Gdy mój syn wrócił ze szkoły, trzasnął drzwiami i powiedział: „Tato, dlaczego na naszym boisku są tabliczki z czaszką?”. Zamarłem. Mieszkamy w małym miasteczku na wschodzie Polski, spokojnym jak…

Gdy mój syn wrócił ze szkoły, trzasnął drzwiami i powiedział: „Tato, dlaczego na naszym boisku są tabliczki z czaszką?”. Zamarłem. Mieszkamy w małym miasteczku na wschodzie Polski, spokojnym jak...

W 1997 roku wydawało się, że era min przeciwpiechotnych definitywnie się skończyła. Międzynarodowa społeczność stanęła wówczas za traktatem zakazującym tej broni bez wyjątków, luk i zastrzeżeń. Jody Williams, koordynatorka kampanii na rzecz walki z minami, mówiła wtedy o sukcesie w rozwiązywaniu kryzysu humanitarnego, jaki miny wywoływały na całym świecie. Mike Croll w swojej książce z 2008 roku „Landmines in War and Peace” napisał w jednym z ostatnich akapitów: „Dobra wiadomość jest taka, że miny przechodzą do historii”.

Thumbnail

Sam znał temat od podszewki – przez sześć lat służył w brytyjskiej jednostce saperskiej i wiedział, czym jest ta podstępna, ukryta broń, która zabija jeszcze długo po zakończeniu wojny. Ale od 2008 roku wiele się zmieniło. Miny wracają na pole walki. Dlaczego broń tak groźna, że zbiera żniwo dekady po ostatnim strzale, wraca właśnie teraz?

Dlaczego nie udało się jej skończyć raz na zawsze? Żeby to zrozumieć, trzeba zacząć od początku – od historii wprowadzenia min i oporu wobec ich użycia. 29 marca 1862 roku gazeta „Harper’s Weekly” grzmiała o nowym typie broni używanej przez wojska Konfederacji. Reporter opisywał ładunki wybuchowe poukrywane na opuszczonych pozycjach wojsk południa, w drewnianych pudełkach.

Efekt można sobie wyobrazić – całe oddziały mogły zostać wysadzone w powietrze bez szansy na ratunek. Na szczęście te diaboliczne plany odkryto na czas. Torpedami nazywano wówczas wszystkie rodzaje ładunków wybuchowych i pułapek – także te rozstawiane na rzece Missisipi, które miały eksplodować przy kontakcie ze statkami. I od razu doczekały się potępienia po stronie Unii.

Za ten typ broni odpowiadał właściwie jeden człowiek – generał Gabriel J. Rains. Tłumaczył później, że podstęp jest sztuką wojny, a efekt tych „podziemnych pocisków”, jak sam je nazywał, demoralizuje przeciwnika i spowalnia jego marsz, co ratuje życie żołnierzy Konfederacji, w tym rannych i chorych, których trzeba było ewakuować przed wpadnięciem w ręce wroga. Jeśli podstęp jest sztuką wojny, to mina przeciwpiechotna jest jej wielkim arcydziełem.

Trudno o coś bardziej podstępnego niż ładunek, który wybucha w wyniku działania samej ofiary. Te pierwsze miny w większości były improwizowanymi bombami, często opartymi na pociskach artyleryjskich. Ich prostota i zawodność utrudniały wprowadzenie konkretnej doktryny. Szacuje się, że w całej wojnie secesyjnej Konfederacja użyła około dwóch tysięcy min różnego typu.

Rains instynktownie czuł jednak, gdzie naprawdę kryje się ich skuteczność – nie w walce stacjonarnej czy oblężniczej, ale właśnie jako sposób na utrudnienie ruchu przeciwnika. Zalecał zaminowywanie dróg, którymi mogły poruszać się mniejsze oddziały wroga. Już wtedy pojawiały się kontrowersje, czy taki ładunek nie zagraża zarówno sojusznikom, jak i cywilom. Generał Sherman użycie tego podstępu nazwał po prostu morderstwem i bez oporów kierował jeńców do rozbrajania min, a właściwie do ich odpalenia.

Już u zarania nowoczesnej wojny miny wzbudzały wątpliwości zarówno po stronie użytkownika, jak i odbiorcy. Od czasu wojny krymskiej aż do lat siedemdziesiątych XIX wieku doszło do poważnej zmiany w postrzeganiu wojny. Po raz pierwszy skutki przełomów technologicznych mogły być pieczołowicie opisywane przez reporterów i obserwatorów. Dzięki czasopismom takim jak „Harper’s Weekly” czytelnicy niemal dzień po dniu otrzymywali szczegółowe opisy bitew, podjazdów i oblężeń.

Wojna trafiała do domów zwykłych ludzi. Nic dziwnego, że zainteresowanie losem żołnierzy – zaginionych i rannych – prowadziło do prób wypracowania zasad prowadzenia wojny. W 1899 roku w Hadze dyplomaci rozmawiali o zagrożeniach wynikających z użycia gazów duszących czy amunicji dum-dum. Temat podstępnych ładunków był wówczas nieobecny.

Co może dziwić, to fakt, że nawet I wojna światowa nie była epoką masowo produkowanych min. Było na to za wcześnie. W realiach wojny okopowej ziemia niczyja była już wystarczająco niebezpieczna, by dodatkowo wypełniać ją pułapkami. Wystarczyły karabiny maszynowe i wszechobecna artyleria.

Obie strony chciały też zachować pole manewru do kontrataków. Do tego eksplozje pocisków artyleryjskich powodowałyby wybuchy zakopanych min. Przy wojnie skrajnie stacjonarnej skuteczność takich pułapek musiała być niewielka. Dopiero w Afryce, na terenie dzisiejszej Tanzanii i Namibii, niemiecki dowódca Paul von Lettow-Vorbeck skutecznie wykorzystywał improwizowane miny do ograniczenia ruchu przeważających sił przeciwnika.

To nie okopy i oblężenia stały się domeną min, ale defensywa w realiach wojny mobilnej. Już podczas wojny secesyjnej zauważono, że miny kanalizują ruch wroga, utrudniają postępy i dają obrońcy czas na reakcję. To właśnie Niemcy po I wojnie światowej mieli najbardziej przyłożyć się do wypracowania doktryny masowego użycia min. Nic dziwnego – pierwsi poczuli presję nowej formy wojny, wojny pancernej.

Improwizowane miny miały okazać się jednym z pierwszych narzędzi do zwalczania brytyjskich czołgów. Obecność min przeciwpancernych w dłuższej perspektywie oznaczała konieczność użycia min przeciwpiechotnych. Dlaczego? Bo ochrona oparta tylko na jednym środku jest zawsze wrażliwa.

Do skutecznej defensywy potrzebne są zazębiające się metody tworzące fortyfikacje. Po co pole minowe, skoro piechota wroga mogłaby łatwo przeprowadzić pojazdy i wytyczyć w nim ścieżki? Po brutalności I wojny światowej, która przekroczyła wszystkie przyjęte skale, głównym tematem międzynarodowych konferencji pozostawała kwestia gazów i substancji chemicznych. Pojawiła się jednak sugestia nadchodzących problemów.

Na terenie Francji i Belgii regiony, przez które latami przechodziły setki tysięcy żołnierzy, uznano za strefę nie nadającą się do życia. Problem wynikał z milionów wystrzelonych pocisków artyleryjskich, z których niewielki procent nigdy nie eksplodował. Wbijały się w ziemię, uzbrojone, stanowiąc ryzyko dla przyszłych pokoleń. W 2014 roku w Ypres zginęło dwóch budowlańców w wyniku eksplozji ładunku z I wojny światowej.

Jeszcze w 2019 roku belgijscy saperzy raportowali rozbrojenie dwustu ton niewybuchów, a rolnicy mówili o „żelaznych żniwach” – natrafianiu na pozostałości wojny podczas pracy w polu. W latach dwudziestych Niemcy zaczęli opracowywać prawdziwie nowoczesne doktryny wykorzystania min. Zaczęli od Tellermine 29, miny przeciwpancernej o charakterystycznym kształcie talerza, by sześć lat później ulepszyć ją do modelu Tellermine 35. Równolegle pojawiła się potrzeba min przeciwpiechotnych, które miały uzupełniać te przeciwpancerne.

W ten sposób obok Tellermine 35 rozpoczęto produkcję miny przeciwpiechotnej S-Mine. To podczas ofensywy na Sarre we wrześniu 1939 roku francuscy żołnierze stali się pierwszymi ofiarami tego wynalazku. Skuteczne użycie min zauważyły wszystkie strony konfliktu podczas wojny zimowej. Produkcja min oraz środków do ich wykrywania i zwalczania weszła na nowy poziom.

Niemcy mieli odczuć efekt tej broni na własnej skórze – Rosjanie podczas operacji Barbarossa użyli niezliczonych min, zarówno do wsparcia pozycji obronnych, jak i do spowalniania postępów Wehrmachtu. Generał Erhard Raus w powojennym raporcie zwracał uwagę: „Rosjanie używali dużych ilości min. Z reguły układali ochronny pas min o szerokości od ośmiu do dziesięciu metrów przed większością przednich okopów. Mocno zaminowywali teren najdogodniejszy dla wroga do podchodzenia.

W głębi punktu oporu rozkładali miny w najmniej spodziewanych miejscach. Gdy zamierzali poddać obszar, stosowali liczne sztuczki – mocowali ładunki z zapalnikami naciskowymi do porzuconych kuchni polowych, broni, ciał poległych, nagrobków. Instalowali miny pod schodami i podłogami oraz pułapki w porzuconych ciężarówkach”. Tylko w Niemczech w 1940 roku wyprodukowano trzy miliony min różnego rodzaju.

Nasycenie ziemi ładunkami miało jednak rosnąć wraz z przechodzeniem III Rzeszy do wojny defensywnej – do poziomu czterdziestu milionów sztuk w 1944 roku. Skuteczność minowania najlepiej było widać w Afryce, gdzie ogromne przestrzenie kontrastowały z niewielkimi siłami armii. Linie obronne ciągnące się w głąb Sahary obsadzone były przez stosunkowo nieliczne siły otoczone licznymi polami minowymi, by opóźnić ofensywę wroga na tyle, by przeprowadzić koncentrację odwodów. W maju 1942 roku Brytyjczycy szacowali, że potrzebowaliby dwóch godzin na zebranie rezerw pancernych w odpowiednim miejscu przy natarciu Rommla na linii Gazali.

Pędzące przez pustynię armie nie miały też czasu na rozminowywanie pozostawionych daleko za sobą linii obronnych. Rommel w swoich dokumentach zostawił wzmiankę, że podczas przygotowania jednej linii obronnej przy mieście Buerat użyto osiemdziesięciu tysięcy min. Na drugim końcu znalazła się kampania włoska. Teren poprzecinany wzgórzami i górami, pełen dolin i dramatycznych zboczy, umożliwiał łatwe zaminowanie nielicznych podejść.

Amerykanie podczas kampanii o Monte Cassino odpowiedzieli zwiększeniem przydziału wykrywaczy min – każdy batalion miał dostać ich siedemdziesiąt dwa, a nie jak wcześniej osiemnaście. Co trzeci amerykański czołg na froncie włoskim poniósł uszkodzenia od min przeciwpancernych. Trudno szukać w czasie II wojny światowej obiektywnie najbardziej podłego sposobu na śmierć, ale dla wielu żołnierzy alianckich miny należały do czołówki znienawidzonych broni. Jeden z oficerów wspominał: „Pole minowe było rzeczą, której nienawidziłem najmocniej.

To było coś, co napędzało ci stracha. To niesamowite uczucie, ponieważ jest to coś nie do zauważenia. Jest i nie ma”. Statystyki amerykańskich strat ujawniają pełną cenę tej broni – miny odpowiadały za 2,3 procent wszystkich strat w zabitych w akcji.

Nie mało, ale na tle 32 procent od kul i 50 procent od artylerii nie robiło wielkiego wrażenia. Jednak udział w zgonach od ran wynosił 4,3 procent, a w ranach niepozbawiających życia 3,4 procent. Co więcej, rywalizacja min i środków wykrywania doprowadziła Niemców do stworzenia min nie zawierających metalu, trudnych do wykrycia – na przykład ze szkła. Do dziś w Parku Narodowym Eifel na granicy z Belgią znajdują się ogrodzone tereny, które mają być pełne szklanych min.

Mimo to, w realiach szalenie brutalnej wojny, po doświadczeniach I wojny światowej, po Hiroszimie i Nagasaki, przy bombardowaniach przynoszących dziesiątki tysięcy ofiar jednego dnia, podstępność min nie trafiała na listę priorytetów. Ale to miny pozostawały największym zagrożeniem życia po 1945 roku. Były jak stale narastające odsetki od działań wojennych. Zwycięzcy po wojnie przeprowadzili operacje usuwania min, głównie niemieckich.

Amerykański 10. batalion saperów w ciągu szesnastodniowej operacji na północ od Neapolu zabezpieczył dwadzieścia tysięcy ładunków kosztem piętnastu zabitych i czterdziestu dwóch rannych. Ale wracał też stary pomysł generała Shermana – to Niemcy powinni rozbrajać własne ładunki. Konwencja haska z 1907 roku zaznaczała wprawdzie, że prace, do których można kierować jeńców wojennych, nie będą miały związku z działaniami wojennymi, a konwencja genewska z 1929 roku precyzowała, że praca jeńców musi być bezpieczna.

Ale wielkie potęgi zdecydowały, że w obliczu licznych zbrodni III Rzeszy niemieccy jeńcy mogą zostać wykorzystani do odbudowy Europy – w tym do usuwania min. Tylko we Francji między 1945 a 1948 rokiem pracowało czterdzieści osiem tysięcy jeńców, którzy rozbroili trzynaście milionów min. Zginęło tysiąc siedemset dziewięć osób, a kolejne trzy tysiące zostało rannych. Temat zakazania samych min był jeszcze nieobecny.

Jeśli coś budziło kontrowersje, to właśnie wykorzystywanie jeńców do rozbrajania ładunków. Trzecia konwencja genewska z 1949 roku precyzowała zasady humanitarnego traktowania jeńców. Artykuł 52 podkreślał, że rozbrajanie ładunków jest pracą niebezpieczną, choć pozostawiono przedziwną lukę – jeniec mógł zgłosić się do takiej pracy na ochotnika. Zbiorcze dane z różnych krajów Europy wskazywały, że mniej więcej na dwa tysiące rozbrojonych min przypadał jeden ranny lub zabity.

Proces rozminowywania trwał wszędzie – na plażach Wielkiej Brytanii, w Polsce, we Francji, w Danii. Ale nawet na oczyszczonych terenach nadal zdarzały się wypadki. 13 maja 1955 roku pięciu młodych angielskich chłopców zginęło w eksplozji miny podczas spaceru po plaży w miasteczku Southwold. Po jednym z nich całkowicie zaginął ślad – uznano, że wybuch cisnął jego ciało do morza.

Choć za wypadek odpowiadała prawdopodobnie mina morska wyrzucona na brzeg przez przypływ, wydarzenie to przypominało, że wojenna pułapka może zabić nawet dziesięć lat po wojnie – chłopców, którzy urodzili się już po jej zakończeniu. Na dalekich, peryferyjnych frontach nigdy nie rozminowano większości ładunków. Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża dopiero w latach pięćdziesiątych podjął pierwsze próby rozmów o ograniczeniu użycia min na polu walki. Sprawę zepchnęły na dalszy plan wojny w Azji – Brytyjczycy i Amerykanie używali przecież środków chemicznych.

Dopiero po roku 1973 połączony temat Agent Orange i napalmu stał się pretekstem do rozmów o przyszłości nowoczesnej wojny. MKCK powołał grupę ekspercką, która obradowała nad potencjalnym zakazem używania między innymi niewykrywalnych min. Stopniowo doprowadziło to do powstania Konwencji o zakazie lub ograniczeniu użycia pewnych broni konwencjonalnych, które mogą być uważane za powodujące nadmierne cierpienia lub mające niekontrolowane skutki – w skrócie CCW. Tekst przygotowano 10 października 1980 roku, a w drugim protokole dodano precyzyjne zasady korzystania z min i pułapek.

Na razie broń ta nie miała być zakazana, ale używana wyłącznie przeciwko celom militarnym. Zapisy precyzowały, że ładunków nie można instalować przy zwłokach poległych, przy pożywieniu, przy zabytkach czy przedmiotach związanych z kultem religijnym. Miny miały podlegać konkretnym zasadom używania, a strony używające min miały obowiązek zapisywania ich rozmieszczenia i rozbrajania własnych ładunków. Wiele zapisów było mglistych – na przykład te mówiące o podjęciu wszelkich środków ostrożności, by miny nie zagroziły cywilom.

Te porozumienia mogą dziś wydawać się naiwne, ale wyznaczały kierunek międzynarodowego konsensusu. W sytuacjach teoretycznych wojskowi zgadzali się, że ich celem nie jest atakowanie cywilów. Ale rzeczywistość zawsze weryfikowała takie sądy. Atmosfera końca zimnej wojny pozwalała na zaostrzanie zasad.

Proces przyspieszył po wojnie w Bośni, gdzie wszystkie strony konfliktu używały miny PROM-1, bardzo podobnej do niemieckiej S-Mine. Linie frontu na Bałkanach przebiegały tak nieregularnie, jak nieregularne były granice etnicznych wpływów. Do 1995 roku miny utworzyły szaloną siatkę, tylko częściowo pokrywającą się z granicami Republiki Serbskiej i Federacji Bośni i Hercegowiny. Po wojnie powtarzał się znany scenariusz – miny zbierały żniwo w postaci żyć saperów i cywilów.

To właśnie krwawa wojna na kontynencie europejskim przełożyła się na zwrot w próbach reglamentacji użycia min – wszystko zmierzało do całkowitego zakazu użycia, produkcji i składowania min przeciwpiechotnych. Amerykańscy generałowie, mający wówczas najwięcej do powiedzenia w kwestii uzbrojenia NATO, zaopiniowali, że miny można wyeliminować z arsenału. Generał Norman Schwarzkopf w liście do prezydenta Billa Clintona twierdził: „Biorąc pod uwagę szeroki zakres broni dostępnej obecnie siłom zbrojnym, miny przeciwpiechotne nie są niezbędne. Ich zakaz nie podważyłby skuteczności militarnej naszych sił ani sił innych narodów”.

Diabeł jak zwykle tkwił w szczegółach. Pracowano nad nowymi przepisami CCW, podpisanymi w 1996 roku, z zapisami o dopuszczalności użycia min, które ulegają po czasie samoneutralizacji. Kampania zmierzająca do całkowitego zakazu otrzymała kolosalne wsparcie. ONZ rozpoczęło wielką kampanię medialną, a księżna Diana przeszła przez angolskie pole minowe.

Nakreślano scenariusze na przyszłość: jeśli rocznie usuwa się ledwie osiemdziesiąt tysięcy zakopanych ładunków, a w ziemi nadal znajduje się ich około osiemdziesięciu milionów, cały proces musiałby trwać tysiąc lat. Takie obrazy działały na wyobraźnię, choć zapominano, że tylko we Francji po II wojnie światowej usunięto trzynaście milionów ładunków. Temat min stał się nawet w Wielkiej Brytanii narzędziem walki politycznej między laburzystami a torysami przed wyborami w maju 1997 roku. Laburzyści zarzucali przeciwnikom niechęć do rozwiązań humanitarnych i ostatecznie wrócili do władzy po osiemnastu latach przerwy, choć trudno powiedzieć, czy ostrożność konserwatystów w tej sprawie miała jakiekolwiek znaczenie.

Ważniejsze były postępy technologiczne – wojskowi coraz mocniej wierzyli w sens bombardowań precyzyjnych, które tak bardzo przyczyniły się do zwycięstwa sił koalicji antyirackiej w 1991 roku. Ostatecznie 3 grudnia 1997 roku w Ottawie przedstawiciele czterdziestu krajów podpisali konwencję o zakazie użycia, składowania, produkcji i przekazywania min przeciwpiechotnych oraz o ich zniszczeniu. W preambule czytamy: „Każde państwo strona zobowiązuje się zniszczyć lub zapewnić zniszczenie wszystkich min przeciwpiechotnych zgodnie z postanowieniami niniejszej konwencji”. Był to dokument jednoznaczny i bezkompromisowy – inny niż CCW.

Ale czy był skuteczny? W perspektywie dziesięciu lat – raczej tak. Do 2008 roku konwencję podpisali politycy stu pięćdziesięciu pięciu państw. Dyplomaci uznali, że choć nie da się wyeliminować wszystkich przypadków użycia min, to doszło do wyraźnego zaznaczenia stanowiska, a tym samym do stygmatyzacji sił, które użyłyby zakazanej broni.

Problem w tym, że dokumentu nie podpisały Pakistan, Indie, Chiny, Rosja ani Stany Zjednoczone. Amerykanie tłumaczyli się koniecznością utrzymania pól minowych na granicy między Koreą Północną i Południową. Traktat ottawski miał w sobie najpoważniejszą słabość – trzy kluczowe państwa, USA, Chiny i Rosja, mające największy potencjał do prowadzenia wojen napastniczych, wolały oprzeć zasady swojego działania na mniej rygorystycznych przepisach CCW. A co stałoby się, gdyby doszło do wojny między państwem, które nie podpisało traktatu ottawskiego, a tym, które zgodziło się na zakazanie użycia min?

Ten układ międzynarodowy był tak silny, jak silne były państwa, które zgodziły się go podpisać. A był średnio silny. Traktat pozostawał świetną humanitarną koncepcją dyplomatów państw niezaangażowanych i niezagrożonych wojną. Pod koniec 2024 roku Stany Zjednoczone zgodziły się dostarczyć Ukrainie miny przeciwpiechotne.

Polska, Łotwa, Litwa, Estonia i Finlandia wiosną 2025 roku, na bazie obserwacji sytuacji na froncie, ogłosiły zamiar wycofania się z traktatu ottawskiego. Działająca w organizacji humanitarnej Bośniaczka Alma Taszlidżan w rozmowie z CNN wyraziła zgrozę: „Jesteśmy zaskoczeni, że tak nowoczesne armie jak fińska, estońska, litewska, łotewska rozważają umieszczenie tej niezwykle bezmyślnej broni w swojej strategii militarnej, a co gorsza – we własnej ziemi”. Nie wspomniała o Polsce, ale jej myśl była przedziwna – czy zakopywanie min nie na własnym terytorium byłoby lepszym rozwiązaniem? I właśnie w tym rzecz.

Dzisiaj ofensywa wspierana środkami precyzyjnymi może być tak nagła, że do wyhamowania mobilności wroga potrzebny jest każdy atut. Niewiele zmieniło się od czasów kampanii w północnej Afryce – chodzi o zatrzymanie postępu wroga ledwie na kilka godzin, by zapewnić sobie czas na reakcję. Potencjalne zagrożenia dla cywilów i saperów w dalekiej przyszłości przegrywają z interesem tu i teraz, z interesem obrony własnego kraju przed inwazją. Wojna między Rosją a Ukrainą udowodniła, co naprawdę dzieje się na polu walki, gdy mierzą się ze sobą podobnie nowoczesne siły, a nie armia wielkiego mocarstwa walcząca z prymitywnym przeciwnikiem.

Po raz kolejny sprawdziły się doświadczenia niemieckich pionierów doktryn obronnych – samo oparcie się na ładunkach przeciwpancernych zawsze oznaczało poważne ograniczenie defensywy. Mimo ogromnego rozwoju technologii, nadal od skuteczności piechoty w zajmowaniu i utrzymaniu terenu zależy przebieg wojny. Piechota jest dziś wyraźnie wzmocniona środkami przeciwpancernymi. W połączeniu z użyciem dronów i innych środków precyzyjnych doszło do przymusowego rozproszenia formacji na większym obszarze i zamiany wojny w walki toczone nieraz na poziomie plutonu.

Miny mogą zastąpić ludzi. Nie wzbudzają podejrzeń. Pozostają niewykrywalnym atutem – tak ważnym w epoce filmujących wszystko dronów i technologii satelitarnej. Świadomość napastnika o nieobecności min przeciwpiechotnych ułatwiałaby działanie całej armii, pozwalając jej elastycznie podchodzić do celów.

Przez ostatnie sto lat coraz mocniej dopieszczano doktryny działań połączonych – synchronizacji piechoty, pojazdów, lotnictwa i artylerii. Nic dziwnego, że Niemcy wypuścili combo Tellermine 35 i S-Mine – one zawsze muszą się uzupełniać. Paradoksalnie, od tamtej pory na nowoczesnym polu walki nie zmieniło się tak wiele. Aby rozbić lub spowolnić postępy wroga, konieczne jest rozrywanie więzi działań połączonych, przede wszystkim między piechotą a pojazdami, właśnie poprzez przemieszanie środków przeciwpiechotnych i przeciwpancernych w terenie trudnym dla pojazdów.

Miny przeciwpiechotne utrudniają wrogiej piechocie infiltrację – tak groźną w realiach, gdy koncentracja jednostek w jednym punkcie pod okiem satelit staje się niezwykle trudna. W czasach, gdy przyszłość wydawała się należeć do czołgów i lotnictwa, miny przeciwpiechotne wydawały się zbędne. Jeszcze kilkanaście lat temu sądzono, że nowoczesna wojna będzie prowadzona przez niewielkie elitarne armie. Okazuje się jednak, że na dłuższą metę eskaluje to zawsze do wojny setek tysięcy żołnierzy, z których większość należy do piechoty.

Współczesna wojna podobnie wyposażonych armii to zderzenie starego z nowym. Bardzo nowoczesna technologia dookoła prowadzi do powrotu starych, sprawdzonych pomysłów na utrzymanie terenu. W efekcie nie może dziwić, że litewskie Ministerstwo Obrony Narodowej dosłownie 8 maja, kilka dni przed nagraniem tego odcinka, zdecydowało ostatecznie o wycofaniu się z traktatu ottawskiego.

Traktat nie przeszedł swojego pierwszego trudnego europejskiego testu.