„Niech żyje Polska” – te słowa miała wypowiedzieć chwilę przed śmiercią. A przecież jeszcze kilka lat wcześniej była zwykłą dziewczyną ze wsi, pracowała na poczcie i była zaręczona. Wystarczyło…

„Niech żyje Polska” – te słowa miała wypowiedzieć chwilę przed śmiercią. A przecież jeszcze kilka lat wcześniej była zwykłą dziewczyną ze wsi, pracowała na poczcie i była zaręczona. Wystarczyło...

Dwunastego marca 1938 roku niemieckie wojska wkroczyły do Austrii bez jednego strzału. Tłumy wyległy na ulice, machały flagami i rzucały kwiaty, a dzwony kościelne biły na powitanie nowego porządku. Dla jednych była to radość i wielka zmiana, dla innych początek koszmaru. W żydowskich domach, w kręgach lewicowych i w rodzinach uznanych za wrogów reżimu strach rozprzestrzeniał się szybciej niż wieści.

Thumbnail

Ludzie tracili pracę, sąsiedzi donosili na sąsiadów, a lojalność wobec nowej władzy zaczęła otwierać drzwi do kariery tym, którzy nie mieli skrupułów. Wśród tych, których życie wywróciło się do góry nogami, była młoda kobieta ze wsi, która wkrótce miała stać się jedną z najokrutniejszych postaci w nazistowskim systemie obozów koncentracyjnych. Nazywała się Maria Mandel. Urodziła się 10 stycznia 1912 roku we wsi Münzkirchen, należącej wówczas do Austro-Węgier.

Dorastała w katolickiej rodzinie cieszącej się szacunkiem w lokalnej społeczności. Jej ojciec Franz był mistrzem szewskim i zagorzałym zwolennikiem partii chrześcijańsko-społecznej, która otwarcie sprzeciwiała się nazistom w Austrii. Matka Anna zajmowała się domem i wychowywała Marię oraz trójkę jej rodzeństwa. Kobieta cierpiała na depresję i w dzieciństwie Marii przeszła załamanie nerwowe, co odcisnęło piętno na całej rodzinie.

Maria nie miała łatwego dzieciństwa. W wieku dwunastu lat została wypisana ze szkoły, aby pomagać w gospodarstwie, co w ówczesnych wiejskich społecznościach było normą. Później ukończyła katolicką szkołę z internatem, ale mimo to nie potrafiła znaleźć stałej pracy. Przez kilka lat przeprowadzała się z miejsca na miejsce.

Pracowała jako pomoc domowa w szwajcarskim mieście Brig, ale wkrótce zatęskniła za domem i wróciła do Austrii. Potem była pokojówką w Innsbrucku, aż w końcu wróciła do rodzinnego domu, aby opiekować się rodzicami. Wreszcie znalazła stałe zatrudnienie na lokalnej poczcie i zaręczyła się z żołnierzem niemieckiej armii. Jej życie było skromne, ale stabilne i zapowiadało się całkiem zwyczajnie.

Wszystko zmieniło się w marcu 1938 roku, gdy Austria została wchłonięta przez nazistowskie Niemcy. Mandel straciła pracę z powodu politycznych poglądów swojej rodziny. Jej narzeczony zerwał zaręczyny, bo bał się, że związek z nią zaszkodzi jego karierze w nowej Rzeszy. Maria nagle znalazła się na marginesie społeczeństwa, które szybko ulegało nazistowskiej transformacji.

Szybko zrozumiała, że nowy system nagradza posłuszeństwo i bezlitośnie karze tych, którzy się nie dostosowują. We wrześniu 1938 roku opuściła Austrię i przeprowadziła się do Monachium, aby zamieszkać z wujem, który pracował jako policjant. Liczyła, że pomoże jej znaleźć pracę w policji, ale żadne stanowisko nie było wolne. Wujek zaproponował jej więc inną drogę: złożyć podanie o pracę w obozie koncentracyjnym Lichtenburg w Prettin.

Później twierdziła, że przyjęła tę posadę tylko dlatego, że płacono tam lepiej niż w zawodzie pielęgniarki, i że nie miała pojęcia, czym są obozy koncentracyjne. Piętnastego października 1938 roku rozpoczęła pracę jako strażniczka w Lichtenburgu, jednym z pierwszych obozów prowadzonych przez SS. W tym czasie przetrzymywano tam wyłącznie kobiety. Mandel przeszła szkolenie ideologiczne, złożyła przysięgę lojalności wobec partii nazistowskiej i Adolfa Hitlera.

W szkoleniu uczestniczyła razem z kuzynką Marią Gruber, która jednak szybko zrezygnowała, zniesmaczona przemocą panującą w obozie. Maria Mandel natomiast nie tylko przystosowała się do nowych warunków, ale wręcz zaczęła czerpać z nich satysfakcję. Według zeznań ocalałych więźniarek, Emilie Noy i Liny Haag, Mandel od samego początku znęcała się nad więźniarkami. Biczowała je, biła i zmuszała do wyczerpujących ćwiczeń fizycznych.

W jednym z udokumentowanych przypadków wielokrotnie uderzyła więźniarkę metalowym kluczem, aż ta straciła przytomność. Potem przeciągnęła nieprzytomną kobietę przez cały obóz i wrzuciła do izolatki. Piętnastego maja 1939 roku Mandel została przeniesiona do obozu koncentracyjnego Ravensbrück, głównego obozu dla kobiet w nazistowskim systemie. Przez cały okres jego istnienia przeszło przez niego ponad sto trzydzieści tysięcy kobiet, z których większość nie przeżyła.

W Ravensbrück Mandel patrolowała teren z psem. Jeśli ktoś jej się nie spodobał, napuszczała zwierzę na więźniarkę, aż ta została rozszarpana na kawałki. Więźniarki znały ją dobrze. Gdy tylko zobaczyły ją z daleka, szeptały sobie ostrzeżenie, że nadchodzi Mandel, i zapadała cisza.

Zawsze nosiła przy sobie bicz i bez wahania biła nim kobiety po całym ciele, a także kopała je. Pewnego razu brutalnie pobiła więźniarkę, która odważyła się podnieść resztki jedzenia z ziemi. Innym razem w korytarzu w pobliżu cel zaatakowała starszą kobietę, bijąc ją i kopiąc tak długo, aż ta upadła na kamienną podłogę i zmarła. To nie przeszkodziło Mandel; kopała dalej, nawet gdy ciało już nie reagowało.

Zamykała więźniarki w ciemnych celach, zakładała im kaftany bezpieczeństwa i biła do utraty przytomności. Jej obecność na apelach należała do najgorszych koszmarów, jakie musiały znosić więźniarki. Wczesną wiosną i jesienią, gdy ziemię pokrywał szron, zakazywała kobietom noszenia butów. Mogły je wkładać tylko podczas pracy, a przez resztę czasu musiały chodzić boso.

Więźniarki często stały boso na apelu od czwartej nad ranem aż do szóstej. Jeśli starsza kobieta próbowała włożyć pod stopy kawałek papieru, aby choć trochę złagodzić ból, Mandel biła ją pięściami i kopała do nieprzytomności. Pobite ofiary trafiały potem do ciemnej celi lub bloku karnego. Pierwszego września 1939 roku wybuchła II wojna światowa.

Niemcy zaatakowały Polskę, a system obozów koncentracyjnych stał się centralnym elementem okupacji i polityki masowych mordów. W 1942 roku kierownictwo SS podjęło decyzję o utworzeniu dużego obozu dla kobiet w Auschwitz. Mandel otrzymała awans i została przeniesiona do Birkenau, gdzie objęła stanowisko nadzorczyni obozu kobiecego. W Birkenau Mandel miała niemal nieograniczoną władzę.

Jej jedynym przełożonym był komendant obozu Rudolf Höß, który całkowicie jej ufał. Kontrolowała wszystkie strażniczki, a także tysiące więźniarek. To ona decydowała, kto przeżyje, a kto zginie. Według ocalałej Anity Lasker-Wallfisch, Mandel często stała przed bramą obozu, podczas gdy więźniarki ustawiały się w szeregu.

Jeśli któraś z nich nawiązała z nią kontakt wzrokowy, była natychmiast wyciągana z tłumu i skazywana na śmierć. Co tydzień podpisywała listy śmierci. Szczególnym okrucieństwem wykazywała się wobec żydowskich i polskich więźniarek. Wyrywała dzieci z rąk matek i wysyłała je na śmierć.

Kiedy matki próbowały podążać za swoimi dziećmi, biła je tak długo, aż padały na ziemię. Jednocześnie Mandel była uosobieniem sprzeczności nazistowskiego systemu. To ona zorganizowała słynną kobiecą orkiestrę w Auschwitz, powstałą w 1943 roku z więźniarek obozu. W ten cyniczny sposób wprowadziła muzykę do miejsca stworzonego do masowego mordu.

Więźniarki grały, podczas gdy inni maszerowali na przymusowe roboty, wracali wyczerpani albo byli prowadzeni na śmierć. W każdą niedzielę orkiestra dawała także koncerty dla personelu SS. Dzięki przynależności do orkiestry niewielka liczba kobiet przeżyła obóz, podczas gdy miliony innych zginęły. Pod rządami Mandel kultura i zabijanie istniały obok siebie w najbardziej przerażający sposób.

Jesienią 1944 roku, gdy Armia Czerwona nacierała na wschodzie, Mandel została przeniesiona do kompleksu obozów w Mühldorfie, podobozu Dachau. Przybyła tam w grudniu. W Mühldorfie więźniowie pracowali aż do śmierci przy budowie podziemnych fabryk niemieckich samolotów odrzutowych, takich jak Messerschmitt Me 262. Warunki były potworne: brak jedzenia, brak opieki medycznej, ekstremalna śmiertelność.

W tym brutalnym miejscu Mandel nawiązała intymną relację z komendantem obozu Walterem Adolfem Langleistem. Gdy wiosną 1945 roku alianci zbliżali się coraz bardziej, Mandel i Langleist uciekli. Mandel wkrótce pojawiła się w swoim rodzinnym Münzkirchen. Ojciec nie pozwolił jej zostać w domu rodzinnym, więc schroniła się u siostry.

Dziesiątego sierpnia 1945 roku została aresztowana i osadzona w byłym obozie koncentracyjnym Dachau, gdzie przesłuchiwali ją Amerykanie. Następnie została przekazana Polsce. Osadzono ją w Krakowie. W czasie pierwszego procesu oświęcimskiego przed Najwyższym Trybunałem Narodowym, który rozpoczął się 24 listopada 1947 roku, na ławie oskarżonych zasiadło czterdzieścioro czworo członków SS.

Mandel była jedną z zaledwie pięciu kobiet postawionych w stan oskarżenia. Świadkowie szczegółowo opisywali jej bicie, selekcje i morderstwa. Początkowo zaprzeczała swojej winie, ale później przyznała się do odpowiedzialności. Na podstawie listów śmierci podpisanych jej nazwiskiem oszacowano, że była współodpowiedzialna za śmierć około pięciuset tysięcy osób.

Dwudziestego drugiego grudnia 1947 roku Najwyższy Trybunał Narodowy w Krakowie skazał Marię Mandel na śmierć przez powieszenie. Kobieta błagała o łaskę, prosiła o ułaskawienie, ale prezydent Bolesław Bierut odrzucił jej prośbę. W dniach poprzedzających egzekucję płakała, modliła się w celi i zamknęła się w sobie. Dwudziestego czwartego stycznia 1948 roku, w wieku trzydziestu sześciu lat, Maria Mandel została powieszona jako ostatnia osoba ze swojej grupy, skazana tego samego dnia.

Prawdopodobnie widziała wcześniejsze egzekucje, bo stawiała największy opór ze wszystkich skazanych. Podczas egzekucji panowała osobliwa, groteskowa atmosfera. Prokurator, strażnicy więzienni i dyrektor więzienia byli pod wpływem alkoholu. Mandel krzyczała i szarpała się, gdy strażnicy siłą ciągnęli ją przez dziedziniec w stronę szubienicy.

Śmiali się z niej i szydzili. W pewnym momencie kobieta zamknęła oczy i wypowiedziała swoje ostatnie słowa: „Niech żyje Polska”. Mimo to nadal stawiała opór, aż w końcu zakończono egzekucję. O godzinie 7:32 rano uznano ją za zmarłą.

Kilka godzin później ciało Mandel przewieziono do Akademii Medycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie przez sześć tygodni służyło studentom do celów eksperymentalnych. Szóstego marca 1948 roku zwłoki pochowano na cmentarzu Rakowickim w Krakowie, w drewnianej trumnie i w nieoznakowanym miejscu. Ojciec Mandel wiedział o zbrodniach córki i nie odezwał się po jej ciało, nie chciał, aby wróciła do rodzinnej ziemi. Matka Marii już nie żyła, ale jeszcze za życia modliła się o wieczny spokój duszy córki.

Modlitwy jednak nie mogły wymazać tego, co kobieta uczyniła. Nie mogły przywrócić życia setkom tysięcy ludzi, którzy zginęli przez jej decyzje. Maria Mandel, zwykła wiejska dziewczyna, która kiedyś pracowała na poczcie i marzyła o spokojnym życiu, stała się jedną z najbardziej przerażających postaci w historii, a jej imię na zawsze pozostało synonimem bezgranicznego okrucieństwa.