Sobotni poranek na Starym Targu zaczynał się zawsze tak samo. O 5:30 pojawiał się pan Marian z piekarni, o 5:45 bracia Nowakowie ustawiali skrzynki warzyw, a kilka minut po szóstej pani Zofia rozwieszała ręcznie szyte torby. Dokładnie o 6:10 na parking wjeżdżał stary, biały samochód dostawczy Marty Lewandowskiej. Marta lubiła tę przewidywalność.

Potrzebowała jej. Miała 29 lat, długie blond włosy związane w luźny kucyk i zwyczaj noszenia ołówka za prawym uchem, chociaż prawie nigdy go nie używała. Jej stoisko nazywało się „Kwiaty Hani”. Nazwa nie pochodziła od niej.
Hania była jej matką. To ona 27 lat wcześniej pojawiła się na targu z trzema wiadrami tulipanów, starym składanym stolikiem i przekonaniem, że jeśli człowiek potrafi ułożyć piękny bukiet, zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał go kupić. Miała rację. Z czasem stoisko stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów targu.
Marta dorastała wśród róż, frezji, słoneczników i eukaliptusa. Najpierw pomagała matce w soboty, później w wakacje. A kiedy Hania zachorowała, Marta wróciła z Krakowa i przejęła większość obowiązków. Matka zmarła dwa lata wcześniej.
Marta została, stoisko również. I właśnie dlatego to miejsce znaczyło dla niej znacznie więcej niż kilka metrów mokrego asfaltu. To było ich miejsce – jej i mamy. Dlatego kiedy tego sobotniego ranka wysiadła z samochodu i zobaczyła ustawiony tam ogromny czarny wózek z ekspresem do kawy, najpierw pomyślała, że ktoś zrobił sobie żart.
Na środku alejki stała tablica: „Kawa u Kacpra – otwarte od 7”. Obok niej stał mężczyzna – wysoki, ciemne włosy, czarny t-shirt, brązowy fartuch. W jednej dłoni trzymał papierowy kubek, drugą poprawiał przewód podłączony do ekspresu. Marta wysiadła, zamknęła drzwi samochodu i podeszła.
– Przepraszam. Mężczyzna podniósł głowę. – Dzień dobry. Miał może 35 lat.
Zdecydowanie za dobry humor jak na 6:15 rano. – To moje miejsce – powiedziała Marta. Spojrzał na asfalt, potem na nią. – Raczej targowiska.
– Stoisko numer 17 – wskazała ziemię. – Moje. Mężczyzna napił się kawy. – Dziwne.
– Co jest dziwne? – Bo według dokumentu, który dostałem, numer 17 jest mój. Wyjął z kieszeni złożoną kartkę. Marta nawet na nią nie spojrzała.
– Nie jest. – Chce pani zobaczyć? – Nie. – To trochę utrudnia rozmowę.
– Od 27 lat stoi tutaj stoisko z kwiatami. – Gratuluję stażu. Marta zmrużyła oczy. Mężczyzna natychmiast zrozumiał, że powiedział coś niewłaściwego.
– To miało zabrzmieć…
– Wiem, jak zabrzmiało. Nie chciałeś. – Proszę przesunąć ten wózek. – Nie mogę.
– Dlaczego? – Waży prawie pół tony. – To nie mój problem. – Trochę jest, skoro stoi na pani miejscu.
Marta wzięła głęboki oddech. – Jak się pan nazywa? – Kacper. – Panie Kacprze, możemy po prostu Kacper?
– Nie możemy. Kacper uniósł brwi. – Dobrze, panie Kacprze. Za 40 minut przyjadą pierwsi klienci.
Mam w samochodzie 20 skrzynek kwiatów. Proszę zadzwonić do osoby, która dała panu ten dokument, i wyjaśnić, dlaczego postawili pana na moim stanowisku. Kacper spojrzał na zegarek. – Dzwoniłem i nikt nie odbiera.
– Proszę zadzwonić jeszcze raz. Trzy razy. Marta wyjęła własny telefon. – Ja zadzwonię.
Administrator targu odebrał po pięciu minutach. Kiedy pan Krzysztof w końcu pojawił się na miejscu, miał minę człowieka, który chciałby wrócić do łóżka i udawać, że Stary Targ nie istnieje. Spojrzał na Martę, potem na Kacpra, następnie na dwa dokumenty. – Mamy problem.
– Zauważyłam – odpowiedziała Marta. Krzysztof podrapał się po głowie. – System podwójnie przypisał 17. – System?
– Tak, system sam wysłał temu człowiekowi umowę. Kacper uniósł dłoń. – Ten człowiek stoi obok. Marta go zignorowała.
– Krzysztof, to jest miejsce mojej mamy. – Wiem. – Płacę za nie cały rok. – Wiem.
– Więc proszę to naprawić. Krzysztof spojrzał na plan targu. – Wszystkie pozostałe miejsca są zajęte. – To niech on się przeniesie na parking.
– Nie mam przyłącza prądu – powiedział Kacper. – To proszę sprzedawać herbatę. – Bardzo pomocne. Krzysztof westchnął.
– Jest jedno rozwiązanie. Marta od razu wiedziała, że jej się nie spodoba. – Jakie? Krzysztof wskazał teren.
– 17 jest większa od pozostałych stanowisk. – Nie, jeszcze nic nie powiedziałem. – Wiem, co chcesz powiedzieć. – Możecie się podzielić.
Marta i Kacper odpowiedzieli jednocześnie:
– Nie. Nie spojrzeli na siebie. Krzysztof rozłożył ręce. – To albo dzielicie miejsce przez tę sobotę, albo jedno z was dzisiaj nie handluje.
Marta poczuła, jak zaciska szczękę. W samochodzie miała kwiaty warte kilka tysięcy złotych. Nie mogła ich zabrać do domu. Kacper patrzył na swój ogromny ekspres.
Najwyraźniej miał dokładnie ten sam problem. – Jedna sobota – powiedziała Marta. – Zgoda – odpowiedział. – Ale nie przekracza pani połowy.
– Rozumiem. Marta wskazała cienką linię odpływu na asfalcie. – To granica. Kacper popatrzył na nią.
– Poważnie? – Bardzo. Zamierzamy mieć granicę państwową, jeśli będzie trzeba. Kacper uśmiechnął się.
– Dobrze. Podał jej dłoń. – Sąsiedzi. Marta spojrzała na rękę, potem na niego.
– Tymczasowi. I minęła go bez uścisku. Kacper popatrzył za nią. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– To będzie ciekawa sobota – mruknął. Nie miał pojęcia, jak bardzo. O 7:00 granica była nadal nienaruszona. O 7:12 pojawił się pierwszy problem.
Klient Kacpra stanął dokładnie przed wiadrem z różowymi piwoniami. – Przepraszam! – powiedziała Marta. Mężczyzna odsunął się.
Pięć minut później kolejna osoba zrobiła to samo. O 7:30 przed kawowym wózkiem ustawiła się kolejka. Cztery osoby, potem sześć, potem dziewięć. Marta próbowała podać klientce bukiet.
Nie mogła się przecisnąć. Kacper podniósł głowę znad ekspresu. – Twoi klienci stoją na mojej połowie. – Nie kontroluję ludzi.
– Spróbuj. Kacper spojrzał na kolejkę. – Kochani, robimy mały krok w prawo. Nie depczemy kwiatów, bo pani od kwiatów mnie zabije.
Kilka osób się roześmiało. Marta zmrużyła oczy. – Nie powiedziałam, że pana zabije. Jeszcze.
Godzinę później Marta przewróciła niewielkie wiadro z wodą. Woda popłynęła pod kawowy wózek. Kacper podskoczył. – Uwaga, to tylko woda.
– Mam tutaj prąd. – Kwiaty jej potrzebują. – Przesuń przedłużacz. – Nie mam gdzie.
– To pańska połowa. – Pani właśnie zalała moją połowę. Przypadkiem. – Oczywiście.
Sugeruje pan coś? – Nigdy bym się nie odważył. O 10:00 pani Zofia z torbami podeszła do nich z ogromnym uśmiechem. – Co tu się dzieje?
– Błąd administracji – powiedziała Marta. – Współpraca międzybranżowa – odpowiedział Kacper. Marta spojrzała na niego. – Nie współpracujemy.
Pani Zofia skinęła głową. – Wyglądacie jak stare małżeństwo. – Nie. Absolutnie nie.
Znów odpowiedzieli jednocześnie. Starsza kobieta roześmiała się. – Poproszę tulipany i cappuccino. Marta podała kwiaty, Kacper kawę.
Pani Zofia popatrzyła na oba zakupy. – Widzicie co? – Co? – zapytała Marta.
– Idealnie do siebie pasuje. Odeszła. Kacper spojrzał na Martę. – Cappuccino i tulipany.
– Nie zaczynaj. – Nic nie mówię. Pierwsza sobota minęła, potem druga, bo problem administracyjny nie został rozwiązany. – Jeszcze tydzień – powiedział Krzysztof.
Potem trzeci. – Naprawdę pracujemy nad tym. Marta podejrzewała, że nikt nad niczym nie pracuje. Po miesiącu przestała pytać.
Granica nadal istniała, tylko że coraz częściej była przekraczana. Najpierw praktycznie – Kacper postawił małą półkę na jej połowie. Tylko na godzinę. Marta pozwoliła.
Później Marta zaczęła trzymać papierowe opakowania pod jego wózkiem. Potem ekspres Kacpra zepsuł się dokładnie w najbardziej ruchliwą sobotę. Stał z narzędziami w dłoni i miną człowieka, który zaraz popełni przestępstwo. – Co się stało?
– zapytała Marta. – Pompa. – Naprawisz? – Próbuję.
Kolejka rosła. Marta obserwowała go przez minutę. Potem wzięła kartkę, napisała: „Awaria, kawa za chwilę, w międzyczasie powąchaj kwiaty”. Przykleiła do jego tablicy.
Kacper spojrzał. – To ma pomóc? – Lepsze niż twoja mina. Klienci się śmiali.
Napięcie zniknęło. 20 minut później ekspres znowu działał. Kacper przygotował latte, postawił je obok Marty. – Nie zamawiałam.
– Wiem. – Nie piję latte. – Wiem. Spojrzała na niego.
– Skąd? – Co sobotę około 8:00 kupujesz czarną kawę u pana Marka przy wejściu. Marta uniosła brwi. – Śledzisz mnie?
– Trudno nie zauważyć osoby stojącej 3 metry ode mnie przez 9 godzin. Podał jej drugi kubek. – Czarna kawa bez cukru. Marta wzięła.
– Dziękuję. – Pierwsze oficjalne „dziękuję”. – Nie przyzwyczajaj się. Kacper się uśmiechnął.
W kolejnym tygodniu rozpętała się ulewa. Wiatr porwał jeden z namiotów na drugim końcu targu. Marta próbowała zabezpieczyć swoje kwiaty. Kacper wyszedł zza wózka.
– Przytrzymaj. – Co? – Namiot. Chwycił metalowy stelaż.
Marta przywiązała linkę. Deszcz lał im się po twarzach. – Twoja kawa! – krzyknęła.
– Automat wyłączony. Kwiaty przenosimy. W ciągu kilku minut cała połowa kawowa została zastawiona wiadrami z różami. Kacper nawet nie zaprotestował.
Sam przenosił skrzynki. Kiedy burza minęła, oboje byli kompletnie przemoczeni. Marta siedziała na drewnianej skrzynce. Kacper podał jej ręcznik papierowy.
Spojrzała na niego. – To ma mi pomóc? – Mam osiem serwetek. – Doskonale.
Roześmiała się. Pierwszy raz. Naprawdę. Nie krótko.
Nie ironicznie. Kacper patrzył na nią przez sekundę. Marta zauważyła. – Co?
– Nic. Patrzę, bo pierwszy raz widzę, jak się śmiejesz. – Śmieję się. – Nie przy mnie.
– Może nie jesteś zabawny. – To bolało. Marta uśmiechnęła się. – Przeżyjesz.
Kacper usiadł obok. Targ prawie opustoszał. Deszcz nadal padał, ale spokojniej. – Dlaczego kwiaty?
– zapytał. Marta spojrzała na niego. – Co? – Mogłaś robić cokolwiek.
Mogłaś sprzedawać cokolwiek. – Ja pierwszy zapytałem. Marta popatrzyła na mokre tulipany. – Moja mama.
Kacper nic nie powiedział. – To było jej stoisko. – Wiedziałem, że istnieje długo. Nie wiedziałem…
– Zmarła dwa lata temu.
Kacper spoważniał. – Przykro mi. – Dziękuję. – Dlatego tak walczyłaś o miejsce.
Marta lekko się uśmiechnęła. – Teraz rozumiesz trochę. Spojrzał na linię odpływu, która kiedyś była ich granicą. – Chyba od pierwszego dnia byłem skazany na porażkę.
– Zdecydowanie. – Mogłaś powiedzieć. – Powiedziałam, że to moje miejsce. – To nie to samo.
Marta zamilkła. – A ty? – zapytała. – Dlaczego kawa?
Kacper wpatrywał się w deszcz. – Bo przez 10 lat robiłem wszystko oprócz tego, co chciałem. – Co robiłeś? – Finanse.
Marta odwróciła głowę. – Ty? – Tak. W garniturze?
– Codziennie. – Nie wierzę. – Mam zdjęcia. – Nie chcę oglądać.
– Dlaczego? – Zniszczyłoby mi obraz człowieka w brązowym fartuchu. Kacper się uśmiechnął. – Zarabiałem bardzo dobrze.
Więc dlaczego odszedłeś? Jego uśmiech zniknął. – Pewnego dnia obudziłem się o 4:00 rano i nie mogłem oddychać. Marta spoważniała.
– Atak paniki? – Pierwszy. Było więcej. Kacper splótł dłonie.
– Wziąłem trzy tygodnie urlopu. Pierwszy raz od pięciu lat. I pojechałem do Włoch. – Oczywiście.
– Co? – Każdy człowiek po kryzysie egzystencjalnym jedzie do Włoch. – Nie wiedziałem. – Jest regulamin.
Roześmiał się. – W małym miasteczku niedaleko Bolonii właściciel pensjonatu robił kawę każdemu gościowi rano. Marta słuchała. – Wstawał przed wszystkimi, włączał ekspres, rozmawiał z ludźmi.
Kacper wzruszył ramionami. – Wyglądał na szczęśliwego. – Więc rzuciłeś finanse i kupiłeś wózek. – W dużym skrócie.
– Rodzina była zachwycona? – Ojciec przez dwa miesiące pytał, kiedy mi przejdzie. – A przeszło? Kacper spojrzał na nią.
– Nie. Marta uśmiechnęła się. – Dobrze. Po raz pierwszy siedzieli obok siebie przez prawie godzinę i nie kłócili się ani razu.
Pani Zofia zauważyła to z drugiego końca targu. Następnej soboty powiedziała:
– Wiedziałam. Marta nie zapytała co. Bała się odpowiedzi.
Z czasem ich stoiska zaczęły funkcjonować jak jedno, nieoficjalnie. Marta nadal miała „Kwiaty Hani”, Kacper „Kawę u Kacpra”, ale ludzie zaczęli przychodzić do nich razem. Kacper wymyślił sobotni zestaw: kawa plus mały bukiet. Marta odmówiła.
– Nie robimy promocji. – Dlaczego? – Kwiaty to nie frytki. – Kawa też nie.
– Nie. Tydzień później sama przygotowała 10 małych bukiecików. – Co to? – Test.
Sprzedali wszystkie w godzinę. Kacper nic nie powiedział, tylko się uśmiechał. – Jeśli powiesz „mówiłem”, zabiję. – Nic nie mówię.
Następnego tygodnia przygotowali 30. Dzieci przynosiły rodzicom kwiaty. Mężowie kupowali kawę i róże. Starsze pary siadały obok ich stoisk na ławce.
Marta zaczęła przynosić Kacprowi kanapkę. – Przypadkiem zrobiłam dwie. Co tydzień. Mam problem z liczeniem.
Kacper zaczął zostawiać jej kawę o 7:30 bez pytania. Czarną, bez cukru, z odrobiną zimnego mleka, osobno, dokładnie tak, jak lubiła. Na targu wszyscy widzieli, co się dzieje, poza nimi. – Ona na ciebie patrzy – powiedział pewnego dnia pan Marian.
Kacper przestał spieniać mleko. – Kto? Piekarz spojrzał na niego jak na głupca. – Królowa Anglii.
Marta, nie papież. Kacper przewrócił oczami. – Jesteśmy przyjaciółmi. Marian zaśmiał się.
– Oczywiście. Tego samego dnia pani Zofia powiedziała Marcie:
– On jest przystojny. – Kto? – Nie zaczynaj.
Marta zaczęła układać róże. – Kacper jest tak… Kacprem. – Fascynujący opis. – Pracujemy obok siebie.
– Tak pracowałaś obok pana Marka? Przyniosłaś mu kanapek? – Pan Marek ma 73 lata. – Tym bardziej byłby wdzięczny.
Marta pokręciła głową. – Nie ma nic między nami. Z drugiego końca stoiska Kacper zawołał:
– Marta, gdzie są papierowe torby? – Pod stolikiem.
– Nie ma. – Są. – Nie ma. Marta podeszła.
Wyciągnęła torby dokładnie spod jego ręki. – O. Pani Zofia obserwowała ich. – Absolutnie nic – powiedziała.
Marta zarumieniła się. Minęły dwa miesiące. Pewnego piątku Marta dostała pismo. Przeczytała je trzy razy.
Potem usiadła na podłodze w kwiaciarni. Stary Targ zmieniał zasady. Od stycznia opłaty miały wzrosnąć o prawie 40%. Dla dużych stoisk nie był to problem.
Dla Marty był. W ostatnich dwóch latach sprzedaż kwiatów spadła, ceny hurtowe rosły. Koszt transportu również. Stoisko nadal się utrzymywało, ale tylko dlatego, że Marta prawie nie płaciła sobie pensji.
40% więcej oznaczało jedno: koniec. W sobotę przyszła na targ wcześniej. Kacper od razu zauważył. – Co jest?
– Nic. – Kłamiesz. – Nie, Marta. – Kacper, mamy 60 zamówień.
Pracujmy. Nie pytał dalej. Do południa Marta była cicha, za cicha. O 13:00 Kacper położył rękę na wiadrze, które właśnie próbowała przesunąć.
– Powiedz, co się stało. Marta patrzyła na jego dłoń. – Puść. – Jak powiesz.
– Zachowujesz się jak pięciolatek. – Skuteczny pięciolatek. Westchnęła. Wyjęła pismo.
Kacper przeczytał. Jego twarz się zmieniła. – 40%. – Tak.
– To absurd. – To biznes. – Możesz zostać. Marta nie odpowiedziała.
Kacper podniósł wzrok. – Marta, nie wiem, co to znaczy. – To znaczy, że prawdopodobnie nie…
Cisza. Kacper spojrzał na jej stoisko, na drewnianą tabliczkę z napisem „Kwiaty Hani”.
– Nie możesz zamknąć. Marta uśmiechnęła się smutno. – Dlaczego? – Bo…
Urwał.
– Bo to miejsce twojej mamy. – Wiem. – Musi być jakieś rozwiązanie. – Nie potrzebuję ratunku.
– Nie powiedziałem tego. – Znam tę minę. – Jaką? – „Naprawię wszystko”.
Kacper zrobił krok w tył. – Dobrze. Marta odetchnęła. – Dobrze.
Jeśli nie chcesz pomocy, nie będę zmuszał. Spodziewała się, że będzie dalej dyskutował. Nie zrobił tego. Przez resztę dnia był normalny, może trochę cichszy.
Wieczorem pomógł jej zapakować wiadra. Kiedy miała odjechać, zatrzymał się przy drzwiach samochodu. – Marta. – Tak.
– Gdybyś chciała porozmawiać…
– Wiem. – Dobrze. Zamknął drzwi. Nie próbował jej ratować.
I z jakiegoś powodu właśnie to sprawiło, że Marta miała ochotę poprosić go, żeby został. W następną sobotę Kacper dostał własne pismo. Administrator targu podszedł do niego około 11:00. – Mam dobrą wiadomość.
– Jaką? Krzysztof podał dokument. – Zwolniło się miejsce numer 3. Kacper przeczytał.
Miejsce numer 3 znajdowało się przy samym wejściu. Lepsza lokalizacja, większy ruch, osobne przyłącze prądu, więcej przestrzeni. Dokładnie to, czego chciał trzy miesiące wcześniej. – Możesz przenieść się od przyszłego tygodnia – powiedział Krzysztof.
Marta stała 3 metry dalej. Usłyszała. Nie spojrzała na niego. Kacper również milczał.
– Super, prawda? – zapytał Krzysztof. – Tak. Marta poczuła dziwne ukłucie.
To było przecież dobre. Świetne. Wreszcie odzyska całe stoisko. Nie będzie kolejek przed różami, kubków obok wiader, przedłużacza pod nogami.
Kacper dostanie lepsze miejsce. Tak powinno być. – Gratuluję – powiedziała. Uśmiechnęła się.
Kacper spojrzał na nią. – Dzięki. Brzmiał mniej entuzjastycznie, niż oczekiwała. Następnego tygodnia miało ich już nie być obok siebie.
Wiadomość rozeszła się po targu w godzinę. Pani Zofia była pierwsza. – Absolutnie nie. Kacper uniósł brwi.
– Co? – Nie możesz się przenieść. – Pani Zofio, miejsce jest lepsze. – Nie obchodzi mnie.
Pan Marian dołączył. – A co z zestawami? – Jakimi? – Kawa i kwiaty.
– Marta może przynosić bukiety. – Z drugiego końca targu? To jakieś 50 metrów. Marian spojrzał na niego jak na człowieka, który właśnie zaproponował podróż na Marsa.
– Bez sensu. Po południu pojawiła się kartka. Nikt nie przyznał się do jej stworzenia. „Nie rozdzielajcie kawy i kwiatów”.
Ktoś przykleił ją do tablicy Kacpra. Marta zaczęła się śmiać. – To ty? – Nie kłamiesz.
Przysięgam. Następna kartka pojawiła się przy piekarni, potem kolejna. Do końca dnia było ich siedem. Kacper fotografował.
– To wymknęło się spod kontroli. – Zdecydowanie. Marta spojrzała na niego. – Ale przenosisz się?
Kacper przestał się uśmiechać. – Chyba tak. Chyba to lepsze miejsce. Jest więcej klientów.
– Tak. Cisza. – Więc powinienem. Marta kiwnęła głową.
– Powinieneś. Kacper przyglądał jej się przez chwilę, jakby czekał, że powie coś jeszcze. Nie powiedziała. – Dobrze – odpowiedział i wrócił do ekspresu.
Marta przez resztę dnia nienawidziła siebie za własną odpowiedź. Ostatnia wspólna sobota była dziwna. Ludzie przychodzili i mówili: „Będzie nam was brakowało”, jakby jedno z nich wyjeżdżało do Australii. Pani Zofia przyniosła własny bukiet, zrobiony fatalnie.
– To dla was. – Dziękujemy – powiedziała Marta. – Żebyście przemyśleli swoje decyzje. Kacper parsknął.
– Przenoszę się 50 metrów. – Dokładnie. Po południu Marta pakowała ostatnie kwiaty. Kacper czyścił ekspres.
Żadne się nie spieszyło. W końcu został tylko jeden bukiet. Białe tulipany i eukaliptus. Marta wzięła go, podała Kacprowi.
– Dla nowego stoiska. Spojrzał na kwiaty. – Nie musisz. – Wiem.
Wziął bukiet. – Dziękuję. – Nie ma za co. Cisza.
Kacper położył kwiaty na stoliku. – Marta. – Tak. – Mogę cię o coś zapytać?
– Zależy. – Dlaczego nigdy nie wyszliśmy poza targ? Marta znieruchomiała. – Co?
– Od trzech miesięcy spędzamy razem każdą sobotę, bo pracujemy. Piszesz do mnie prawie codziennie o zamówieniach. W środę wysłałaś mi zdjęcie kota pani Zofii. Był śmieszny.
W zeszłym tygodniu rozmawialiśmy przez telefon dwie godziny. – Sam zadzwoniłeś. – Właśnie. Marta nie wiedziała, gdzie patrzeć.
– Do czego zmierzasz? Kacper zrobił krok bliżej. – Nie wiem. – Świetnie.
– Poważnie. Przeczesał włosy dłonią. Pierwszy raz wyglądał na zdenerwowanego. – Nie wiem, bo trzy miesiące temu byłem przekonany, że jesteś najbardziej irytującą kobietą, jaką spotkałem.
Marta uniosła brwi. – Bardzo romantyczne. – Jeszcze nie skończyłem. – Boję się dalszej części.
– A teraz…
Kacper spojrzał jej w oczy. – Teraz myślę o tobie w poniedziałki. Marta zamilkła. – We wtorki też.
– Kacper…
– I trochę za dużo w środy. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. – W czwartki próbuję przestać, bo czuję się jak idiota. Marta zaczęła się śmiać.
– A w piątek czekam na sobotę. Jej uśmiech powoli zniknął. Kacper zrobił kolejny krok. – I teraz mam się przenieść 50 metrów dalej i zachowywać, jakby brakowało mi tylko miejsca na wózek?
Marta poczuła ścisk w gardle. – Co chcesz powiedzieć? Kacper wziął oddech. – Chcę zaprosić cię na kolację.
Marta patrzyła na niego. – Kolację? – Tak. To wszystko na początek.
Uśmiechnęła się. – Gdzie? – Gdziekolwiek, gdzie nie sprzedają kwiatów ani kawy. – Trudne.
– Znajdę. Marta spuściła wzrok. – Dobrze. Kacper zamarł.
– Dobrze? – Tak. To znaczy tak. Jeśli będziesz jeszcze raz pytał, zmienię zdanie.
– Nie pytam. Marta roześmiała się. Kacper też. I wtedy z piekarni rozległy się oklaski.
Oboje odwrócili głowy. Pan Marian stał przy drzwiach. Obok niego pani Zofia. Krzysztof, dwóch sprzedawców warzyw, pani od serów.
Marta otworzyła usta. – Podsłuchiwaliście? – Nie – powiedziała pani Zofia. – Staliście 5 metrów dalej.
Przypadek? Kacper zakrył twarz dłonią. Marian krzyknął:
– Wiedziałem! Marta zrobiła się czerwona.
– Nienawidzę tego targu. – Nieprawda – powiedział Kacper. Spojrzała na niego. – Trochę też nieprawda.
Pierwsza randka odbyła się w niedzielę. Kacper wybrał niewielką włoską restaurację. – Włochy? – zapytała Marta.
– Symbolicznie? – Jeśli powiesz mi, że to tutaj odkryłeś sens życia…
– To nie ta restauracja. – Dobrze. Rozmawiali przez trzy godziny.
Dziwne było to, że znali się już bardzo dobrze, ale jednocześnie nie wiedzieli o sobie mnóstwa rzeczy. Marta dowiedziała się, że Kacper ma młodszą siostrę, że jego rodzice nadal czekają, aż wróci do normalnej pracy, że boi się dentysty. – Masz 35 lat. – Znieczulenie nie pyta o wiek.
Kacper dowiedział się, że Marta studiowała florystykę i projektowanie przestrzeni, że po śmierci matki dostała ofertę pracy w dużej firmie eventowej. – Dlaczego odmówiłaś? – Stoisko. – Mogłaś zatrudnić kogoś?
Marta pokręciła głową. – Wtedy nie mogłam. A teraz…
Zastanowiła się. – Teraz chyba zaczynam rozumieć, że trzymanie wszystkiego dokładnie takim, jakie było za życia mamy, nie sprawi, że ona wróci.
Kacper nic nie powiedział. Po prostu ujął jej dłoń. Marta nie cofnęła ręki. W następną sobotę Kacper pojawił się na miejscu numer 3.
Cały targ protestował. Pani Zofia ostentacyjnie kupiła kawę, a potem przeszła 50 metrów do Marty. – Zimna – powiedziała. – Kupiła ją pani dwie minuty temu.
– Zimna. Kacper patrzył z daleka. Marta się śmiała, ale po godzinie przestało być zabawnie. Brakowało czegoś.
Kacper nie miał kwiatów obok. Marta nie słyszała ekspresu. Nie było ich żartów. Nie było „Marta, masz taśmę?
”, „Kacper, zabierz kubki”. O 11:00 Marta złapała się na tym, że odwróciła się, żeby coś mu powiedzieć. Nie było go. Zrobiło jej się smutno.
O 13:00 Kacper pojawił się z kawą. – Dla ciebie porzuciłeś stoisko? – Marian patrzy. Biedny człowiek jest zachwycony.
Marta wzięła kubek. – Jak nowe miejsce? – Dobrze. Tylko dobrze.
Kacper popatrzył na dawne miejsce. – Jest większe. – Mówiłeś, więcej ludzi. – Też mówiłeś, że nienawidzę go.
Marta się uśmiechnęła. – Dlaczego? – Bo nie jesteś obok. – To bardzo niepraktyczny powód – powiedziała.
– Wiem. – Jesteś biznesmenem. Byłym. Nadal powinieneś rozumieć liczby.
Kacper przybliżył się. – Rozumiem. I liczby mówią, że trójka jest lepsza. – Więc mam gdzieś liczby.
Marta roześmiała się. – Twój ojciec byłby dumny. – Nigdy mu tego nie powiem. Pocałował ją krótko, delikatnie, na środku targu.
Trzy sekundy później rozległy się oklaski. Marta odsunęła się. – Nie. Kacper spojrzał za jej plecy.
Pół targu patrzyło. Pani Zofia miała telefon w dłoni. – Pani Zofio, co pani robi? – Nie robi pani zdjęć?
– Już zrobiłam. Marta zakryła twarz. Kacper się śmiał. – Przestań.
– Nie mogę. – Nienawidzę was wszystkich. Marian zawołał:
– My też cię kochamy! Miesiąc później administrator zorganizował spotkanie wszystkich sprzedawców.
Nowe opłaty miały wejść w życie. Marta spodziewała się najgorszego. Krzysztof jednak położył na stole nowy dokument. – Zmieniliśmy zasady.
Marta spojrzała. – Podwyżka została zmniejszona do 15% dla wieloletnich lokalnych stoisk. – Jak? Krzysztof wzruszył ramionami.
– Sprzedawcy napisali petycję. Marta rozejrzała się. Pan Marian patrzył w sufit. Pani Zofia poprawiała torbę.
Kacper uśmiechał się. – Wy? – My co? – zapytał Marian.
Marta miała łzy w oczach. – Dlaczego? Pani Zofia odpowiedziała:
– Bo Stary Targ bez kwiatów Hani nie byłby Starym Targiem. Marta otarła policzek.
– Dziękuję. Kacper ścisnął jej rękę pod stołem. Stoisko mogło zostać. Dwa tygodnie później Kacper pojawił się u Krzysztofa.
– Chcę wrócić na 17. Administrator spojrzał na niego. – Żartujesz? – Nie.
– Trójka ma większy obrót. – Wiem. – Więcej klientów. – Wiem.
– Osobny prąd. – Krzysztof. – Tak. – Chcę 17.
Administrator pokręcił głową. – Marta wie? – Jeszcze nie. W kolejną sobotę Marta przyjechała o 6:10.
Zatrzymała samochód, zamarła. Czarny wózek z kawą stał dokładnie tam, gdzie trzy miesiące wcześniej, na połowie jej stanowiska. Kacper ustawiał kubki. Marta wysiadła, podeszła.
– Przepraszam. Kacper odwrócił się. – Dzień dobry. Marta założyła ręce na biodrach.
– To moje miejsce. Kacper pokiwał głową. – Wiem. Więc wyciągnął z kieszeni dokument.
– Według mojej nowej umowy połowa jest moja. Marta wzięła kartkę, przeczytała, spojrzała na niego. – Czy oddałeś trójkę? – Tak.
– Kacper, tam masz większy obrót. – Wiem. – Więcej przestrzeni. – Wiem.
– Jesteś idiotą. – Możliwe. Marta próbowała się nie uśmiechać. Nie udało się.
– Dlaczego? Kacper wskazał asfalt. – Bo to jest moje miejsce. Marta uniosła brew.
– Twoje? – Nasze. Cisza. Marta poczuła, jak robi jej się ciepło.
– A granica? Kacper spojrzał na linię odpływu, wziął kawałek kredy, podszedł, przekreślił ją. – Niepotrzebna. Marta uśmiechnęła się.
– Zobaczymy. – Czyli mogę zostać? – Warunkowo. – Jakie warunki?
– Nie zalewasz mi kwiatów kawą. – To ty zalałaś mi ekspres. – Nie pamiętam. – Oczywiście.
– I kolejka nie może blokować róż. – Dobrze. – I…
Kacper podszedł bliżej. – Tak?
Marta poprawiła mu fartuch. – Kawę chcę o 7:30 bez cukru. Z mlekiem osobno. – Wiem.
Pocałowała go w policzek. – W takim razie możesz zostać. Z piekarni rozległy się oklaski. Marta nawet się nie odwróciła.
– Oni kiedyś przestaną? – Nie. – Świetnie. Kacper się uśmiechnął.
– Przyzwyczaisz się. Minęły dwa lata. Stoisko numer 17 wyglądało zupełnie inaczej. Po lewej stronie znajdowały się kwiaty, po prawej kawa.
Na środku ustawiono mały drewniany stolik. Nad nim wisiał napis: „Kawa i kwiaty”. Nie była to oficjalna nazwa firmy. Po prostu ktoś kiedyś namalował tabliczkę.
Nikt jej nie zdjął. Marta nadal prowadziła „Kwiaty Hani”, rozwinęła działalność, zaczęła projektować dekoracje dla małych wesel, zatrudniła dwie osoby. Po raz pierwszy od śmierci matki pozwoliła sobie czasem nie przyjechać na targ i odkryła, że świat się wtedy nie kończy. Kacper otworzył niewielką kawiarnię, cztery ulice dalej, ale w soboty nadal przyjeżdżał wózkiem.
– Kawiarnia sama się nie poprowadzi – przypominała Marta. – Mam ludzi. – Płacisz im po to, żebyś mógł stać tutaj? Kacper patrzył na nią.
– Tak. Fatalny model biznesowy. – Bardzo. – Żałujesz?
– Ani trochę. Pani Zofia nadal kupowała tulipany i cappuccino. Pan Marian nadal twierdził, że pierwszy wiedział, iż będą razem. Krzysztof w końcu wydrukował jedną wspólną umowę na stanowisko 17.
Marta przechowywała ją w szufladzie nie dlatego, że była ważnym dokumentem. Po prostu na dole ktoś dopisał ręcznie: „Nie rozdzielać”. Pewnego sobotniego poranka Kacper przyjechał wcześniej niż zwykle, o 5:50. Marta pojawiła się 20 minut później.
– Co ty tutaj robisz? – Pracuję. O tej godzinie. – Tak.
Spojrzała podejrzliwie. – Co zrobiłeś? – Nic. – Kłamiesz.
– Nigdy. Kacper podszedł do wiadra z białymi tulipanami, wyjął jeden, podał jej. – Dla ciebie. Marta wzięła.
– Co się dzieje? – Dzisiaj mija dokładnie dwa lata od dnia, kiedy powiedziałaś mi pierwsze zdanie. Uśmiechnęła się. – „To moje miejsce”.
– Dokładnie. I nadal jest. – Wiem. Kacper spojrzał na pusty targ.
– Chciałem ci podziękować. – Za co? – Że wtedy mnie nie wyrzuciłaś. – Próbowałam.
Nieskutecznie. Marta roześmiała się. – To prawda. Kacper wyciągnął z kieszeni małe pudełko.
Marta przestała się śmiać. – O nie. Co ty robisz, Kacper? – Marta, tutaj.
Gdzie indziej. Spojrzała na puste stoiska. – Jeszcze nikogo nie ma. – Właśnie dlatego przyszedłem wcześniej.
Marta zaczęła płakać. – Ty idioto. Czy to dobry znak? – Nie wiem.
Kacper uklęknął. – Marta Lewandowska. – Nie musisz mówić pełnego imienia. – Przygotowałem.
– Dobrze. Kacper się uśmiechnął. – Dwa lata temu walczyłem z tobą o kilka metrów asfaltu. Jej oczy wypełniły się łzami.
– A teraz nie wyobrażam sobie miejsca, w którym chciałbym być bardziej niż obok ciebie. Otworzył pudełko. – Więc chciałem zapytać…
Z piekarni rozległo się:
– Tak! Kacper zamknął oczy.
Marta odwróciła się. Pan Marian wyglądał przez okno. – Marian! – Przepraszam.
Pani Zofia pojawiła się obok niego. – Mów dalej. Marta zaczęła się śmiać przez łzy. Kacper spojrzał na nią.
– Wiedziałem, że trzeba było zrobić to o 4:00. Wtedy byłby tylko pan Marian. – Prawdopodobnie. Wziął jej dłoń.
– Wyjdziesz za mnie? Marta spojrzała na niego, na kawowy wózek, na kwiaty, na linię na asfalcie, której od dawna już nie było. – Pod jednym warunkiem. Kacper westchnął.
– Oczywiście. – 17 zostaje moja. Roześmiał się. – Nasza.
– Negocjujesz podczas oświadczyn? – Tak. Marta pokręciła głową. – Dobrze.
Kacper zamarł. – Dobrze? – Tak. To znaczy tak.
Kacper wstał, objął ją. Kilka sekund później cały targ zaczął bić brawo. Marta nawet nie próbowała pytać, skąd wszyscy wiedzieli. Była pewna, że pani Zofia miała z tym coś wspólnego.
I tak historia Marty i Kacpra zaczęła się od czegoś bardzo małego: kilku metrów asfaltu, podwójnej rezerwacji, kłótni, jednej linii, której żadne z nich nie chciało przekroczyć. Marta była przekonana, że broni swojego miejsca. Kacper był przekonany, że po prostu rozpoczyna nowy biznes. Żadne nie wiedziało, że za kilka miesięcy miejsce, o które tak bardzo walczyli, przestanie mieć znaczenie, bo ważniejsze stanie się to, kto stoi obok.
Marta nauczyła się, że zachowanie pamięci o kimś nie oznacza zatrzymania własnego życia. Stoisko mogło się zmienić. Ona również. Miłość do matki nie stawała się przez to mniejsza.
Kacper natomiast zrozumiał, że odejście z korporacji nie było końcem jego starego życia. Było początkiem pierwszego, które naprawdę sam wybrał. Nie potrzebował największego stoiska, największego obrotu, najlepszej lokalizacji. Potrzebował miejsca, w którym rano ktoś powie: „Znowu postawiłeś kubki za blisko moich róż”.
I właśnie tam czuł się u siebie. Czasami odpowiedni człowiek nie pojawia się w romantycznej restauracji, nie w eleganckiej sali, nie podczas wielkiej podróży. Czasami po prostu stawia swój wózek dokładnie tam, gdzie absolutnie nie powinien.
Denerwuje nas, przeszkadza, zajmuje za dużo miejsca, a po jakimś czasie orientujemy się, że nie chcemy już odzyskać przestrzeni, którą nam zabrał, bo wolimy ją dzielić.


