W wolny dzień skłamałem żonie, że muszę jechać do pracy. Prawda była taka, że od tygodnia chodziła za mną plotka o niej i jakimś inżynierze. Stanąłem po drugiej stronie ulicy i czekałem. A potem…

W wolny dzień skłamałem żonie, że muszę jechać do pracy. Prawda była taka, że od tygodnia chodziła za mną plotka o niej i jakimś inżynierze. Stanąłem po drugiej stronie ulicy i czekałem. A potem...

To był mój wolny dzień, ale od rana coś mnie nosiło. Wstałem przed siódmą, zaparzyłem herbatę i stwierdziłem, że nie usiedzę w domu. Dorota krzątała się po kuchni, jakby nic się nie działo. Powiedziałem, że muszę podjechać do pracy, i skłamałem tak naturalnie, że sam się przeraziłem.

Thumbnail

— Wolne masz, Marian. Mówiłeś wczoraj, że odpoczniesz — spojrzała znad deski do krojenia. — No wiem, ale zadzwonili późnym wieczorem. Muszę skoczyć na chwilę — mruknąłem, udając irytację.

Nie drążyła tematu, tylko kiwnęła głową. I właśnie to mnie ukuło. Jakby wcale nie była ciekawa, gdzie idę ani po co. Jakby już dawno przestało ją obchodzić, co robię w ciągu dnia.

Od kilku dni chodziła mi po głowie plotka z pracy. Mówili, że Dorota kręci z jakimś inżynierem. Niby nic wielkiego, tylko rozmowy, uśmiechy, wspólne lunche. Jeden z chłopaków z serwisu widział ich razem na przystanku.

Pasował do faceta, który niedawno przeniósł się z innego działu. Starałem się o tym nie myśleć, ale człowiek nie jest z kamienia. Wyszedłem z mieszkania, zapiąłem kurtkę pod szyję, choć wcale nie było zimno, i poszedłem w stronę przystanku. Nie miałem planu.

Po prostu musiałem coś sprawdzić, zanim odważę się porozmawiać z Dorotą. Około dziewiątej stanąłem po drugiej stronie ulicy od jej pracy, udając, że czytam afisz. O piętnastej ludzie zaczęli wychodzić. I nagle zobaczyłem Dorotę.

Szła z Elwirą, jej koleżanką z działu, zawsze roześmianą i trochę zbyt lekką jak na swój wiek. Ale obok nich szedł jeszcze mężczyzna. Wysoki, ciemna kurtka, szalik niedbale zarzucony na szyję. Twarzy dobrze nie widziałem, ale sposób, w jaki Dorota z nim rozmawiała, sprawił, że serce mi zamarło.

Nie wyglądali na ludzi, którzy przypadkiem idą w jednym kierunku. On szedł między nimi, jakby je prowadził, a one trzymały go pod ręce, śmiejąc się z czegoś, czego nie mogłem dosłyszeć. Moja żona tak się śmiała. Dawno już nie przy mnie.

Zrobiłem krok w tył i schowałem się za kioskiem z gazetami. Czułem się idiotycznie, ale nie mogłem inaczej. Kiedy przeszli, ruszyłem cicho za nimi. Gadali bez przerwy.

Elwira mówiła najgłośniej, Dorota bardziej słuchała, ale od czasu do czasu nachylała się do tego mężczyzny, jakby chciała, żeby słyszał tylko on. Po kilku minutach usłyszałem coś, co wbiło mnie w ziemię. — Oskar, jak kupować, to tylko wytrawne — powiedziała Dorota tonem, jakiego przy mnie nigdy nie używała. — Ja mocnego nie tknę, mąż od razu wyczuje.

A tak powiem, że koleżanka miała urodziny i że wypiłam kieliszek szampana. Oskar. A więc to on, ten inżynier. Serce mi dosłownie zamarło.

Wszystko zaczęło układać się w całość: jej późne powroty, zmęczony, a jednocześnie zadowolony głos, te ciche rozmowy w kuchni. — To mów, że tylko łyka wzięłaś i po sprawie. Marian nie będzie ci wąchał oddechu — zaśmiała się Elwira. — Nie znasz go.

Od razu by wiedział — parsknęła Dorota. Poczułem, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Nie wiem, ile tak stałem. To był pierwszy naprawdę mocny cios.

Ruszyli dalej, a ja już za nimi nie poszedłem. W głowie dźwięczało jedno zdanie: „Mąż od razu wyczuje”. Nie pamiętam, jak wróciłem na przystanek. Wiem tylko, że coś we mnie pękło.

I to był dopiero początek. Zamiast wracać do mieszkania, poszedłem w stronę garaży przy torach. Od lat miałem tam swój mały warsztacik, drugi świat, gdzie człowiek mógł posiedzieć sam, pogrzebać przy narzędziach i udawać, że wszystko da się naprawić. Droga zajęła mi może dwadzieścia minut, ale w głowie miałem taki mętlik, że chyba nie zauważyłbym tramwaju.

Kiedy dotarłem, otworzyłem ciężkie drzwi i poczułem znajomy zapach smaru, kurzu i starego drewna. Usiadłem na taborecie, wziąłem kubek z resztką herbaty i wpatrywałem się w blat stołu, jakby miał mi powiedzieć, co dalej. Nie minęło pięć minut, kiedy telefon zawibrował. Na ekranie: Dorota.

— Marian. Ja tylko daję znać, że jestem u koleżanki, u Sylwii. Trochę się zasiedzimy, ale wrócę wieczorem — jej głos był zbyt spokojny. Zacisnąłem szczękę.

— U Sylwii? — powtórzyłem powoli. — Tak. A co?

— jej ton zmienił się na czujny. I wtedy popełniłem błąd. Zamiast ugryźć się w język, wyrwało mi się:

— Ciekawe, bo słyszałem, jak Oskar w sklepie pytał o wytrawne wino. Zapadła cisza, taka, w której czuje się, jak drugiej stronie serce bije szybciej.

— Jakie wino? I skąd ty wiesz o Oskarze? — zapytała, ale to była już inna Dorota, niepewna, niespokojna. — Zwyczajnie usłyszałem.

Byłem niedaleko — powiedziałem półgłosem. — Niedaleko? Czyli stałeś tam, patrzyłeś na nas — oddychała, jakby zabrakło jej powietrza. Nie odpowiedziałem.

Milczenie znaczyło więcej niż każde słowo. — Marian, poczekaj, to nie tak. Ja ci wszystko wytłumaczę. Tylko odbierz.

Dobrze, zaraz zadzwonię jeszcze raz — i rozłączyła się. Patrzyłem na telefon jak na obcy przedmiot. Przez sekundę miałem ochotę rzucić nim o podłogę. Zamiast tego wyłączyłem urządzenie, wsunąłem do kieszeni i wziąłem głęboki oddech.

Nie chciałem słuchać jej prób ratowania sytuacji, gdy sam nie mogłem zebrać myśli. Wyszedłem przed garaż, oparłem się o drzwi. Powietrze było chłodne, ale świeże. Telefon był wyłączony może z pół minuty, kiedy zobaczyłem, że na ekranie znowu miga światło.

Zapomniałem, że mój stary model po wyłączeniu tylko udaje, że jest martwy. Westchnąłem z irytacją i tym razem wyłączyłem go całkowicie. I dopiero wtedy poczułem ulgę. Nie chciałem z nią rozmawiać.

Jeszcze nie teraz. W międzyczasie Dorota musiała dostać szału, bo zadzwoniła do Elwiry od razu. Elwira, jak to Elwira, nie miała w zwyczaju dramatyzować. Podobno powiedziała: „Ojej, no to pięknie.

Może po prostu wróć do domu i zagadaj”. Ale Dorota już była w innym stanie. Tymczasem Oskar stał obok, zupełnie nie wiedząc, o co chodzi. Podobno zapytał: „Ale coś się stało?

Ona gdzieś pędzi, jakby ją kto gonił”. — Mąż ją goni — rzuciła półżartem Elwira, choć wcale nie było jej do śmiechu. — Jak to mąż? Przecież ona mówiła, że nic — odpowiedział Oskar.

Elwira machnęła ręką. „Chodź, idziemy na przystanek, bo już na pewno nie pójdzie z nami”. I ruszyli, a Dorota została sama z telefonem przy uchu, dzwoniąc do mnie raz po raz, podczas gdy mój numer był już nieosiągalny. Ja siedziałem w garażu, wpatrzony w metalową półkę z narzędziami.

Serce mi waliło, ale powoli zaczynałem czuć coś jeszcze. Nie tylko złość, ale i rozczarowanie, takie głębokie, ciężkie, jakby ktoś wlał we mnie kamienie. I po raz pierwszy tego dnia pomyślałem, że jeśli natychmiast wrócę do domu, wybuchnę. Musiałem zostać tu dłużej, nawet jeśli tylko po to, by nie powiedzieć czegoś, czego nie da się cofnąć.

Oskar wracał do swojego mieszkania szybkim krokiem, trochę zmarznięty, trochę podenerwowany. Gdy tylko otworzył drzwi, z kuchni wychylił się Marek, cały w uśmiechu. — No wreszcie jesteś! Myślałem, że mnie tu zostawisz samego do rana.

— Gdybyś wiedział, co się wydarzyło! — mruknął Oskar, zdejmując kurtkę. — Coś nie tak? Myślałem, że masz miły wieczór w planach.

Elwira mówiła, że dziewczyny się zgodziły. — No właśnie się zgodziły. A potem Dorota zniknęła jak dym. Wyobraź sobie, że nawet się nie pożegnała.

Po prostu odwróciła się i poszła. — A to ciekawe. Elwira napisała mi przed chwilą, że coś się pokomplikowało, ale myślałem, że chodzi o Sylwię, nie o Dorotę. Oskar usiadł ciężko przy stole.

W kuchni pachniało cebulą i pieczarkami. Marek smażył szybkie przekąski. — Coś mi tu nie gra, Marek. Widziałeś, jak ona wyglądała, kiedy odchodziła?

Jakby ją ktoś śledził. I to spojrzenie, jakby patrzyła przez ramię. — Weź się uspokój. Może ją mąż nastraszył?

— rzucił półżartem Marek, choć ton miał niepewny. — No właśnie. Mąż. Coś mi się wydaje, że to on się tam kręcił.

Dorota była blada jak ściana, a Elwira tylko szepnęła: „On pewnie był niedaleko”. Marek zagwizdał przeciągle. — To po co ona w ogóle z nami szła? — Nie wiem.

Ale wygląda to tak, jakby ktoś nas wciągnął w czyjąś rodzinną aferę. — Wciągnął? W jaki sposób? — Nie wiem jeszcze, ale czuję, że nie my jedyni mamy tutaj bałagan na głowie.

Dorota coś ukrywa. Elwira też wyglądała, jakby jej przeszła ochota na cały wieczór. A ja mam wrażenie, że ktoś nas wystawił na minę. Przez chwilę siedzieli w ciszy, jedynie patelnia lekko syczała.

Marek w końcu wzruszył ramionami. — Daj spokój. Może po prostu źle trafiłeś z nastrojem. Zjedz, napij się.

Jutro wszystko będzie wyglądało inaczej. Oskar sięgnął po kieliszek, ale po chwili odstawił go na stół. — Wiesz co? To wino jest jakieś dziwne.

— Dziwne? Przecież kupiłem takie jak zwykle — Marek uniósł brwi. — Spróbuj jeszcze raz. Oskar podał mu kieliszek.

Marek powąchał, zrobił niewielki łyk i skrzywił się. — O kurczę, masz rację. Jest mocniejsze, niż wygląda. Jakby ktoś nalał czegoś więcej, niż powinien.

— A przecież wypiłem tylko dwa małe kieliszki wcześniej — mruknął Oskar. — A czuję się, jakbym wracał z wesela. — Chcesz powiedzieć, że ktoś nam to sprzedał podrasowane? — Nie wiem, Marek, nie wiem już nic.

Ale fakt jest taki, że obaj czujemy się gorzej, niż powinniśmy po takiej ilości. — No to super. Mieliśmy mieć spokojny wieczór, a wychodzi na to, że ktoś się bawi w jakieś gierki. Oskar wzruszył ramionami, ale było w tym więcej rezygnacji niż niechęci.

— Właśnie dlatego mam wrażenie, że to wszystko jest częścią czegoś większego. Dorota, jej mąż, ta nagła ucieczka, a teraz jeszcze to wino. Przypadek za przypadkiem. — A może zwyczajnie trafiłeś na kobiety, które mają swoje życie i swoje sekrety?

Nie dorabiaj ideologii. — Nie dorabiam. Po prostu pierwszy raz w życiu mam poczucie, że ktoś nas użył i nic nam nie powiedział. Marek wziął głęboki oddech.

— Dobra, ja bym się już dziś nigdzie nie ruszał. Siądźmy, zjedzmy coś. Jutro, jak będziemy mieli czyste głowy, pomyślimy. A może Elwira coś wyjaśni.

— Może — mruknął Oskar. — Chociaż po tym, co się wydarzyło, nie wiem, czy chcę jeszcze w to wszystko wchodzić. Usiedli przy stole. Marek przyniósł talerze, pieczywo, to, co udało mu się szybko podsmażyć.

Przez chwilę jedli w milczeniu, obaj wyraźnie zmęczeni. Po kilku minutach Marek spojrzał na Oskara ponownie. — Ale jedno ci powiem. Jeśli rzeczywiście ktoś nas w to wciągnął, to prędzej czy później prawda wypłynie i wtedy dopiero będzie ciekawie.

Oskar westchnął ciężko, potarł oczy i oparł głowę na dłoniach. — Oby to była prawda, bo ja już naprawdę nie wiem, komu ufać, a komu nie. Wino na stole stało nietknięte. Obaj mieli wrażenie, że nawet patrzeć na nie powinni.

Wieczór, który miał być lekki i towarzyski, zmienił się w ciszę, w której każdy bał się dokończyć własne myśli. W garażu panował półmrok. Włączyłem lampkę nad stołem i usiadłem ciężko na starym taburecie. Przede mną stał mój garażowy zestaw przetrwania: kromki chleba, ogórki kiszone, cebula pokrojona w ćwiartki i kubek gorącej herbaty.

Prosta kolacja, jedyna, na którą miałem ochotę. Złapałem kromkę chleba i gryzłem powoli, czując, jak napięcie odrobinę puszcza. Czasem trzeba zająć czymś ręce, żeby myśli nie rozrywały człowieka od środka. Popatrzyłem na porysowany blat.

Ile razy przy nim siedziałem, coś naprawiając. Ile razy Dorota śmiała się, że spędzam tu więcej czasu niż w salonie. A przecież kiedyś na początku było inaczej. Pamiętam nasze studia w Poznaniu.

Ona nosiła wtedy długie swetry i mówiła, że marzy jej się małe mieszkanie w centrum z balkonem, na którym postawi dwie doniczki z bazylią. Ja wtedy myślałem, że takie marzenia są poza naszym zasięgiem, ale udawałem, że wierzę, bo lubiłem, jak jej oczy robiły się jasne, kiedy mówiła o przyszłości. Potem wpadła. Ciąża nie była planowana, ale przyjęliśmy ją, jak umieliśmy najlepiej.

Dorota płakała ze strachu, a ja udawałem twardego, choć sam nie wiedziałem, co robić. Zostawiłem studia na ostatnim roku i poszedłem do pracy na pełny etat, a ona została na uczelni i uparła się, że skończy choćby na siłę. Kacper urodził się w środku listopada. Pamiętam, jak padał zimny deszcz i jak niosłem jej torbę do przychodni, a ręce miałem takie trzęsące, że aż lekarz popatrzył na mnie z politowaniem.

A potem, jak pierwszy raz zobaczyłem syna… Człowiek nie rozumie, ile potrafi czuć, dopóki nie usiądzie nad takim maleńkim człowiekiem, który nawet jeszcze dobrze oczu nie otwiera. Dorota była wtedy spokojniejsza. Ja przychodziłem z pracy i robiłem, co mogłem.

Nie mieliśmy prawie nic: jeden pokój w małym mieszkaniu na Jeżycach, meble po znajomych, podłogę, która skrzypiała jak stara łajba. Ale byliśmy razem i jakoś to wszystko szło. Gdy Kacper poszedł do szkoły, Dorota wróciła do pracy. Ja coraz bardziej wspinałem się zawodowo, a jednocześnie zacząłem dorabiać w tym garażu.

Najpierw małe zlecenia, potem poważniejsze. I choć czasu dla siebie mieliśmy coraz mniej, to wtedy jeszcze ufałem jej, tak po prostu, bez zastanowienia. I nagle dzisiaj to wszystko, co zobaczyłem, co usłyszałem, ten ton jej głosu, kiedy mówiła do Oskara, to, jak się uśmiechała, te słowa o winie. Nie musiała mówić nic więcej.

Wystarczyło, że patrzyłem. Zamoczyłem cebulę w soli i zjadłem mały kawałek, żeby przegonić ściskanie w żołądku. Popiłem herbatą, trochę za słodką, bo wsypałem cukier bez patrzenia, i zacząłem rozważać, co dalej. Pierwsza myśl: wrócę do domu i zrobię awanturę.

Powiem wszystko, co mi leży na sercu, bez owijania w bawełnę. Niech wie, że mnie to boli, że mnie okłamała, że słyszałem każde słowo. Ale już po chwili wiedziałem, że jeśli tam pójdę teraz, mogę powiedzieć za dużo. Mogę krzyknąć, stracić panowanie, a potem będę żałował.

Drugi wariant: wrócę i udam, że nic się nie stało. Wtedy ona pomyśli, że wszystko jest w porządku, że może robić, co chce, byle zachować pozory. A ja dusiłbym się we własnym domu. Udawanie jest gorsze od bólu.

I trzeci wariant: odejść. Po prostu odejść, zabrać kilka rzeczy, przyjechać tutaj albo wynająć pokój gdzieś w Poznaniu, dać sobie przestrzeń. Tylko że to nie jest takie proste. Mamy historię, mamy syna, mamy wspólne życie.

Jak można to przekreślić jednym ruchem? Oparłem głowę na dłoniach. Prawda była taka, że niezależnie od tego, co wybiorę, jedno już się wydarzyło. Zaufanie pękło i to pęknięcie było jak rysa na szybie.

Można udawać, że jej nie ma, ale przy pierwszym mocniejszym uderzeniu całość się rozsypie. Zamknąłem oczy. Czułem chłód, zmęczenie, żal. I wiedziałem jedno: nieważne, jak dobre były nasze wspólne lata, coś między nami się zmieniło.

Coś, czego nie da się cofnąć. Musiałem podjąć decyzję, ale nie dziś. Dzisiejsza noc była tylko po to, żebym przestał trząść się w środku. Jutro miało dopiero przynieść odpowiedź.

Obudziłem się wcześnie, choć spałem może ze cztery godziny. W garażu zawsze budziłem się szybciej. Tam człowiek nie ma luksusu przeciągania się w miękkiej pościeli. Zimno, cisza i świadomość, że nikt nie krząta się w kuchni, tylko ja i blaszane ściany.

Umyłem twarz zimną wodą, ogarnąłem się jako tako i wyszedłem. Potrzebowałem śniadania, czegoś ciepłego, normalnego. Nie miałem ochoty wracać do domu ani tłumaczyć, gdzie byłem. Poszedłem w stronę dworca, gdzie od lat działał mały bar, w którym można było zjeść jajecznicę, tosty, wypić kawę i nikt nie zadawał zbędnych pytań.

Wszedłem tam chwilę po ósmej. Pachniało smażeniem i świeżym pieczywem. Usiadłem przy stoliku przy oknie. Zamówiłem jajecznicę z cebulką, dwa tosty i dużą czarną kawę.

Kiedy kelnerka postawiła przede mną talerz, poczułem coś dziwnego. Jakby ten zwykły widok przywrócił mnie na chwilę do prostszej wersji życia, w której największym problemem było to, czy zdążę do pracy na czas. Patrzyłem na parującą jajecznicę i myślałem: „Marian, co ty robisz? Śpisz w garażu, uciekasz od żony, a zaraz musisz iść do pracy, jakby nic się nie stało”.

Zjadłem połowę, kiedy zadzwonił telefon. Numer z firmy. Odebrałem z wahaniem. — Marian.

Dyrektor prosi, żebyś jak najszybciej do niego przyszedł. Mówił, że to pilne — usłyszałem głos sekretarki. — Przecież mam drugą zmianę. — Wiem, ale prosił, żebyś pojawił się przed południem.

Rozłączyła się, a ja poczułem, jak w brzuchu robi mi się ciężko. Zawsze kiedy dyrekcja wzywa nagle, człowiek zaczyna się zastanawiać, co się stało. Czy ktoś na mnie doniósł, że mnie wczoraj nie było? Czy żona tam była?

Dojadłem śniadanie i popiłem kawą, ale smak nagle stracił sens. Wszystko we mnie było napięte jak struna. Wysiadłem z tramwaju pod zakładem, przeszedłem przez bramę i od razu poczułem ten znajomy zapach metalu, farby i czegoś jeszcze, czego nie potrafię opisać. Zapach pracy, codzienności.

Na portierni kiwnęli mi głową, a ja ruszyłem w stronę schodów na piętro. Sekretarka czekała w drzwiach. — Proszę, wejdź od razu. Wszedłem do gabinetu.

Dyrektor siedział przy biurku, a obok niego Leopold, kierownik działu. Obaj wyglądali, jakby rozmawiali o czymś poważnym. Na mój widok dyrektor uśmiechnął się lekko. — Marian, dobrze, że jesteś.

Usiądź, proszę. Usiadłem. Ręce miałem lodowate. — Pewnie się zastanawiasz, o co chodzi.

Sprawa jest prosta, choć dla ciebie na pewno zaskakująca — zaczął. — Leopold od dłuższego czasu myśli o przejściu na wcześniejszą emeryturę i po wielu rozmowach uznał, że najlepszą osobą, która mogłaby go zastąpić, jesteś właśnie ty. Myślałem, że się przesłyszałem. — Ja?

— Ty — potwierdził dyrektor. — Masz doświadczenie. Potrafisz dogadać się z ludźmi. Jesteś dokładny i odpowiedzialny.

Poza tym pracujesz u nas tyle lat, że znasz dział lepiej niż połowa obecnej kadry. Czułem, jak robi mi się gorąco. Zupełnie nie takiego zwrotu oczekiwałem po tej rozmowie. — Ja nie mam skończonych studiów.

Przerwałem je lata temu — zacząłem niepewnie. Dyrektor uniósł rękę. — Wiemy, ale to nie problem. Porozmawialiśmy z uczelnią.

Możesz wrócić na zaoczne, dokończyć edukację. Firma pokryje koszty. Dla nas najważniejsze jest, żebyś formalnie miał papiery, a reszta jest kwestią czasu. Spojrzałem raz na Leopolda, raz na dyrektora.

Ich twarze mówiły jasno: decyzja już zapadła. To nie była propozycja z gatunku „może pan przemyśli”. To było konkretne zaproszenie na nowe stanowisko. Powinienem się ucieszyć.

Powinienem poczuć dumę. To awans, o którym niejeden marzyłby latami. Ale w środku zamiast radości miałem zamęt. — Panowie, to dla mnie zaszczyt.

Naprawdę. Tylko to wszystko tak nagle — westchnąłem. Dyrektor uśmiechnął się łagodnie. — Wiem, ale czasem życie nas zaskakuje w momentach, kiedy najmniej się tego spodziewamy.

Damy ci kilka dni, żebyś się oswoił z myślą. Studia ruszają od poniedziałku. Zgłoszeń już czeka. Musisz tylko je podpisać.

Podniosłem wzrok. Życie mnie zaskakuje. To akurat było prawdą. Tylko że to zaskoczenie miało różne twarze.

Jedną przy kiosku, drugą w tym gabinecie. Wyszedłem stamtąd z papierami w ręku i głową cięższą niż rano. Awans, studia, nowe obowiązki. A wszystko w momencie, kiedy moje małżeństwo wisi na włosku.

Stałem przez chwilę pod budynkiem i patrzyłem w niebo. Z jednej strony to była szansa, o jakiej nawet nie marzyłem. Z drugiej czułem, że trudno mi się cieszyć, kiedy serce mam w kawałkach. Ale jedno wiedziałem na pewno: to, co się wydarzyło dziś, zmieni moje życie już na zawsze.

Po wyjściu z dyrekcji miałem wrażenie, że idę jak we śnie. Kiedy wyszedłem za bramę zakładu, wciąż trzymając te papiery o studiach w dłoni, poczułem potrzebę usłyszenia czyjegoś normalnego głosu, kogoś, kto nie będzie mnie oceniał. Wybrałem numer Bartosza. — No wreszcie!

Marian, gdzie ty się podziałeś? Dorota od rana cię szukała. Stała przy bramie i wyglądała, jakby miała zaraz komuś łomot spuścić — odezwał się od razu. — Daj spokój.

To nie jest rozmowa na bramie. — Co się stało? — zapytał tym razem poważniej. — Wygląda na to, że coś wam się naprawdę poplątało.

— Poplątało. To mało powiedziane. Ale nie chcę o tym teraz. Muszę najpierw uporządkować sobie wszystko w głowie.

Z drugiej strony słuchawki zrobiło się cicho, a potem Bartosz dodał:

— Kto ci jeszcze powie coś, czego pewnie nie słyszałeś. Ten cały Oskar stracił dziś robotę. Zamarłem. — Jak to?

— Podobno zrobił taki cyrk w biurze, że dziewczyny były w szoku. Jakaś awantura, głupie teksty, coś tam rozlał, coś przewrócił. Szefowa księgowości miała go po prostu wyprosić. Ale sytuacja się rozrosła.

No i koniec. Wyleciał. Przymknąłem oczy. Oskar.

Ten, którego głos słyszałem w rozmowie Doroty, ten, który kupował wino, ten, który miał być niewinnym znajomym z działu. Coś mnie ścisnęło w żołądku. — I co? Dorota też to wie?

— zapytałem. — Pewnie już tak. Kręciła się tak nerwowo rano, że trudno było jej nie zauważyć. Usiadłem na ławce przy przystanku i patrzyłem na ludzi idących do tramwaju.

Wyglądali normalnie, spokojnie, każdy w swoich sprawach. Tylko ja czułem się, jakbym wysiadł z wirówki. — Bartek, muszę od tego wszystkiego odpocząć. Od Doroty też, ale nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, gdzie jestem.

— Co masz zamiar zrobić? — zapytał ostrożnie. — Pojadę na działkę. Potrzebuję kilku dni sam na sam ze sobą.

Zanim coś powiem Dorocie, zanim zrobię głupstwo, muszę po prostu odsapnąć. Bartosz westchnął. — Myślisz, że to dobry pomysł? — Jedyny, jaki na razie mam.

— Dobra, nie powiem nikomu, ale odezwij się, jak już tam będziesz, żebyśmy wiedzieli, że żyjesz. — Jasne, dzięki, Bartek. Rozłączyłem się i chwilę siedziałem bez ruchu. Tramwaj przejechał, potem autobus, potem PKS, ale dopiero kolejny kurs był mój, ten, który jechał w kierunku działek za miastem.

Wróciłem na chwilę do garażu po torbę i kilka rzeczy. Dokumenty, które dostałem od dyrektora, grubszy sweter, latarkę, kubek, herbatę i trochę chleba. To wszystko, czego mi było trzeba. Zamknąłem drzwi garażu na kłódkę i ruszyłem w stronę przystanku.

Kiedy pojawił się autobus PKS, wyglądał jak zwykle: lekko obdrapany, grzejniki chodziły, jak chciały, a na wysokości kierowcy leżało kilka gazet sprzed tygodnia. Wsiadłem, usiadłem przy oknie i oparłem głowę o szybę. Kiedy autobus ruszył, poczułem dziwny spokój, jakby z każdym kilometrem myśli trochę się prostowały. Miasto znikało za oknem.

Najpierw kamienice, potem blokowiska, potem magazyny, aż w końcu zostały już tylko pola i drzewa. Patrzyłem na to wszystko i myślałem o Dorocie, o tym, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy. Przecież kiedyś marzyliśmy razem o najprostszych rzeczach: ogródku, małym domu, spokojnych porankach. Teraz nie potrafiliśmy spokojnie spojrzeć sobie w oczy.

A może ona naprawdę nic nie zrobiła? Może to tylko głupia sytuacja, zbieg okoliczności, nieporozumienie, które uderzyło w najczulszy punkt. Pytanie tylko, czy to ma znaczenie, skoro ja i tak czułem się zdradzony. Autobus podskakiwał na wybojach.

Ludzie wysiadali jeden po drugim. W końcu zostało nas tylko trzech: ja, starsza pani z siatką i młody chłopak ze słuchawkami. Gdy dojechaliśmy do mojego przystanku, wstałem i wysiadłem. Powietrze na działkach było zupełnie inne.

Chłodne, wilgotne, ale czyste. Pachniało ziemią i jesienią. Idealne miejsce, żeby oddychać bez wstydu i bez udawania. Gdy szedłem ścieżką między ogródkami, czułem, że każdy krok oddala mnie od problemów, ale jednocześnie zbliża do decyzji, której nie mogłem już odwlekać.

Nie mogłem wrócić do Doroty tak po prostu. Nie po tym, co usłyszałem. Musiałem najpierw zrozumieć, czego ja właściwie chcę, a działka była jedynym miejscem, gdzie mogłem to zrobić bez strachu, że ktoś usłyszy moje myśli. Noc na działce minęła mi zaskakująco spokojnie.

Może przez zmęczenie, a może przez to, że pierwszy raz od dawna byłem całkowicie sam, bez telefonów, bez rozmów, bez konieczności udawania. Kiedy wstałem, domek był jeszcze chłodny, więc włączyłem małą nagrzewnicę i nastawiłem wodę na herbatę. Zanim cokolwiek zjadłem, postanowiłem przejrzeć karton, który trzymałem na strychu od lat. Były tam moje stare dokumenty ze studiów, zaświadczenia, indeks, jakieś zapisane zeszyty.

Kurzyło się to wszystko niemiłosiernie, ale kiedy otworzyłem pudełko, poczułem coś na kształt wzruszenia. Marian, kiedyś miałeś plany. Kiedyś wierzyłeś, że skończysz tę uczelnię. Przejrzałem indeks.

Te same pieczątki sprzed lat, podpisy wykładowców, oceny, których nie pamiętałem. A teraz nagle miałem wrócić do nauki w wieku, kiedy człowiek bardziej zastanawia się nad ratą za ogrzewanie niż nad kolokwium. Zamknąłem pudełko i odsunąłem je na bok. Wyszedłem na zewnątrz.

Jesień była w pełni. Trawa mokra, powietrze rześkie, a w oddali słychać było stukanie jakiegoś młotka. Zawsze ktoś tu coś budował, naprawiał, poprawiał. Działki mają swój rytm.

Poszedłem do sąsiadki, pani Haliny, która od zawsze miała wszystko: warzywa, owoce, jajka, a jak trzeba było, to i jajecznicę potrafiła zrobić na miejscu. — O, Marian! Dawno cię nie widziałam. Co?

Przyjechałeś przewietrzyć głowę? — zawołała, jak tylko mnie zobaczyła. — Można tak powiedzieć — uśmiechnąłem się słabo. — Ma pani jajka i trochę marchewki, selera, ziemniaków?

— Mam, mam. Wejdź, zaraz ci nasypię do koszyka. — spojrzała na mnie z ukosa. — Takiś jakiś zmarnowany.

Wszystko w porządku? — Jeszcze nie wiem — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. — No to jedz dobrze. Z pustym żołądkiem człowiek gorzej myśli.

Kupiłem jajka, trochę warzyw i kawałek domowego chleba, który sama wypiekała. Podziękowałem i wróciłem do domku. W kuchni nastawiłem garnek z warzywami. Chciałem zrobić prostą zupę.

Nic wielkiego, ale ciepłe jedzenie potrafiło człowieka postawić na nogi. Później posprzątałem trochę, wytarłem kurz, przetarłem blat, poukładałem narzędzia, choć wcale nie musiałem. Po prostu potrzebowałem zajęcia, które nie wymaga myślenia. Kiedy zupa zaczęła pachnieć, usiadłem przy stole i otuliła mnie jakaś taka spokojna cisza.

Działkowa cisza, najlepsza ze wszystkich. Około południa usłyszałem bramkę, kroki, ktoś się zatrzymał, potem lekkie pukanie, bardzo charakterystyczne. Bartosz. Wyszedłem mu naprzeciw.

— No wiedziałem. Wiedziałem, że tu będziesz. Znam cię za długo, żeby wierzyć, że siedzisz spokojnie w domu — powiedział, wchodząc na posesję. — Miałem potrzebę.

Chodź. Zrobiłem zupę. — O, to lubię. Wiem, że będzie dobra — uśmiechnął się już po zapachu.

Usiedliśmy przy stole. Nalewałem zupę do misek, a para unosiła się w powietrzu, jakby chciała nam zrobić lepszy nastrój. Bartosz dmuchnął w łyżkę i spojrzał na mnie poważniej. — No dobra, Marian, mów, co się wydarzyło.

Odłożyłem łyżkę, opierając dłonie o blat. — Bartek, ja naprawdę nie wiem, co mam myśleć. Widziałem Dorotę z Oskarem. Słyszałem, jak rozmawiali o winie w taki sposób, że…

— urwałem na chwilę. — Trudno to inaczej zinterpretować. Mówiła, że mąż poczuje zapach, że musi coś wymyślić. Bartosz patrzył na mnie bez mrugnięcia.

— Ja wiem, że to wygląda źle. Ale mógł to być głupi żart. Znasz Elwirę? Ona zawsze tak gada.

— Ale Dorota tak nie mówi. I widziałem ich blisko siebie. Tak, zbyt blisko. — A wiesz, że Oskar dziś wyleciał z pracy?

— przypomniał. — Wiem, ty mi to mówiłeś. — No właśnie. I może ta cała sytuacja to jeden wielki chaos, który wciągnął i ciebie, i ją, i ich.

Widziałeś fragment, a nie całość. — Bartek, proszę cię. Ja wiem, co czułem. Wiesz, co najgorsze?

Nie to, że ona mogła coś zrobić, tylko to, że zaczęła kłamać i to tak bez mrugnięcia. Bartosz pokiwał głową. — Rozumiem. I masz prawo tak się czuć.

Ale zanim wszystko rozjedzie się na amen, spróbuj jej wysłuchać, nawet jeśli boisz się, co usłyszysz. Przez chwilę jedliśmy w ciszy. Zupa smakowała jak coś, co człowiek gotuje, kiedy nie ma już siły filozofować. W końcu powiedziałem:

— Bartek, ja nie wiem, czy chcę to naprawiać.

Coś pękło i nawet jeśli mi powie, że to nie tak, że przesadzam, ja już czuję się inaczej. — To normalne — westchnął. — Ale nie uciekaj na zawsze. Na działkę możesz przyjechać, żeby złapać oddech, ale wrócić też kiedyś trzeba.

Uśmiechnąłem się półgębkiem. — Wrócę, ale nie dziś. Dziś chcę być tutaj. Tylko tutaj.

Bartosz zaakceptował to bez słowa. Taki był, nie naciskał. Zjadł zupę, odłożył łyżkę i spojrzał na mnie tak, jak patrzy przyjaciel, który widzi więcej, niż mówisz. — Marian, naprawdę wierzę, że to się wyjaśni.

Tylko nie zamykaj się na rozmowę i nie rób niczego pod wpływem emocji. A ja pomyślałem, że on ma rację i że jednocześnie nie wiem, czy będę potrafił. W mieście panował ten typowy popołudniowy rozgardiasz. Ludzie wracali z pracy, ktoś stał w kolejce po pieczywo, ktoś biegł na tramwaj, a Dorota chodziła tam i z powrotem po małej kuchni u Ilony, jakby zaraz miała wydeptać w płytkach ścieżkę.

Ilona postawiła na stole herbatę, usiadła naprzeciwko i obserwowała ją z troską. — Usiądź w końcu. Krążysz już dwadzieścia minut. Robi mi się od tego niedobrze — powiedziała cicho.

Dorota zatrzymała się, ale tylko na chwilę. — Ilona, ja naprawdę nie wiem, co robić. Marian zniknął. Nie odbiera telefonów.

Nie wrócił na noc. Ty wiesz więcej od Bartka. Mówił coś? — Mówił tylko tyle, że żyje i że musi odpocząć.

Nic więcej nie chciał powiedzieć. Dorota westchnęła ciężko, oparła dłonie o blat. — Odpocząć. Ode mnie?

Od życia? Od czego? — Dorota, przestań. Wiesz dobrze, że ostatnio źle się między wami działo.

Każdy by potrzebował chwili ciszy. Dorota otarła dłonią policzek. — Ale ja naprawdę… och, Ilona, to wszystko wygląda gorzej, niż było.

Ja nic złego nie zrobiłam. Naprawdę. To tylko głupia sytuacja, źle zrozumiana. Ilona milczała chwilę, jakby czekała na dalsze słowa.

W końcu Dorota usiadła i ukryła twarz w dłoniach. — Miałam iść z Elwirą i Sylwią na chwilę do sklepu. Oskar się przyplątał, bo Elwira go lubi. I tak wyszło, jak wyszło.

Marian musiał nas widzieć. Musiał, bo inaczej skąd wiedział, co mówiłam. — A co mówiłaś? — zapytała łagodniej Ilona.

Dorota jęknęła. — Powiedziałam, żeby Oskar kupił wytrawne wino, bo mocniejszego nie tknę, że Marian wyczuje od razu. To miał być żart. Zresztą ja nawet nie miałam zamiaru nic pić.

Sylwia wymyśliła, że coś tam świętuje, a ja głupia poszłam w te rozmowy. Ilona pokiwała głową, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, drzwi się otworzyły i weszła Sylwia, cała zdyszana, z torbą przewieszoną przez ramię. — Dziewczyny, ja na chwilę, ale jak nie powiem, to pęknę. Dorota, ja słyszałam, że Marian cię szukał rano i że wyglądał, jakby miał zaraz komuś zrobić awanturę.

Dobrze się czujesz? Dorota zamknęła oczy, jakby siły ją opuszczały. — Nie mam pojęcia, jak się czuję. Nic nie wiem.

Marian do mnie nie zadzwonił ani razu. — A gdzie on teraz? — zapytała Sylwia, mieszając sobie herbatę, którą Ilona właśnie jej nalała. — Nie wiem.

Bartek mówi, że odpoczywa. Tyle. Zapadła chwila ciszy, po czym Sylwia opuściła ramiona i westchnęła. — Dziewczyny, ja muszę coś powiedzieć, ale proszę, nie oceniajcie mnie.

Ilona i Dorota spojrzały na nią czujnie. — Ja ostatnio mam same problemy z moim chłopakiem. On niby mnie kocha, niby wszystko dobrze, ale ślubu nie chce. Odkłada, kombinuje, unika, a ja już mam dość.

Jestem zmęczona. I kiedy wpadł ten pomysł, żeby pójść na chwilę do Oskara, ja naprawdę myślałam, że to będzie tylko taki wieczór w damskim gronie, że może się trochę rozerwę, że mi przejdzie. Dorota spojrzała na nią uważnie. — Sylwia, ale co to ma wspólnego z nami?

Sylwia skrzywiła się nerwowo. — Może to ja podrzuciłam ten ton rozmowy o winie, o tym, że mąż nie poczuje. Chciałam brzmieć zabawnie, lekko, głupio, a ty podchwyciłaś. Ale to miało być nic, po prostu gadanie.

Nikt nie miał żadnych złych zamiarów. Dorota oparła łokcie na stole i przetarła twarz obiema dłońmi. — I Marian to usłyszał. A wyglądało to tak, jakbyśmy coś kombinowały.

— Boże — powiedziała cicho Sylwia. — To naprawdę aż tak? — Tak. On teraz myśli, że go zdradzam, że mam coś z Oskarem.

A to nieprawda. Nigdy w życiu nawet by mi to przez głowę nie przeszło. Ilona nachyliła się nad stołem. — Dorota, musisz z nim porozmawiać.

Nawet jeśli się boisz. Im dłużej to trwa, tym gorzej. — Wiem. Tylko jak mam do niego pójść, skoro nie wiem nawet, gdzie jest?

— Znajdzie się — powiedziała spokojnie Ilona. — Marian nie jest z tych, co uciekają na zawsze. On po prostu musi złapać oddech. — Ale ja też muszę.

Muszę nabrać odwagi, żeby mu to wszystko wytłumaczyć. Boję się, Ilona. Boję się, że choć nic się nie stało, to wygląda tak, że sama bym tego nie uwierzyła. Sylwia pokiwała głową, jakby dopiero teraz w pełni zrozumiała.

— Ja też bym się bała. Ale Marian nie jest złym człowiekiem. On cię kocha, tylko jest poraniony i chyba każdy by tak zareagował. Dorota westchnęła po raz kolejny, ale tym razem w jej spojrzeniu pojawiła się odrobina determinacji.

— Muszę go znaleźć. Muszę sama powiedzieć, jak to było, bo jeśli tego nie zrobię teraz, później już niczego nie posklejamy. Ilona uśmiechnęła się delikatnie. — No i to jest Dorota, jaką znam.

A Sylwia dodała półszeptem:

— Oby tylko nie było za późno. Oskar obudził się z uczuciem, jakby ktoś mu włożył do głowy watę. Nie wiedział, gdzie jest, ani dlaczego leży na twardej pryczy, przykryty cienkim kocem, z jedną żarówką świecącą prosto w oczy. Spróbował usiąść, ale od razu zakręciło mu się w głowie.

Westchnął, oparł łokcie na kolanach i zamknął na chwilę oczy. Co to? Gdzie ja? Dopiero po kilku sekundach zaczęły wracać obrazy.

Sylwia, Elwira, Dorota, ich rozmowy, śmiech, potem dziwne uczucie ciężaru w głowie. To wino, które nagle było mocniejsze, niż powinno, a potem nic. Pustka, jak po wycięciu fragmentu filmu. Drzwi cicho zaskrzypiały i wszedł dyżurny, mężczyzna koło pięćdziesiątki, wyglądający, jakby był wysuszony od wieloletniego oglądania podobnych przypadków.

— No, panie Oskar, widzę, że już dochodzimy do siebie — powiedział z lekką ironią. Oskar spojrzał na niego kompletnie zbity z tropu. — Gdzie ja jestem? — W izbie wytrzeźwień.

Trafił pan tu wczoraj wieczorem. Mundurowi przywieźli. — Co? Przecież ja wypiłem ledwie dwa kieliszki.

To jakieś nieporozumienie. Dyżurny westchnął. — Tak mówi większość, ale podobno narobił pan niezłego zamieszania w biurze. Krzyczał pan, że ktoś panu to zrobił.

Potem próbował wchodzić do pokoi, przewrócił krzesło i jeszcze coś tam pana tak zdenerwowało, że policja musiała pana zabrać. A jak już wsadzali pana do radiowozu, to dalej pan powtarzał, że to nie pana wina. Oskar poczuł, jak donikąd nie mające wyjaśnienia fakty zaczynają układać się w niepokojącą całość. — Ale ja naprawdę nie pamiętam połowy wieczoru.

Jakby ktoś mi to wyciął z głowy — powiedział cicho. — To już nie moja sprawa. Dziś pana wypuszczą, jak podpisze pan protokół i może pan wracać do domu. Stał chwilę przy drzwiach, jakby czekał, czy Oskar coś dopowie, ale tamten tylko patrzył w podłogę.

Kiedy dyżurny wyszedł, Oskar przetarł twarz dłońmi. Czuł, że coś tu strasznie nie gra. Nigdy nie miał problemów z alkoholem. Nigdy nie robił awantur.

A to, co wypili z Markiem, nie mogło go powalić w taki sposób. To było niemożliwe. Próbował sobie przypomnieć, kiedy zaczął czuć się źle. Jeszcze zanim wyszli ze sklepu podczas rozmowy z Sylwią, czy może wtedy, gdy ktoś podał mu kieliszek, który miał tylko spróbować.

W pewnym momencie serce mu zabiło szybciej. A może to wcale nie było przypadkowe? Dorota była spięta już wcześniej. Elwira dziwnie nerwowa.

Sylwia kręciła coś o swoich kłopotach, a Marian, mąż Doroty, musiał być gdzieś blisko. On widział, słyszał. Pewnie pomyślał, że Oskar coś z Dorotą kombinuje. Tylko że Oskar niczego nie kombinuje.

On nawet nie znał dobrze Doroty. To Elwira go ciągnęła w tę całą historię. I nagle uderzyła go myśl tak mocna, że aż złapał się za oparcie pryczy. Czy ja zostałem w to wszystko wciągnięty specjalnie?

Czuł, jak rośnie w nim złość zmieszana z bezradnością. Przecież przez to stracił pracę. Robił wczoraj rzeczy, których normalnie by nie zrobił. Cały wieczór był jednym wielkim chaosem, jakby ktoś pociągał za sznurki, a on był zwykłą marionetką.

Zebrał się w sobie, podszedł do małego lusterka wiszącego na ścianie. Wyglądał fatalnie. Włosy rozczochrane, oczy czerwone, twarz blada, ale w spojrzeniu miał coś nowego. Pewność, że nie jest tylko ofiarą głupiego przypadku.

— Ktoś to zrobił celowo — wyszeptał. Jakaś nieznana osoba postawiła go w roli tego trzeciego, tego, który miał sprowokować kłótnię między Dorotą a Marianem. Tego, którego można było poświęcić, żeby osiągnąć swój cel. Przypomniał sobie, jak Elwira była tego dnia dziwnie podekscytowana, jak Sylwia wydawała się bardziej nerwowa niż zwykle, jak ktoś, kogo nie widział, dzwonił do Oskara wcześniej i mówił, że dziewczyny chcą, żeby przyszedł.

On nawet nie sprawdził, kto to. A przecież to mogło być wszystko. Usiadł z powrotem na pryczy, czując, jak narasta w nim świadomość, że tej układanki nie ułoży sam. Potrzebne były inne elementy, inne osoby, inne zdania, które dopiero padną.

Marian jeszcze nic o tym wszystkim nie wiedział. Siedział gdzieś na swojej działce, próbując poskładać w głowie rzeczy, które, jak teraz zaczynało być jasne, zostały zniekształcone przez czyjąś rękę. Ktoś chciał, żeby Marian zobaczył to, co zobaczył. Usłyszał to, co usłyszał.

Pomyślał to, co pomyślał, i żeby Oskar wypadł z gry jako winny. A Oskar zaczynał rozumieć, że był tylko pionkiem. Zrobiło mu się zimno. Nie z powodu celi, ale świadomości, że w tle ktoś pociągał za sznurki, podczas gdy oni, Dorota, Marian, on sam, byli tylko elementami w czyjejś układance.

Kto i po co? Na to pytanie wciąż nie potrafił odpowiedzieć, ale wiedział jedno. To wszystko nie było przypadkiem. Poranek na działce był cichy, chłodny i przejrzysty.

Taki, który sprawia, że człowiek zaczyna wierzyć, że jakoś to wszystko ogarnie. Nawet jeśli jeszcze wczoraj miał wrażenie, że świat się wali. Wyszedłem przed domek z kubkiem gorącej herbaty w dłoniach. Para unosiła się w powietrzu, a ja patrzyłem na ogród, który dawno wymagał ręki.

Ale dziś wyglądał jak azyl. Nie minęło piętnaście minut, kiedy usłyszałem znajome skrzypnięcie furtki. Bartosz. Poznałem jego krok, jeszcze zanim go zobaczyłem.

— No i jak? Przespałeś się z myślami? — zapytał, podchodząc bliżej. — Przespałem się, ale czy coś mi się wyjaśniło?

To już inna historia — wzruszyłem ramionami. Usiadł obok mnie na ławce, poprawił kurtkę. — Marian, posłuchaj. Wczoraj byłem pewien, że to zwykłe nieporozumienie, ale po tym, co słyszałem rano, jestem przekonany, że ktoś to celowo rozkręcił.

Zmarszczyłem brwi. — Co? Znowu słyszałeś? — W pracy gadają, że ktoś chciał przejąć twoje stanowisko.

A że dyrektor planował awans, no sam rozumiesz, idealny moment, żeby cię wytrącić z równowagi. A kto najlepiej trafi w człowieka? Problemy w domu. Zamknąłem oczy.

To, co mówił, brzmiało nieludzko logicznie. — Chcesz powiedzieć, że ktoś specjalnie napuścił Oskara? — zapytałem powoli. — Mówię, że nie wierzę w takie zbiegi okoliczności.

Oskar niby zaproszony, potem dziwnie się zachowuje, potem traci pracę. Dorota przypadkiem mówi coś, co ty słyszysz? Ty, Marian, który normalnie masz serce większe niż nerwy, i nagle pęka cię. Jego słowa wbijały mi się w głowę jak gwoździe.

— Ale Dorota, ona sama przecież też to wszystko nakręciła. Niepotrzebnie gadała o tym winie, o zapachach — mruknąłem. Bartosz pokiwał głową. — Tak, poniosło ją.

Ale to nie znaczy, że była częścią planu. Ludzie rzucają głupie teksty, nie wiedząc, że ktoś ich na to popycha. Popatrzyłem na parę z herbaty, która unosiła się przede mną jak mgła. — Bartek, ja nie wiem, czy jej zaufam, nawet jeśli okaże się, że nic nie zrobiła.

— Zaufanie to nie kubek, że jak się stłucze, to wyrzucasz. Czasem da się skleić, ale żeby skleić, trzeba wrócić do stołu, a nie siedzieć samotnie na działce. Parsknąłem cicho, mimo że wcale nie było mi do śmiechu. — Ładnie mówisz.

Ilona ci to napisała na karteczce? — Sam wymyśliłem. Ale skoro o Ilonie mowa, zaprasza nas dziś na obiad. Ciebie, mnie, Dorotę.

Powiedziała, że nie ma dyskusji. Robi rosół i pierogi. Twierdzi, że lepiej się gada przy jedzeniu. Przetarłem twarz dłonią.

— Ile ona mnie zabije, jak nie przyjadę? — To na pewno. Ale zabije też mnie, więc proponuję współpracę. Zamilkliśmy na chwilę.

Siedziałem zgarbiony, patrząc na swoje dłonie. Ten poranek miał w sobie coś łagodnego, coś, co aż prosiło, żeby zrobić krok naprzód. Z drugiej strony w brzuchu wciąż czułem ciężar. — Bartek, a jeśli ten ktoś, kto chciał mnie skłócić z Dorotą, jeśli on zrobił to dlatego, że bał się mojego awansu?

— Marian, jasne, że tak. I powiem ci więcej. Gdybyś teraz uciekł, gdybyś nie wrócił do domu, nie przyszedł do pracy, nie podpisał papierów, ten ktoś by wygrał, bo właśnie na to liczył. Uderzyło mnie to do żywego.

— Czyli mam wrócić tylko po to, żeby nie dać komuś satysfakcji? — Nie. Masz wrócić po to, żeby odzyskać kontrolę nad własnym życiem i żeby porozmawiać z Dorotą. Choćbyście mieli pół dnia siedzieć naprzeciwko siebie i milczeć.

Teraz wszystko, co robisz tu sam, to tylko przedłużanie bólu. Oparłem łokcie o kolana i westchnąłem głęboko. Wiedziałem, że ma rację. Unikanie rozmowy było wygodne, ale niczego nie rozwiązywało.

A ja wciąż kochałem Dorotę. Choćby wszystko we mnie krzyczało, że powinienem odpuścić, to nie znika z dnia na dzień. — Ilona naprawdę chce, żebyśmy wszyscy usiedli przy jednym stole? — zapytałem.

— Powiedziała dokładnie tak: „Jeśli Marian nie przyjedzie, to go przywiozę siłą”. Ha, znasz ją. Jak mówi, że przywiozę, to przywiozę. Zaśmiałem się pod nosem, mimo ciężaru w sercu.

— No dobrze, muszę się spakować i ogarnąć, jak ja w ogóle wyglądam. — Wyglądasz jak Marian, który walczy u siebie. I to jest najlepsze, co możesz teraz wyglądać. Zebrałem swoje rzeczy.

Nie było tego wiele. Sweter, dokumenty, kubek, resztki jedzenia. Domek zostawiłem nagrzany, choć wiedziałem, że wrócę tu znowu, kiedy będę musiał pomyśleć jeszcze raz, ale nie dziś. Dziś miałem wracać.

Kiedy szliśmy razem w stronę przystanku PKS, powietrze pachniało jesienią i czymś jeszcze, nadzieją, której dawno nie czułem. Nie wiedziałem, jak potoczy się rozmowa z Dorotą. Nie wiedziałem, czy będę potrafił jej słuchać, wybaczyć, uwierzyć. Ale wiedziałem jedno.

Uciekaniem niczego nie zbuduję, a prawda, ta prawdziwa, czekała już na mnie w mieście. Kiedy dotarliśmy z Bartoszem do ich mieszkania, Ilona już czekała w fartuchu z poważną miną, jak generał przed inspekcją. Zaprosiła nas do środka, ale od razu wskazała ręką na salon. — Najpierw rozmowa.

Rosół poczeka. Dorota już jest. Zrobiło mi się gorąco. Poszedłem za nią i zobaczyłem Dorotę siedzącą sztywno na kanapie.

Wstała, jak tylko mnie zobaczyła. Miała zaczerwienione oczy i ten nerwowy półuśmiech, którym zawsze maskowała strach. — Marian — zaczęła, ale zamknęła usta, jakby zabrakło jej tchu. Usiadłem naprzeciwko niej.

Bartosz i Ilona zamknęli drzwi, zostawiając nas samych. Miałem wrażenie, że pokój się skurczył, choć przecież był duży. — Słucham — powiedziałem spokojniej, niż się czułem. Dorota wzięła głęboki oddech.

— To wszystko wyglądało strasznie, wiem. I wyglądało tak, jakby między mną a Oskarem coś było. Ale nie było nic. Nic.

Marian, ja naprawdę nie miałam złych intencji. Milczałem, więc mówiła dalej. — Sylwia była załamana. Od miesięcy czekała, aż jej chłopak się określi.

Elwira ją ciągnęła na ten wypad, a ja zgodziłam się, bo myślałam, że pomogę Sylwii jakoś wyrwać ją z dołka. A potem Oskar do nas dołączył, bo Elwira go lubi. I zrobił się bałagan. Przełknęła ślinę.

— A ten tekst o winie? Spojrzała mi w oczy z bólem. — To był głupi żart. Słaby.

Sylwia coś rzuciła o butelce. Ja odpowiedziałam, nie myśląc. Nigdy nie chciałam cię oszukać. Usiadłem wygodniej, ale w środku wciąż miałem kamień.

— Dorota, ja widziałem was razem i to, co słyszałem, naprawdę nie wyglądało jak żart. — Wiem. I dlatego ci to mówię. Wyglądało gorzej, niż było.

Ja nawet nie planowałam iść do Oskara. Okazało się, że w domu czekał na nas Marek. Ja bym zawróciła od razu, gdybym wiedziała. Zastukałem palcem w stół.

— A Oskar? On też przez przypadek trafił w sam środek tej historii? Dorota zawahała się. — Oskar sam już nie wie, co się stało.

Ilona mówiła, że jego zachowanie było dziwne, jakby ktoś go nakręcił. On twierdzi, że prawie nic nie pamięta. W tym momencie drzwi znowu się otworzyły i do salonu weszli Bartosz i Ilona. Bartosz trzymał w ręku telefon.

— Marian — powiedział. — Oskar i Marek potwierdzili pewną sprawę. Ktoś ich zachęcał, żeby poszli w wieczór z dziewczynami. Ktoś, kogo obaj kojarzą z nazwiska.

— Kto? — zapytałem. Bartosz spojrzał na mnie poważnie. — Radosław, ten z sąsiedniego działu.

Zrobiło mi się zimno. Radosław, ten, który zawsze patrzył, jakbym mu coś zabierał. Ten, który półgłosem komentował każdy mój sukces. Ten, który od miesięcy próbował wkraść się w łaski kierownika.

— Po co miałby to robić? — zapytałem, choć podskórnie wiedziałem. Ilona usiadła obok Doroty. — Bo wiedział o twoim awansie, zanim ty się dowiedziałeś.

Plotki chodzą szybko. Liczył, że jak wybuchnie wam w domu bomba, to będziesz nie do życia. Nie przyjdziesz do pracy. Może sam zrezygnujesz, a wtedy on wskoczy na twoje miejsce.

Bartosz dodał:

— Oskar przyznał, że ktoś go podpuścił, że dziewczyny będą zachwycone i że może się wykazać przed szefową działu. Tylko że on myślał, że to żart, i mówi, że wino, które im wtedy podano, smakowało inaczej. Marek potwierdził, że obaj po nim czuli się fatalnie. Dorota wciągnęła powietrze.

— Marian, widzę, jak na mnie patrzysz, ale ja naprawdę nie miałam z tym nic wspólnego. To ja byłam tylko pionkiem w całej układance. Ty też. Oparłem się na oparciu fotela i wziąłem głęboki, powolny oddech.

Układanka zaczynała wyglądać inaczej, prawdziwiej, a jednocześnie bolała tak samo. — Dorota — powiedziałem w końcu. — Ja cię wysłucham i wierzę, że nie chciałaś mnie zranić, ale jedno muszę powiedzieć jasno. Podniosła wzrok, a w jej oczach była gotowość na wszystko.

— Jeszcze jeden taki numer — powiedziałem spokojnie. — Jedna sytuacja, która choć trochę będzie wyglądała na brak szacunku, i się rozchodzimy. Nie będę żył w domysłach. Nie będę zgadywał, czy mogę ci ufać.

To koniec gier. Dorota skinęła głową natychmiast, z ulgą, która prawie złamała mi serce. — Nigdy więcej. Marian, ja nie chcę cię stracić — wyszeptała.

Ilona i Bartosz wymienili porozumiewawcze spojrzenia, po czym Ilona energicznie klasnęła w dłonie. — No dobrze, rosół stygnie. Do stołu! I wszyscy przeszliśmy do jadalni, jakby po burzy, która zwarła iskry, ale nie spaliła domu.

Siedziałem obok Doroty. Jej dłoń leżała obok mojej, niepewna, czekająca. Po chwili położyłem swoją na jej, delikatnie, powoli, nie jako deklarację, ale jako początek drogi. I wtedy zrozumiałem jedną rzecz.

Zaufanie jest jak szyba. Można ją naprawić, ale pęknięcie zostaje, a jeśli zabraknie ostrożności, rozpadnie się przy byle drgnieniu. Tego dnia oboje obiecaliśmy sobie, że będziemy jej pilnować, bo życie jest za krótkie, żeby tracić je przez cudze intrygi, a miłość, choć krucha, zasługuje na drugą szansę.