republiki Wietnamu, pomimo oświadczeń o pomaganiu ludziom, wyrządza im krzywdę – podpala domy, wyłudza dane, dokonuje arbitralnych aresztowań. Kadry Frontu pracowały bez wynagrodzenia, ich rodziny często nie miały nawet ryżu, ale godziły się na to dla mieszkańców wioski i ojczyzny. Pomagali ludziom w pracach polowych, kopali rowy, aby poprawić plony. Darzyłam Front wielkim szacunkiem, choć niewiele o nim wiedziałam.
Postrzegałam kadry jako żywe wcielenia bohaterów naszych legend – tych, którzy powstają, aby walczyć ze złem i chronić ludzi. Byłam świadkiem, jak żołnierze ARWN podpalali domy i ćwiartowali członków kadry. Zaproszono mnie na pogrzeb czterech poćwiartowanych mężczyzn. Zgodziłam się od razu, mimo sprzeciwu dziadków, którzy bali się policyjnego nalotu.
To był pierwszy raz, kiedy sprzeciwiłam się dziadkom, i pierwszy raz, kiedy podjęłam decyzję o przyłączeniu się do ruchu oporu. ”
Inna weteranka Wietkongu, Kim Zung, mówiła o sukcesie partyzantki jako o sukcesie zwykłych ludzi – wrogowie nie doceniali kobiet. Północ lepiej niż Amerykanie rozumiała potrzeby i motywacje południowców. Trudno mówić o spójnej tożsamości Wietkongu – ruch miał sprawiać pozory różnorodności, a spójna była tylko chęć obalenia kolejnych przywódców Sajgonu.
Amerykańscy oficerowie wywiadu widzieli różnice: żołnierze z Północy byli entuzjastycznymi wojownikami, południowcy mieli w sobie więcej fatalizmu, zwłaszcza politycznego. Mówili: „Wykładanie mi spraw politycznych jest jak granie na gitarze bawołu wodnemu”. Tam, gdzie Amerykanie chcieli widzieć monolit, Północ rozumiała skomplikowaną siatkę oddolnych, lokalnych inicjatyw antyrządowych. Komuniści akceptowali ich odrębność, aby tworzyć coraz skuteczniejszą organizację.
Sprowadzanie Wietkongu do złamanych przez komunizm chłopów byłoby tym samym błędem, co amerykańskich polityków. Dopiero w grudniu 1963 roku, po udanym zamachu na Diema, w Hanoi podjęto decyzję o przyspieszeniu wsparcia militarnego dla Południa. Z perspektywy Zachodu wojna zaczyna się od tego momentu – od poważniejszego zainteresowania komunistów wsparciem dla Wietkongu i jawnego zaangażowania Amerykanów. Dla Frontu amerykańska interwencja była koszmarem na jawie.
Gdy nastał rok 1965, nikt nie miał złudzeń co do zdolności uzyskania przewagi militarnej nad amerykańską machiną wojenną. „Myśli o bezpośredniej interwencji napełniły nas chorobliwym przeczuciem przedłużającej się i bardziej brutalnej wojny. Nie chodziło o brak determinacji, ale wojnę na Południu postrzegaliśmy głównie jako walkę polityczną z podporządkowanym wymiarem militarnym. Naszą strategią była rewolucja polityczna, a przemoc zbrojna była środkiem do celu.
Gdyby Amerykanie interweniowali siłowo, skala przemocy wzrosłaby geometrycznie. ”
Kadry Frontu wykorzystały jednak eskalację do własnych celów. Mało precyzyjne akcje represyjne, w tym bombardowania, pozwalały budować narrację: „Rząd zabije cię, nawet jeśli nie będziesz z nim walczyć, więc równie dobrze możesz walczyć, zanim umrzesz”. O determinacji mówią warunki, w jakich Wietkong prowadził działania.
Rządom Południa udawało się utrzymywać kontrolę nad miastami i terenami zaludnionymi, a Wietkongowi przypisywano peryferia i dżunglę. Ale to zbytnie uproszczenie. Szlak Ho Chi Minha, który Amerykanie uważali za kontrolowany przez przeciwnika, partyzanci znali jako „drogę przez góry Annamskie” – i był dla nich równie obcy jak dla południowców i obcokrajowców. Większość Wietnamczyków od wieków żyje na wybrzeżu i w żyznych deltach rzek.
Dżungle gór Annamskich były im obce, zwłaszcza w porze deszczowej, gdy strumienie stawały się rwącymi rzekami. Szlak był skomplikowaną siecią trudnych ścieżek, a podróż nocą, bez świateł, by nie zdradzić pozycji, była koszmarem. Kierowcy ciężarówek mówili o wojnie jak o „wojnie głuchych ze ślepymi”. Henry Kissinger w 1969 roku ujął to: „Armia konwencjonalna przegrywa, gdy nie zwycięża; partyzantka zwycięża, gdy nie przegrywa”.
Czytając wspomnienia członków Wietkongu, widać, że na pierwszym planie było przeżycie, a nie zwycięstwo militarne. „Żyliśmy jak ścigane zwierzęta, a egzystencja wymagała ciągłej czujności fizycznej i psychicznej. Gotowi do przeprowadzki w każdej chwili, ograniczyliśmy osobiste obciążenia do minimum. Partyzant posiadał tylko dwie pary czarnych piżam, kilka par majtek, moskitierę i kilka metrów kwadratowych lekkiego nylonu jako płaszcz przeciwdeszczowy lub dach.
Do tego broń, amunicję i tak zwane „jelita słonia” – długie rurki zwiniętej bawełny wypełnione ryżem, zawieszane na plecach. W osobistej spiżarni każdego mężczyzny znajdowała się mała kostka soli, kawałek glutaminianu sodu i może trochę suszonej ryby lub mięsa. Racja ryżu wynosiła 20 kilogramów miesięcznie, spożywana dwa razy dziennie – około 9 rano i 4 po południu. To nie wystarczało na wiele, pozostawiając nas w stanie niedożywienia.
”
Niedożywienie i trudne warunki, zwłaszcza w porze deszczowej, odbijały się na partyzantach. Dziennik Duy Cham, lekarki z Północy, pokazuje późniejszą fazę wojny, ale doświadczenia z dżungli są uniwersalne. 8 lutego 1969 roku: „Zakończyliśmy część ciężkiej podróży – 14 dni wspinaczki po górach i schodzenia rzekami, w słońcu i deszczu”. 2 kwietnia: „Dziś wieczorem w ambulatorium jest spokojnie.
Ranni towarzysze jeszcze nie wyzdrowieli, a muszą wspiąć się na inną górę, aby ukryć się przed wrogiem. Ich rany wciąż bolą. Amerykańscy piraci wciąż są, więc nadal będziemy odczuwać smutek. Nic się nie zmienia.
” 30 lipca: „W ciągu trzech miesięcy klinika została zaatakowana cztery razy. Moje serce płonie z niepokoju. Och, moi drodzy towarzysze, kto przeżył, a kto umarł? Gdzie jesteście?
Trudności ciążą jak góra na moich towarzyszach i uciskają moje serce. Czy macie siły, aby przeciwstawić się tej górze? Musicie z nią walczyć, bo inaczej zabije nas wszystkich. ”
To mierzenie się z górą było dosłowne.
Bojownicy w spartańskich warunkach prowadzili wojnę ze świetnie wyposażonym przeciwnikiem. Braki w pożywieniu uzupełniano doraźnymi wyprawami myśliwskimi – polowano na słonie, tygrysy, dzikie psy, małpy. „Żadne z nich nie było obce naszym garnkom. Nawet mimo głodu ciężko było mi przełknąć małpie mięso lub psa.
Niektórzy uważają psa za wietnamski przysmak, ale to tylko kuchnia północna; południowcy traktują to z takim samym niesmakiem jak mieszkańcy Zachodu. Kolejnym suplementem diety, którego nauczyłem się jeść bez odruchu wymiotnego, była ćma dżunglowa. Gdy siedzieliśmy nocą wokół lamp naftowych, łapaliśmy duże ćmy trzepoczące wokół światła. Po zdjęciu skrzydełek i szybkim grillowaniu na ogniu nie był to szczególnie smaczny kąsek, ale nie był też zły.
Gdzieś w drugim lub trzecim roku po wyjściu z więzienia większość egzotycznych dań zniknęła z menu – tygrysy, słonie i małpy prawie zniknęły z lasu, w żołądkach partyzantów. ”
Takie warunki wymagały elastyczności. Na terenach bezpiecznych partyzanci pomagali wioskom w pracach polowych, aby zwiększyć racje żywnościowe. W mniej spokojnych czasach Wietkong stawiał cywilów w dramatycznej sytuacji – groźbą zmuszano wsie do lojalności i danin, a te same wsie były podejrzewane przez siły rządowe i Amerykanów o wspieranie Wietkongu, a przez Wietkong o utrzymywanie stosunków ze stolicą.
To błędne koło było znamienne dla tej wojny. Ofiara cywilów miała być odpowiedzialnością marionetek i Amerykanów. Wielu partyzantów nigdy nie wzięło udziału w walce, bo w dżungli głównym wrogiem była malaria. „Bardzo niewielu przed nią uciekło, a jej powtarzające się ataki pustoszyły szeregi.
Nazywaliśmy to podatkiem od dżungli. Na każdy rok spędzony w dżungli spędziłem około dwa miesiące w szpitalu, walcząc z wysoką gorączką i osłabieniem. Z powodu niedoborów żywieniowych i malarii prawie wszyscy byli naznaczeni żółtaczką i chorobliwie bladzi. Podczas misji infiltracyjnych każda spostrzegawcza osoba od razu rozpoznała pełnoetatowego partyzanta.
” Na samym szlaku Ho Chi Minha miało zginąć między 10 a 30 tysięcy Wietnamczyków, większość z powodu chorób. 23 listopada 1969 roku Duy Cham zapisała: „Po drodze spotkałam kilku towarzyszy z wojska, bladych, odrywających pędy bambusa. Powiedzieli, że są głodni i od dawna chorują na malarię. Wielki opór jest pisany krwią, kośćmi i młodością tak wielu ludzi.
”
Wśród bojowników powszechna była świadomość, że szansa na przeżycie jest niska. Napływ nowych rekrutów, w tym z Północy, był konieczny z powodu ogromnych strat – w batalionach bojowych zdarzały się straty na poziomie 85 procent. Z perspektywy Amerykanów wojna mogła przypominać próbę rozgniecenia przeciwnika młotem, ale to nieprawda. Już w 1967 roku Wietkong poniósł ogromne straty.
Co trzymało go na nogach? Wiele mówi się o wpływach konfucjanizmu, zwłaszcza na Południu, który przekładał się na wierność rodzinie, a w tym wypadku jednostce wojskowej. Generał Tran Van Tra twierdził: „Im więcej walczyliśmy, tym silniejsze stawały się nasze siły polityczne i militarne, zarówno ilościowo, jak i jakościowo. Postępowy świat był po naszej stronie przeciwko niesprawiedliwej wojnie.
Stany Zjednoczone poniosły porażkę polityczną u siebie i na świecie. Zwyciężaliśmy i utrzymywaliśmy inicjatywę pomimo trudności w uzupełnianiu sił i dostawach. ”
Tą sprzyjającą sytuacją były rządy w Sajgonie. Amerykański dyplomata George Ball podsumował: „Południowy Wietnam to kraj z armią, ale bez rządu”.
Problem w tym, że wielu bojowników od 1967 roku nie zgodziłoby się z tym optymizmem. Rok 1967 był najcięższy dla wszystkich stron, a z perspektywy partyzantów trudno było mówić o postępie. Wietkong ponosił większe straty, a frustracje prowadziły do coraz powszechniejszego terroru. Weterani, walczący na własnym terenie, byli zaniepokojeni skalą zbrodni.
Truong Nhu Tang uważał, że bardziej skłonni do przemocy są żołnierze z Północy. „Relacje o doświadczeniach z rządami rewolucyjnymi, choć wyolbrzymione przez prasę Sajgonu, były niepokojące. Stracono dużo osób, w większości powiązanych z rządem, ale zginęli też inni, w tym kilku schwytanych amerykańskich żołnierzy i cywilów. Wierzyłem, że wśród mniej sztywnych południowców prawdopodobieństwo takich rzeczy było mniejsze.
Być może to szowinistyczne myślenie, ale czułem, że ma uzasadnienie. Pomyślałem też, że ja i moi przyjaciele z Sajgonu będziemy w stanie sprawować kontrolę na własnym terenie. Zatem odpuściłem temat Hue. ”
Członkowie Wietkongu nie przemilczali zbrodni – dla nich to nie były zbrodnie, lecz walka polityczna, polegająca przede wszystkim na walce terrorystycznej.
Według ostrożnych szacunków Wietkong zabił w atakach terrorystycznych na Południu co najmniej 30 tysięcy osób. Spać spokojnie pozwalało zrzucanie winy na fanatyków z Północy albo przekonanie, że precyzyjna przemoc wobec obcokrajowców i sojuszników marionetkowego rządu jest lepsza niż ślepe działania amerykańskiej machiny wojennej. Amerykańskie samoloty bombardowały miasta Północy, ale Wietkongowi i Północy brakowało równie spektakularnego środka. Wietkong miał zostać wykorzystany do masowej ofensywy zsynchronizowanej z działaniami regularnej armii północnowietnamskiej.
W listopadzie 1967 roku podjęto decyzję o rozpoczęciu ofensywy, która w historiografii przyjęła nazwę ofensywy Tet, choć partyzanci mówili o niej „wielka ofensywa”. Ofensywa Tet w 1968 roku należała do najtrudniejszych działań militarnych. Mało kto mógł czuć się zwycięzcą. Atak mocno poharatał rząd w Sajgonie i przestraszył amerykańską opinię publiczną, ale Wietkong absolutnie nie mógł uznać jej za swój sukces.
Fascynującym źródłem jest książka „In Vietnam”, najbardziej oficjalna wersja tego, jak Wietnam ocenia wojnę z amerykańskim imperializmem. Czytając ją, mamy do czynienia z przedziwnym punktem widzenia – wojna jako niekończący się zwycięski pochód północnowietnamskiej armii, a termin „Wietkong” pada tylko w kontekście cytowania amerykańskich źródeł. Ofensywa Tet została potraktowana tak: „Ofensywa generalna Tet 1968 roku, jednoczesne powstanie naszych żołnierzy i cywilów, odniosła strategiczne zwycięstwo. Pokonała agresywne plany amerykańskich imperialistów i stanowi strategiczny punkt zwrotny.
Zbankrutowała amerykańska koncepcja ograniczonej wojny, a imperialiści zostali zmuszeni do deeskalacji. ” Ale obok tego akapitu jest inny, dający do myślenia: „Ponieważ nie w pełni doceniliśmy nowe plany wroga i zmiany w sposobie prowadzenia wojny, a doceniliśmy możliwości wroga i siłę jego kontrataku, nie skoncentrowaliśmy naszych sił politycznych i wojskowych, aby poradzić sobie z nowymi intrygami. Począwszy od drugiej połowy 1968 roku nasza ofensywna postawa zaczęła słabnąć, a nasze trzy typy sił zbrojnych uległy wyczerpaniu – a może po prostu wyniszczeniu. ”
Generał Tran Van Tra wspominał: „Przygotowania trwały zaledwie trzy miesiące – to zbyt krótki czas na tak kolosalne przedsięwzięcie.
Ponieśliśmy największe straty w siłach wojskowych i politycznych, zwłaszcza w kadrach wysokich rangą i lokalnych, które w najbardziej krytycznych momentach maszerowały przed masami. Straty w żołnierzach i sprzęcie spowodowały niezliczone trudności w radzeniu sobie z szaleńczym kontratakiem wroga i szybkimi działaniami pacyfikacyjnymi w latach 1969–1970, kiedy wprowadzono politykę wietnamizacji. ”
Wspomnienia partyzantów z tego czasu są spójne – mówią o najciemniejszym momencie wojny. Jeden z lokalnych dowódców wspominał: „Podczas ofensywy Tet plan zakładał przejęcie ziemi i rozlanie naszych wpływów niczym plamy ropy.
Niespodziewanie program pacyfikacji krok po kroku zmniejszył te obszary, jak słońce suszy kawałek mięsa. Pomysł powiększenia wyzwolonych obszarów został odrzucony, a następnie utracono ziemię i ludzi. Kadry i żołnierze stopniowo tracili pewność siebie, aż w końcu całkowicie się załamali. Nigdzie nie mogli znaleźć bezpiecznego schronienia.
Poczułem się naprawdę zawiedziony. Moje życie było żałosne, a moja walka bezwartościowa. Nie mogłem utrzymać terytorium i zostałem przegnity. ”
Lata 1969–1970 oznaczały najgorsze morale i niemal apokaliptyczny kryzys – utratę wszystkiego, co budowano.
Każdy żołnierz Wietkongu prędzej czy później był wystawiony na działanie najnowocześniejszego amerykańskiego sprzętu, przede wszystkim bombardowań z B-52. „Ryk eksplozji bomb zrzuconych z B-52 rozdziera bębenki w uszach w promieniu kilometra, powodując nieraz permanentną głuchotę. Fale uderzeniowe w promieniu pół kilometra zawalały ściany bunkrów, grzebiąc żywcem ludzi. Leje po bombach miały 9 metrów średnicy i były prawie równie głębokie.
W porze deszczowej napełniały się wodą i często służyły jako stawy rybne, odgrywając rolę w niekończącym się dążeniu do poszerzenia diety. Kiedy po raz pierwszy doświadczyłem ataku B-52, wciskając się w podłogę bunkra, wydawało mi się, że znalazłem się w środku Apokalipsy. Strach całkowicie mną zawładnął. Prędzej czy później jednak strach mijał, ustępując miejsca skrajnemu fatalizmowi.
Weterani nie drapali już w konwulsjach podłóg bunkrów. Zamiast tego ludzie po prostu poddawali się i byli przygotowani, aby pójść i usiąść w kącie przodków. B-52 w jakiś sposób porządkował życie wielu, którzy przeżyli ataki – odkryli, że później potrafią spojrzeć na życie ze spokojniejszej, filozoficznej perspektywy. To była lekcja, która pozostała we mnie i nieraz pomogła przygotować się na śmierć.
”
Nie wszyscy byli gotowi na to poświęcenie. Niektórzy partyzanci doznali załamania nerwowego i trafili do szpitali, innych odesłano do domu. Zdarzały się przypadki, gdy bojownicy przyłączali się do rządu Sajgonu, nie mogąc sprostać życiu w dżungli. Nadeszły czasy, gdy jednostki szukały schronienia w Kambodży.
W 1970 roku Duy Cham była świadkiem rozpadania się struktur Wietkongu i panicznej ucieczki za granicę. Jej ostatni wpis przed śmiercią pokazuje skalę zmian. 20 czerwca 1970 roku: „Do dzisiaj nikt jeszcze nie wrócił od drugiego bombardowania. Minęło prawie 10 dni.
Wszyscy wyszli i obiecali, że wkrótce wrócą, aby zabrać nas z tego niebezpiecznego obszaru. Ludzie, którzy tu pozostali, liczyli każdą minutę. Minął jeden dzień, dwa dni, a potem dziesięć. Nikt nie wrócił.
Wszystkie pytania krążą po naszych głowach: dlaczego? Dlaczego nikt nie wraca? Czy jest jakiś problem? Nie sądziliśmy, że ktoś nas tak zostawi.
”
Wewnętrznie ten okres był odbierany jako najcięższa próba, z której Wietkong nie wyszedł zwycięsko. Ofensywa Tet i kontrofensywy 1969–1970 ostatecznie złamały kręgosłup starym strukturom. Poświęcenie Wietkongu było poświęceniem, na które komuniści z Północy byli gotowi. Od tej pory Wietkong miał stać się kolejną emanacją armii północnowietnamskiej, z kadrami pochodzącymi głównie z Północy.
Wietkong budowany tak wielkim wysiłkiem między 1960 a 1968 rokiem właściwie przestał istnieć. Truong Nhu Tang zauważał to z goryczą: „Z biegiem czasu Wietnam Północny przeznaczał na wojnę coraz więcej zasobów, aż stał się, jak lubili to określać przywódcy partii, gigantycznymi tyłami wspierającymi linię frontu. W rezultacie Front stał się coraz wyraźniej zdominowany przez partię i rząd Północy. Wojna przesuwała się w kierunku otwartej wojny między Północą a Południem, toczonej przez konwencjonalne armie.
”
Brytyjski dziennikarz Richard West pisał w 1975 roku: „Wietkong, czyli rdzenni komuniści z Południa, odgrywają obecnie jedynie niewielką rolę w wojnie. Proletariat Sajgonu, który zignorował dwa wyzwania do powstania w 1968 roku, wydaje się apatyczny. To, co zaczęło się jako wojna rewolucyjna, przerodziło się w staromodną konwencjonalną inwazję Północy na Południe. ” Nietrudno dojść do wniosku, że wykrwawienie się właściwego ruchu partyzanckiego z Południa pomogło komunistom.
Różnice w mentalności Północy i Południa sięgały zbyt głęboko. Na koniec zostawmy refleksję jednego z bohaterów, który opisywał rozczarowanie partyzantów wydarzeniami po 1975 roku. Jak na ironię, w obliczu rozczarowujących realiów powojennego życia, wielu byłych bojowników wspominało wspólne życie w partyzantce jak sielankowy okres.


