Niedziela, 29 kwietnia 1945 roku. Na tydzień przed końcem wojny w Europie żołnierze 45. Dywizji Piechoty Siódmej Armii Stanów Zjednoczonych wkraczają do Dachau – pierwszego obozu koncentracyjnego zbudowanego przez nazistów. Zanim jeszcze zobaczą cokolwiek, czują zapach.

To nie jest zwykły odór ludzkich odchodów. To smród rozkładających się ciał, tak potężny, że wielu weteranów, którzy przeszli już niejedną bitwę, wymiotuje albo płacze na widok stosów wychudzonych zwłok. Przed bramą stoją trzydzieści dwa wagony kolejowe wypełnione tysiącami martwych ciał. Wewnątrz obozu żyje jeszcze około trzydziestu tysięcy ludzi, ale większość z nich wygląda jak chodzące szkielety.
Są tak niedożywieni, że trudno uwierzyć, iż wciąż oddychają. Tysiące są chore na tyfus i głód. Wielu umrze w ciągu najbliższych miesięcy, mimo że wojna już się dla nich skończyła. Żołnierze są wstrząśnięci i wściekli.
Więźniowie, którzy przetrwali lata upokorzeń i znęcania się, pragną zemsty. A ta zemsta wkrótce nadejdzie. Jej ofiarą padnie między innymi ostatni komendant Dachau – Heinrich Wicker. Wicker urodził się 30 czerwca 1921 roku w Gausbach, małej miejscowości w Republice Weimarskiej.
Jego ojciec był sprzedawcą, a rodzina mieszkała w dzielnicy Mühlburg w Karlsruhe. Heinrich chodził do szkoły podstawowej, a potem przez trzy lata do szkoły handlowej, bo chciał zostać kupcem. Kiedy Adolf Hitler został kanclerzem Niemiec w styczniu 1933 roku, Heinrich miał zaledwie dwanaście lat. W tym samym roku chłopiec wstąpił do Hitlerjugend.
Organizacja ta, kierowana przez Baldura von Schiracha, była głównym narzędziem indoktrynacji młodzieży ideologią nazistowską. Na początku 1933 roku liczyła około stu tysięcy członków. Pod koniec roku było ich już ponad dwa miliony. Żydzi nie mieli wstępu.
Paramilitarna struktura miała szkolić chłopców na przyszłych żołnierzy i bojowników. Wicker szybko awansował. W 1936 roku, jako piętnastolatek, został przywódcą Jungvolk – sekcji Hitlerjugend dla chłopców w wieku od dziesięciu do czternastu lat. Rok później, mając szesnaście lat, Wicker wstąpił do SS.
Przydzielono go do 1. Dywizji Pancernej SS Totenkopf, szkolonej w Dachau, która ochraniała obóz koncentracyjny. Tam przeszedł szkolenie wojskowe. Sam obóz w Dachau, położony w pobliżu Monachium, powstał w marcu 1933 roku.
Był pierwszym nazistowskim obozem koncentracyjnym. Pierwsze transporty więźniów przybyły 22 marca. Kilka miesięcy później komendant Theodor Eicke wprowadził zbiór przepisów nakładających brutalne kary na więźniów za najmniejsze przewinienia. Eicke uczynił z Dachau wzór dla wszystkich późniejszych obozów.
Stał się też szkołą przemocy dla strażników SS, którzy później obsadzali cały system obozowy. Początkowo obóz mógł pomieścić pięć tysięcy więźniów. Trafiali tam głównie niemieccy komuniści, socjaldemokraci, związkowcy i inni przeciwnicy reżimu. Z czasem dołączyli Świadkowie Jehowy, Romowie i Sinti, homoseksualiści, recydywiści oraz ci, których naziści nazywali „aspołecznymi”, bo nie chcieli lub nie mogli podjąć płatnej pracy.
1 września 1939 roku Niemcy zaatakowały Polskę. Wicker brał udział w tej inwazji. Walczył także podczas ataku na Francję, Belgię, Luksemburg i Holandię, który rozpoczął się 10 maja 1940 roku i przeszedł do historii jako bitwa o Francję. Rok później Niemcy uderzyły na Związek Radziecki.
W 1942 roku, podczas ciężkich walk pod Demiańskiem, Wicker został poważnie ranny. Wrócił do zdrowia, ale nie uznano go za zdolnego do służby na froncie. Na początku 1943 roku trafił do jednostek szkoleniowych SS dla ochotników z okupowanych krajów, stacjonujących w austriackim Grazu. Od sierpnia do listopada tego samego roku uczęszczał do szkoły SS-Junker w Bad Tölz.
Szkoły Junker były ośrodkami szkoleniowymi dla kandydatów na oficerów SS. Heinrich Himmler chciał, aby kształciły elastycznych oficerów, gotowych wykonać każde powierzone im zadanie – czy to jako policjanci w obozach koncentracyjnych, czy jako żołnierze w oddziałach bojowych. Program opierał się na indoktrynacji politycznej i ideologicznej. Nie liczono tam osiągnięć akademickich, jak w West Point.
Kładziono nacisk na urabianie charakteru: poczucie wyższości rasowej, lojalność wobec towarzyszy o podobnych poglądach, bezwzględność i twardość. W listopadzie 1943 roku Wicker, teraz już Oberscharführer, czyli odpowiednik sierżanta, został przeniesiony do Głównego Urzędu Gospodarczego i Administracyjnego SS. 30 stycznia 1944 roku, mając dwadzieścia dwa lata, awansował na Untersturmführera, co odpowiadało stopniowi podporucznika. W połowie 1944 roku otrzymał przeniesienie do obozu koncentracyjnego Natzweiler-Struthof i przejął dowództwo nad Bruttig-Treis, podobozem położonym w pobliżu niemieckiego Kochem.
Obóz ewakuowano 15 września 1944 roku. W grudniu Wicker został komendantem podobozu Mannheim-Sandhofen. Ten obóz, podlegający Natzweiler-Struthof, działał od września 1944 do marca 1945 roku. Znajdował się w dzielnicy Sandhofen i mieścił około tysiąca więźniów, głównie politycznych, pochodzących z różnych krajów Europy.
Ludzi zakwaterowano w budynku miejscowej szkoły. Pracowali przymusowo w pobliskich fabrykach, w tym w zakładach Daimler-Benz, gdzie naprawiano i produkowano samoloty. Warunki były ciężkie: brakowało jedzenia, panowały fatalne warunki sanitarne, a brutalne traktowanie prowadziło do licznych zgonów. Jednym z pierwszych oficjalnych działań Wickersa w Mannheim było stracenie w styczniu 1945 roku więźnia z Warszawy, Mariana Krajewskiego.
Oskarżono go o rzekomą dywersję w fabryce. Na egzekucję Wicker zaprosił pięciu przedstawicieli zakładów Daimler-Benz. Pod koniec wojny Wicker prowadził też marsze śmierci. Były to przymusowe ewakuacje więźniów w głąb terytorium kontrolowanego przez Niemcy, przeprowadzane w miarę postępów wojsk alianckich.
Ludzie osłabieni głodem, chorobami i znęcaniem się musieli pokonywać długie dystanse w mrozie, bez jedzenia, wody i schronienia. Kto nie nadążał, został rozstrzelany przez strażników. Dziesiątki tysięcy więźniów zginęły na tych trasach z wycieńczenia, wychłodzenia lub od kul. Podczas jednego z marszy, który Wicker prowadził w marcu 1945 roku, zginęło stu siedemdziesięciu więźniów – zamordowani lub zmarli z wyczerpania.
28 kwietnia 1945 roku Wicker przejął dowództwo nad obozem głównym w Dachau. Poprzedni komendant, Martin Gottfried Weiss, wycofał się tego samego dnia przed nacierającymi Amerykanami. Wicker miał plan: poddać obóz Amerykanom. Pomógł mu w tym Viktor Maurer, delegat Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża.
Maurer przekonał go, żeby nie uciekał i nie ewakuował więźniów, bo to oznaczałoby ich nieuchronną śmierć. Namówił go, by przekazał cały obóz armii amerykańskiej. 29 kwietnia Wicker, zdając sobie sprawę z beznadziejnej sytuacji, przekazał obóz generałowi Henningowi Lindenowi z 42. Dywizji Piechoty Siódmej Armii Stanów Zjednoczonych.
Amerykańskie oddziały, które wyzwoliły Dachau, miały za sobą ciężkie walki, poniosły tysiące ofiar i były zaprawione w boju. Ale żadne wcześniejsze doświadczenie nie przygotowało ich na to, co zobaczyli. Pierwszą wskazówką był zapach. Gdy żołnierze zbliżyli się do obozu, natknęli się na pociąg złożony z około czterdziestu wagonów, wypełnionych ciałami w różnym stadium rozkładu.
Wtedy zrozumieli, skąd pochodzi ten obezwładniający smród śmierci. Kiedy generał Linden zapytał Wickersa o pociąg pełen zwłok, ten – komendant od niespełna dwóch dni – wyparł się wiedzy o pociągu i o innych okrucieństwach popełnionych w obozie. Wewnątrz żołnierze znaleźli jeszcze więcej ciał. Często nagich, leżących tam, gdzie umarli – na kilka godzin lub dni przed wyzwoleniem.
Czasami zwłoki ułożone były jedne na drugich, jak drewno na opał. Dla wielu żołnierzy widok tych bestialskich czynów nadał wojnie nowe znaczenie. Zrozumieli, że nie walczą tylko z wrogiem, ale z czystym złem. Pojmani członkowie SS zostali zaprowadzeni na plac składu węgla.
Żołnierze amerykańscy kazali im ustawić się wzdłuż muru, przy wieży strażniczej. Nagle porucznik Walsh krzyknął: „Dajcie im popalić”. Żołnierze otworzyli ogień z karabinów, pistoletów i karabinu maszynowego kalibru 30. Po trzydziestu sekundach intensywnej strzelaniny nazistowscy strażnicy leżeli martwi.
Ale to nie był koniec. Walenty Lenarczyk, były więzień Dachau, wspominał później, że po wyzwoleniu więźniowie rzucili się na druty, łapali Amerykanów i podnosili ich na ramiona. Inni więźniowie chwytali jednak esesmanów. Zemsta zaczęła się, gdy tylko schwytano strażników SS.
Lenarczyk opowiadał, że jeden z więźniów odepchnął łokciem jednego czy dwóch współwięźniów, żeby zrobić sobie drogę. Potem więźniowie powalili esesmanów na ziemię. Nikt nie widział, czy zostali stratowani, ale zginęli. W innych częściach obozu esesmani, kapo i donosiciele byli brutalnie bici pięściami, kijami i łopatami.
Co najmniej raz żołnierze amerykańscy odwrócili wzrok, gdy dwóch więźniów zatłukło niemieckiego strażnika łopatą. Porucznik Bill Walsh był świadkiem jednego z takich pobić. Inny żołnierz widział, jak więzień kopał twarz esesmana, dopóki – jak sam powiedział – „nie zostało z niej wiele”. Kiedy żołnierz powiedział mu: „Ma pan w sercu dużo nienawiści”, więzień tylko skinął głową.
Do dziś nie wiadomo dokładnie, ilu strażników SS zginęło w Dachau tego dnia. Szacunki wahają się od trzydziestu do pięćdziesięciu. Heinrich Wicker nie miał więcej szczęścia niż jego podwładni. Istnieją dwie sprzeczne wersje jego śmierci.
Według jednej został stracony przez amerykańskich żołnierzy. Według drugiej – dwudziestotrzyletni Wicker został pobity na śmierć przez więźniów obozu. Podobno jego zwłoki wrzucono później do krematorium, razem z ciałami innych więźniów.
Ironiczny koniec ostatniego komendanta pierwszego obozu koncentracyjnego utworzonego przez rząd nazistowski.


