Dwóch barczystych mężczyzn w moro wywlokło ją na dziób motorówki, tuż nad czarną, lodowatą wodą. Kobieta szarpała się, krzyczała, chwytała mokry metal bez skutku – palce ześlizgiwały się, a strażnicy tylko rechotali. Minutę wcześniej zobaczyła coś, czego widzieć nie powinna, i teraz za to płaciła. Herszt pochylił się nad nią powoli.

– Słyszysz, ślicznotko? Jutro o świcie zaczynamy polowanie. Damy ci fory do rana. Wrzucili ją za burtę w zimną wiosenną wodę.
Motorówka z rykiem zawróciła i rozpłynęła się w nocnej mgle, zostawiając ją samą pośrodku czarnej toni. Porzucili ją na brzegu głuchej, zalesionej wyspy, żeby do rana zaszczuć ją jak zwierzę. Łatwa zdobycz – tak myśleli, odpływając. Nie wiedzieli jednego.
Wyspa nie była pusta. A ten, kto już szedł ku niej przez czarny nocny las, kiedyś sam uciekł przed takimi jak oni i miał już dość uciekania. Tamtego wieczoru siedziałem przy rozgrzanym metalowym piecyku w swojej chacie, wcierając żrącą pastę w zrogowaciałe, przesiąknięte smarem dłonie. Był koniec marca 1991 roku.
Polska przeżywała dziwny, złamany czas – reżim upadł dwa lata wcześniej, zostawiając po sobie rdzewiejące fabryki i dziką wolność, której szybko wyrosły wilcze kły. Nazywam się Cyprian. Mam czterdzieści osiem lat. Całe życie pracowałem z silnikami i ciężkim żelastwem w wielkich miastach.
Naprawiałem wszystko, co chodziło na benzynie i oleju napędowym. Gdy stary porządek runął, na ulice wylał się brud – ogoleni na łyso chłopcy w skórzanych kurtkach podzielili między siebie dzielnice. Haracze, przejmowanie majątku, strzelaniny w biały dzień stały się codziennością. Mój świat, w którym ceniono złote ręce i uczciwe słowo, zniknął.
Próbowałem żyć po staremu – nie uginać się, nie płacić daniny za swój warsztat, bronić słabszych. Kosztowało mnie to wszystko. Bandyci spalili mi garaż, a sądy przymknęły na to oko. Zrozumiałem, że jeśli zostanę w mieście, prędzej czy później kogoś okaleczę.
I odszedłem. Zabrałem narzędzia, skromne oszczędności i przeniosłem się nad mazurskie jeziora, do krainy tysięcy cieśnin i bezkresnych bagien. Moją ostoją stała się głucha, zabagniona wyspa na uboczu archipelagu. Miejscowi rybacy omijali ją z daleka – nie było tu dobrego brania ani twardego brzegu.
Zbudowałem chatę-warsztat, przystosowałem starą ziemną piwniczkę i zostałem pustelnikiem. Żyłem z tego, że od czasu do czasu naprawiałem silniki łodziowe nielicznym rybakom. Znalazłem ciszę. Ale tej wczesnej wiosny cisza stała się przytłaczająca.
Około północy wyszedłem na brzeg sprawdzić, czy moja łódź wiosłowa jest dobrze przywiązana. I wtedy ich usłyszałem – równy, drapieżny pomruk potężnych zagranicznych silników. Dwie szybkie motorówki płynęły bez świateł, ukryte za zasłoną mgły, jakieś dwieście metrów od brzegu. Zgasiłem latarkę i cofnąłem się w cień sosen.
Moją zasadą było nie wtrącać się w cudze sprawy. Ale to, co stało się później, kazało mi o niej zapomnieć. Przez rozdarcia we mgle zobaczyłem, jak dwie sylwetki biorą w kleszcze małą drewnianą łódkę. Rozpoznałem ją od razu – pływali na niej Grzegorz i Józef, starsi mężczyźni z sąsiedniej wsi, trudniący się nocnym połowem.
Nad wodą rozniósł się pewny siebie, kpiący głos. Maurycy, nowy pan jezior, kierownik wojewódzkiej straży rybackiej i okrutny wataszka, który przez ostatni rok podporządkował sobie cały połów i przemyt. Tym, którzy nie płacili haraczu, łamano ręce. Ci, którzy się skarżyli, bez śladu znikali.
– Przecież ostrzegałem was, stare idioty. Na tych wodach nie ma niczyjej ryby. Cała ryba jest moja. Rozległ się trzask łamanych desek.
Motorówka uderzyła w burtę, łódź się przewróciła i poszła pod wodę. Mgła zwarła się i nic już nie widziałem. Tylko krzyki, które nagle umilkły. Potem jezioro znów ucichło.
Stałem zaciskając pięści, bezbronny na głuchej wyspie. Motorówki szykowały się do odpłynięcia, gdy z sąsiedniej mierzei błysnęło białe światło. Ktoś fotografował to, co się działo. Silniki natychmiast zmieniły ton.
Po kilku minutach wywlekli kogoś na dziób łodzi. – Zbyt proste, Kornelu – usłyszałem głos Maurycego, który delektował się własnym okrucieństwem. – Odbierzcie aparat, naświetlcie klisze, a dziewczynę wrzućcie za burtę. O tam, przy wyspie wężowej.
Jest bezludna, same bagna i błoto. Płyń, ptaszku, twoje szczęście. A o świcie wrócimy. Dawno nie miałem takiej zabawy.
Rozległ się plusk. Motorówki rozpłynęły się w mroku. Znalazłem ją w trzcinach. Była lekka jak dziecko, ale przemoczone ubranie ważyło tonę.
Zaniosłem ją do chaty, nie zapalając światła – ci, którzy ją porzucili, mogli zostawić obserwatora. Posadziłem ją przy piecu, owinąłem w suche koce, podałem gorącą herbatę z cukrem. Minęło pół godziny, zanim przestała szczękać zębami. – Dziękuję – powiedziała, obejmując kubek obiema dłońmi.
– Gdyby nie pan, zostałabym tam. – Nazywam się Cyprian. Pij. Potem opowiesz, kim jesteś.
– Celina. Jestem fotoreporterką w regionalnej gazecie. Miesiąc temu dotarły do nas plotki o bezprawiu na jeziorach. Miejscowi znikają, policja umarza sprawy.
Redaktor odmówił publikacji, więc przyjechałam sama. Tydzień siedziałam w trzcinach z teleobiektywem. Sfotografowałam przeładunek przemytu, twarze tych, którzy wydają rozkazy. Maurycy i jego ludzie mają wszystko w garści.
– I dzisiejszej nocy sfotografowałaś zabójstwo Grzegorza i Józefa. – Tak. Flash odpalił sam, zauważyli mnie. Zabrali aparat, zniszczyli kliszę.
Maurycy powiedział, że jezioro mnie schowa. A potem Celina zrobiła coś, czego się nie spodziewałem. Wyjęła z kieszeni mokrych dżinsów mały, wodoszczelny pojemnik. – Zdeptali pustą szpulę.
Prawdziwa klisza z ich twarzami i momentem taranowania łodzi jest tutaj, sucha i cała. – Komu miałaś ją przekazać? – W województwie jest śledczy Seweryn ze starej gwardii. Kilka razy próbowano go odwołać, bo dobierał się do mafii.
Jeśli ta klisza trafi na jego biurko, Maurycy ma koniec. Muszę tylko dotrzeć na stały ląd. Podszedłem do okna. – Do lądu jest osiem kilometrów otwartą wodą.
Mam tylko starą łódź wiosłową. Motorówka Maurycego pokona tę odległość w piętnaście minut. Gdy tylko mgła rzednie, będą tu. Maurycy lubi kończyć to, co zaczął.
– Więc jesteśmy w pułapce. Niepotrzebnie mnie pan wyciągnął, Cyprianie. Teraz zabiją i pana. Musi się pan schować, a ja pójdę na drugi koniec wyspy.
– W moim warsztacie nikt nie dyktuje zasad oprócz mnie – powiedziałem. – Raz już ustąpiłem takim jak oni w mieście i przysiągłem, że więcej nie cofnę się przed ścierwem, które wierzy, że prawo silniejszego to jedyne prawo. Maurycy i jego ludzie myśleli, że jadą na łatwe polowanie. Nie wiedzieli dwóch rzeczy.
Po pierwsze – wyspa, którą uważali za kawał błota, kryje dziesiątki śmiertelnie niebezpiecznych grzęzawisk pod cienką warstwą roztopionego śniegu i zeszłorocznych liści. Znałem każde z nich. A po drugie – nie wiedzieli, kim jest Cyprian. Byłem mechanikiem, który potrafi sprawić, by porozrzucane części działały jak jeden mechanizm.
I przez te trzy godziny do świtu zamierzałem zamienić ten zabagniony skrawek lądu w jedną wielką śmiercionośną pułapkę. – Słuchaj mnie uważnie, Celino – powiedziałem równym głosem. – Za chatą jest stara ziemianka z dębowymi drzwiami. Wejdziesz tam, zamknę cię z zewnątrz i zamaskuję wejście.
Cokolwiek usłyszysz – krzyki, strzały, błagania – nie wydasz żadnego dźwięku i nie wyjdziesz. – A pan? – zapytała. – Przecież nie zabije pan pięciu uzbrojonych ludzi siekierą.
– Nie zamierzam za nimi biegać. Jestem mechanikiem. Złożę maszynę i zmuszę ich, by sami wsunęli ręce w jej żarna. Zamknąłem Celinę w piwnicy, zamaskowałem wejście gałęziami i mchem.
Potem wziąłem się do roboty. Na południowym brzegu, gdzie kamienista mierzeja przechodziła w gęsty olszyniak, leżała zgniła paszcza – naturalne grzęzawisko ukryte pod zwodniczo twardą warstwą liści. Przetaszczyłem tam zwój mocnej sieci nylonowej i dwa wiadra smoły. Rozłożyłem sieć na grzęzawisku, wylałem na oczka smołę, przysypałem wszystko błotem i suchą trawą.
Mechanika była prosta: stąpniesz, zapadniesz się, smoła sklei buty, a im mocniej się szarpiesz, tym głębiej grzęźniesz. Druga pułapka wymagała więcej inżynierii. Między dwiema starymi sosnami biegła wąska ścieżka – jedyne wygodne przejście od brzegu do chaty. Ze sterty złomu wytoczyłem zardzewiały blok cylindrów ze starego traktora z żeliwnym kołem zamachowym.
Sto pięćdziesiąt kilogramów martwego żeliwa. Za pomocą wielokrążka i liny wciągnąłem ciężar na gałąź, cztery metry nad ziemią. Na ścieżce, na wysokości kostki, ukryłem nylonową żyłkę. Wystarczyło w nią zaczepić nogą – sto pięćdziesiąt kilo runie w dół, a lina poderwie człowieka do góry nogami.
Przy wiacie, nad starym kanałem naprawczym, rozciągnąłem ciężką sieć rybacką z ołowianymi ciężarkami, przytrzymywaną jednym karabińczykiem. A za chatą, tam gdzie ciągnął się przedwojenny ściek z żeliwną kratą, przeciągnąłem grubą stalową linę, jeden koniec mocując przy kracie, drugi przywiązując do starej kotwicy okrętowej w suchej studni. Sterczącą z ziemi dźwignię ze starego resoru wykorzystałem jako stoper. Wystarczy wybić stoper – kotwica runie w studnię, a lina napręży się jak struna.
Skończyłem, gdy niebo na wschodzie zaczęło jaśnieć. Wyspa zamieniła się w zastygłą pułapkę. Zatariłem ślady, zamknąłem chatę od zewnątrz i wdrapałem się na dach drewutni. W rękach ściskałem ciężki klucz nastawny, moją jedyną broń.
O szóstej rano ciszę przeciął dźwięk. Z mgły wyłoniły się dwie motorówki i wbiły dziobami w żwir. Było ich sześciu. Maurycy zeskoczył na brzeg pierwszy – wysoki, w drogim ciemnym płaszczu, z wyrachowanymi, okrutnymi oczami.
Za nim wysypało się pięciu krzepkich chłopów ze strzelbami i karabinkiem. – Ptaszek okazał się twardy – powiedział Maurycy. – Tacy nie toną od razu. Znajdziemy ją na brzegu albo w lesie.
Muszę osobiście zobaczyć jej martwe oczy. Rozdzielili się. Trzej poszli w stronę grzęzawiska, dwóch ruszyło do chaty. Leżałem na dachu, prawie nie oddychając.
Nie było strachu, tylko zimne, mechaniczne oczekiwanie na moment, gdy tryby ruszą. Smolak szedł na przedzie. Przy trzecim kroku jego noga zapadła się przez skorupę przegniłych liści. Szarpnął się, przeniósł ciężar na drugą nogę – i ta też poleciała w dół.
Sieć zrobiła swoje, smoła skleiła buty. Im mocniej się szarpał, tym głębiej grzęzł. – Pomocy, wsysa mnie! Sztyl i Bolesław rzucili się do niego z kolbą strzelby.
Wtedy podniosłem z ziemi kamień i cisnąłem go w krzaki po drugiej stronie. Trzask łamanych gałęzi zadziałał jak spust. Sztyl, z nerwami napiętymi do granic, wypalił w cienie. Jeden strzał przeciął ciszę.
Bezszelestnie cofnąłem się w szary mrok. Jeden ugrzązł, reszta strzela do cieni. Strzał ściągnie pozostałych. Szybko przeciąłem wyspę ku centralnej ścieżce.
Włodek i Kornel właśnie wyłamywali kłódkę na drzwiach chaty, gdy usłyszeli huk. Rzucili się biegiem prosto wąską ścieżką. Włodek biegł pierwszy, patrząc przed siebie, nie pod nogi. Ciężki but zaczepił nylonową żyłkę.
Rozległ się metaliczny szczęk, potem świst spadającego żeliwa. Sto pięćdziesiąt kilogramów runęło w dół, a lina poderwała Włodka do góry nogami. Zawisł kilka metrów nad ścieżką, kołysząc się jak upiorne wahadło. Karabinek wyleciał mu z rąk.
– Matko Boska! – wrzasnął Kornel, hamując. Wodził lufą z boku na bok, nie widząc celu. – Wyłaź!
Rozerwę cię na kawałki! W odpowiedzi cisza. Z mgły wyszedł Maurycy z pistoletem w dłoni. – Co tu się, do diabła, dzieje?
– On po prostu biegł, a potem ta rzecz poderwała go do góry – jąkał się Kornel. – Smolak wpadł w bagno, Sztyl strzela do cieni. Tu ktoś jest, szefie. Maurycy szybko ocenił system bloków, ciężki ładunek, profesjonalne węzły.
– Żadnej klątwy. Ktoś to zbudował rękami. Maurycy próbował strzelać do liny, ale kule tylko krzesały iskry. Kazał zostawić wiszącego Włodka i ruszył do chaty.
Nie poszedłem za nimi. Moja droga wiodła ku południowej cieśninie, gdzie w grzęzawisku tonął Smolak. Smolak był już po pas w lodowatej mazi, siny, ledwo przytomny. Bolesław miotał się na brzegu, bojąc się podejść bliżej.
Sztyl stał z tyłu z dubeltówką, nerwowo wodząc lufą. W nocy wypatrzyłem starą, martwą olchę, niebezpiecznie przechyloną nad brzegiem. Owinąłem wokół pnia gruby łańcuch, przeciągnąłem go przez krzaki. Doczekałem momentu, gdy Sztyl odwrócił się ku lasowi – i szarpnąłem łańcuch z całych sił.
Martwe drzewo z ogłuszającym trzaskiem runęło w dół, dwa metry od Bolesława, wzbijając fontannę lodowatej wody. Dla Sztyla to była ostatnia kropla. Pisnął żałośnie, wypalił w drzewo i z dzikim wrzaskiem rzucił się do ucieczki w głąb wyspy. Bolesław, ogłuszony falą, ześlizgnął się z krawędzi i runął do wody obok Smolaka.
Wyszedłem z mgły. Bolesław zobaczył mnie, a oczy rozszerzyły mu się z przerażenia. – Wyciągnij mnie! Zapłacę!
Podniosłem strzelbę Smolaka, wyrzuciłem naboje, odrzuciłem pustą broń w krzaki. – Nie wciągnie was głęboko, sieć trzyma. Wkrótce po was przyjdą. Nie zaśnijcie, a przeżyjecie.
Zaśniecie – trudno, taki los. Odwróciłem się i odszedłem. Trzech unieszkodliwionych bez jednej kropli krwi. I wtedy poczułem ostry, chemiczny zapach.
Maurycy spełnił groźbę – podpalił moją chatę. Gdy wypadłem na środek wyspy, warsztat był już objęty płomieniem. Znaleźli kanister z rozpuszczalnikiem, oblali ściany. Suche bale przesiąknięte olejem i smołą płonęły z buczeniem, wyrzucając gęste, toksyczne kłęby dymu.
Wyspa szybko pogrążała się w mroku. Widoczność spadła do kilku kroków. W tym oparze byłem królem. Obszedłem płonącą chatę łukiem, przedarłem się do starej sosny i opadłem na kolana przy żelaznej rurze wentylacyjnej.
Dwukrotnie stuknąłem kamieniem w metal. Po chwili z głębi dobiegło jedno wyraźne stuknięcie w odpowiedzi. Celina żyła, siedziała w ciemności i czekała. W ryku płomieni usłyszałem rozdzierający kaszel.
To był Kornel, błąkający się między stertami, oślepiony sadzą. Zaczekałem przy wiacie, ściskając linkę. Kornel stąpnął na zamaskowaną krawędź kanału naprawczego, runął w dół – a ja szarpnąłem linkę. Ciężka sieć z ołowianymi ciężarkami runęła na niego, zapieczętowując go w środku.
Im mocniej się szarpał, tym mocniej ołowiane ciężarki przyciskały go do dna. – Leż spokojnie – powiedziałem, pochylając się nad nim. – Będziesz się szarpał, udusisz się w dymie. Czterech z pięciu.
Zostali herszt i zbiegły Sztyl. Ale naprawdę niebezpieczny był tylko Maurycy. Stałem za stosem drewna, obserwując jak Maurycy powoli, niemal bezszelestnie, idzie wzdłuż granicy pożaru. Pistolet trzymał oburącz.
I nagle odwrócił głowę tam, dokąd ogień nie dotarł – ku starej sośnie, ku kryjówce Celiny. Zrobił krok w stronę sosny. Potem drugi. Uniósł pistolet, celując prosto w środek zamaskowanej pokrywy.
Wyszedłem zza stosu drewna, wprost w krąg światła od ognia. Zrzuciłem z ramienia ciężki zwój liny, żeby z hukiem uderzył o kamienie. – Szukasz mnie, Maurycy? Odwrócił się gwałtownie.
Lufa celowała prosto w moją pierś. – A oto i gospodarz – syknął. – Drogo mnie kosztowałeś, mechaniku. Gdzie dziewczyna?
– Na dnie jeziora. Tam gdzie twoi ludzie. Przyszedłeś na cudzą ziemię, Maurycy, i ta ziemia cię zabierze. – Ziemia zabiera tylko tych, którzy nie umieją po niej chodzić.
Zrobił krok w moją stronę, nie opuszczając pistoletu. Palec legł na spuście. Nie wiedział, że między nami, pod cienką warstwą lodu i popiołu, przebiega stary ściek, a wzdłuż niego główne cięgno mojego ostatniego mechanizmu. Jego noga opadła na ziemię prosto na kryjącą się szczelinę.
W tym samym ułamku sekundy wdepnąłem butem w zardzewiałą dźwignię przy moich nogach. Rozległ się suchy, metaliczny szczęk. W studni zerwała się z krawędzi kotwica – dwieście pięćdziesiąt kilogramów zardzewiałego żelaza. Lina stalowa natychmiast się naprężyła, rozrzucając bryły zmarzniętego błota, i uderzyła Maurycego w kostki jak stalowe podcięcie.
Runął na plecy tak ciężko, że wybiło mu powietrze z płuc. Pistolet wystrzelił w niebo, kula poszła w gęsty dym. Kotwica dalej spadała, ciągnąc za sobą linę. Maurycego powlokło po ziemi, czepiał się śliskich kamieni, ale przeciwwaga ciągnęła bez zatrzymania.
Wbiło go nogami w żeliwną kratę ścieku z taką siłą, że jakikolwiek ruch stał się niemożliwy. Kotwica dosięgła dna, naprężenie zastygło. Maurycy leżał przykuty do ziemi, rozpłaszczony na plecach w lodowatej wodzie z popiołem. – Jesteś trupem!
– ryczał, szarpiąc się bezskutecznie. – Moi ludzie wykopią cię spod ziemi! Dwa spokojne kroki naprzód. Ciężki but opadł prosto na jego nadgarstek.
Palce rozwarły się, pistolet wyślizgnął się z dłoni. Podważyłem go czubkiem buta i odrzuciłem w trzciny. – Twoi ludzie teraz wiszą na drzewach, toną w grzęzawiskach i skomlą ze strachu – powiedziałem równo. – Przywykłeś kupować ludzi i łamać tych, którzy nie mogą się odgryźć.
Ale tu nie ma sędziów ani świadków. Tu jest tylko mechanika. A w mechanice każda zbędna część prędzej czy później ściera się w pył. Odwróciłem się i wszedłem w dym, nie słuchając jego krzyków.
Przy piwnicy zrzuciłem zwęglone gałęzie, odblokowałem kłódkę. Celina siedziała w najdalszym kącie, ściskając pojemnik z kliszą. – Cyprianie! – wydyszała moje imię, jakby nie wierząc, że stoję przed nią żywy.
– Wychodź. Powietrze jest brudne. Oddychaj przez sweter. Musimy iść.
Oparła się na mojej dłoni, wyszła na górę i objęła wzrokiem pogorzelisko. – Spalili wszystko – szepnęła z poczuciem winy. – Żelazo nie czuje bólu. Chodźmy.
Czekają na nas motorówki. Poprowadziłem ją ku południowej mierzei. Z mgły wyłonił się kołyszący się do góry nogami Włodek. – Nie patrz w górę, patrz pod nogi – powiedziałem spokojnie.
– Po prostu czeka na policję. Minęliśmy wiatę, skąd dobiegał głuchy kaszel Kornela spod sieci. Na brzegu przy żwirze kołysały się dwie szybkie motorówki. – Oto twój bilet na stały ląd.
Kluczyki na pewno są w stacyjce. Tacy jak oni nie przywykli zamykać maszyn tam, gdzie uważają się za gospodarzy. I wtedy z trzcin wybrnął Sztyl. Ostatni z bandy.
Trząsł się z zimna i strachu, ale wciąż ściskał dubeltówkę. Skierował lufy w moją pierś. – Stać. Ani kroku.
Zabiję was. – Spójrz na swoje ręce – powiedziałem powoli, wypełniając słowa ciężką pewnością. – Jesteś przemoczony, wyczerpany. Palce masz białe jak śnieg.
Nie czujesz nawet spustów. Nie zdołasz nacisnąć, nawet gdybyś chciał. Sztyl zerknął na dłonie. Strzelba drżała, kreśląc ósemki.
Zrobiłem krok naprzód. – Twoi kumple albo utonęli w grzęzawisku, albo wiszą na drzewach. Twój szef tarza się w błocie, przykuty do ścieku, płakał i błagał. Zostałeś sam, na cudzej wyspie, przeciwko człowiekowi, który rozszarpał wasze stado gołymi rękami.
Drugi krok. Sztyl zachlipał, cofnął się, potknął. – Nie podchodź! – krzyknął, a z oczu potoczyły mu się łzy.
– Jeśli wystrzelisz – szepnąłem – nie umrę od razu. Dojdę do ciebie, wyrwę ci strzelbę, a ta woda cię zabierze. Ale jeśli rzucisz broń, będziesz żył. Życie albo śmierć na tym brzegu.
Raz. Dwa. Trzy. Dubeltówka wypadła ze zdrętwiałych palców i uderzyła o kamienie.
Sztyl osunął się na kolana, objął głowę rękami i zaszlochał na głos. Podszedłem, podniosłem strzelbę, przełamałem ją. W obu lufach sterczały jedynie wystrzelone łuski – przez cały ten czas trzymał nas na muszce pustej broni. Rozbiłem kolbę o głaz i cisnąłem żelastwo w wodę.
– Siedź tu. Policja cię stąd zgarnie. Celina patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. Strachu już w niej nie było.
Pomogłem jej wejść na pokład motorówki. Pokazałem, jak cofnąć, jak dać gaz, jak płynąć prosto na południe. – Nie oddawaj kliszy pierwszemu lepszemu policjantowi. Żądaj połączenia ze śledczym Sewerynem.
Powiedz mu, że Maurycy i jego ludzie są unieszkodliwieni na wyspie wężowej. Szykowałem się do skoku z powrotem na brzeg, gdy chwyciła mnie za rękaw. – Cyprianie, jedź ze mną. Nie możesz tu zostać.
Będą cię szukać. Seweryn zapewni ci ochronę. Delikatnie odczepiłem jej palce od rękawa. – Moje miejsce jest tutaj.
Zbyt długo uciekałem od takich jak Maurycy – najpierw z miasta, potem w głuszę. Tej nocy zrozumiałem jedno: schować się przed nimi nie sposób. Prędzej czy później trzeba wstać i ich zatrzymać. Doczekam policji.
Muszę osobiście przekazać Maurycego Sewerynowi z ręki do ręki. Celina zrozumiała, że spór nie ma sensu. Uruchomiła silniki, cofnęła od brzegu, dodała gazu. Dziób łodzi zadarł się, motorówka szybko zamieniła się w białą kropkę na tle rzednącej mgły.
Stałem na brzegu sam, a pierwsze zimne promienie wiosennego słońca padały na trzciny. Cisza, którą tak brutalnie przerwano tej nocy, wracała nad jeziora. Ale to była już inna cisza – nie było w niej strachu. Wyjąłem kapciuch, skręciłem skręta.
Zaciągnąłem się głęboko. Ale wiedziałem, że za wcześnie, by odetchnąć. Pułapki trzymały, cała piątka żyła, ale lodowata woda dobijała ich pewniej niż jakikolwiek strzał. Jeśli choćby jeden zamarznie przed przyjazdem policji, przestanę być tym, kto zatrzymał zabójców, a stanę się taki sam jak oni.
Musiałem się upewnić, że wszyscy dożyją procesu. Podszedłem do Sztyla, zarzuciłem mu na ramiona kawałek brezentu, skrępowałem nadgarstki i przywiązałem do pnia. Potem uwolniłem Włodka z pętli, poluzowałem naciąg, żeby przywrócić krążenie, a karabinek rozładowałem i cisnąłem w bagno. Kornel został w kanale – dym się rozwiał, uduszenie mu nie groziło.
Na południowej mierzei wyciągnąłem Smolaka i Bolesława bliżej twardej krawędzi, tak by woda sięgała im tylko do pasa, umocowałem linę za pień. Została ostatnia, najważniejsza część mechanizmu. Wróciłem na pogorzelisko. Maurycy leżał wciąż przykuty do kraty ścieku, w błocie i sadzy, patrząc w szare niebo.
Usiadłem na przewróconym wiadrze, dwa metry od niego, i skręciłem nowego skręta. – Wygrałeś rundę, mechaniku – powiedział, starając się zachować fason. – Ale musisz rozumieć, jak działa świat na stałym lądzie. Mam ludzi w policji, w prokuraturze.
Jeśli mnie wydasz, wyjdę za kaucją za dwa dni. Ale możemy się dogadać. Sto tysięcy dolarów w gotówce jeszcze dziś. Nikt z moich ludzi nigdy nie postawi stopy na tej wyspie.
Po prostu zrzuć tę cholerną kotwicę i pozwól mi dojść do łodzi. – Maurycy – odezwałem się wreszcie cicho. – Wiele lat temu w mieście miałem czeladnika. Chłopak, dwadzieścia lat, złote ręce.
Gdy tacy jak ty przyszli żądać daniny, posłałem ich do diabła. Byłem zbyt dumny. Myślałem, że prawda obroni się sama. A tydzień później przyczaili się na niego po pracy.
Zabrali go stamtąd na noszach. Nikt więcej nie wrócił do swojego zawodu. Zapłacił za moją dumę. I wtedy zrozumiałem, jak działa wasz system.
Jesteście silni tylko wtedy, gdy możecie zastraszyć, kupić albo uderzyć zza węgła. Nie przyszedłem tutaj, bo się was bałem. Odszedłem, żeby nigdy więcej nie grać według waszych zasad. Na mojej wyspie nie ma łapówek ani prokuratorów.
Tu jest tylko fizyka. Nie da się jej przekupić za sto tysięcy dolarów i nie da się jej zastraszyć. Odwróciłem się i ruszyłem ku brzegowi. Za plecami słyszałem przekleństwa, które szybko przeszły w żałosne, skomlące prośby.
Chłód dobił w nim resztki pychy. Minęło piętnaście minut, zanim ciszę archipelagu przeciął dźwięk. Zza cypla wypadły trzy ciężkie policyjne motorówki, z kogutami barwiącymi resztki mgły na niebiesko i czerwono. Z pierwszej łodzi zszedł mężczyzna w cywilu – około sześćdziesiątki, siwa, pobrużdżona twarz, przenikliwe oczy.
To był Seweryn. – Pan jest Cyprianem – powiedział, nie pytając. – Tak. – Dziewczyna z kliszą jest bezpieczna.
Klisze wiozą już na ekspertyzę. Mieliśmy szczęście – właśnie szykowaliśmy obławę. Opowiedziała mi wszystko. Spodziewaliśmy się zobaczyć rzeź.
Ale nie usłyszałem ani jednego strzału. – Nie strzelałem – odpowiedziałem. – Broń ich poszła do trzcin. Cała piątka żyje i czeka na pana.
Jeden wisi na sośnie, drugi w kanale naprawczym, dwaj utknęli w grzęzawisku. Potrzebują pomocy medycznej, są mocno wychłodzeni. Seweryn zakomenderował zwięźle i grupa szturmowa rozpłynęła się w lesie. Zaprowadziłem go na pogorzelisko, gdzie leżał Maurycy.
Stary śledczy popatrzył na stalową linę, na zsiniałą twarz bandyty. – Maurycy – powiedział cicho. – Trzy lata zbierałem na ciebie teczkę. Groziłeś moim świadkom, przekupywałeś sędziów.
A ostatecznie zatrzymał cię jeden mechanik za pomocą zardzewiałego żelastwa i liny. Co za ironia. Policjanci poluzowali linę, podnieśli Maurycego, założyli kajdanki. Wkrótce przyprowadzono resztę – żałosnych, trzęsących się, nieśmiących podnieść oczu.
Gdy ostatniego załadowano na motorówkę, Seweryn zatrzymał się na brzegu. – Będzie pan musiał pojechać z nami, złożyć zeznania. Ale zważywszy na klisze, zeznania krewnych zabitych rybaków i to, jak precyzyjnie pan zadziałał – to będzie czysta obrona konieczna. Osobiście dopilnuję, żeby żaden przekupiony szczur się do pana nie przyczepił.
Skinąłem głową, rzuciłem ostatnie spojrzenie na spustoszony dom i wsiadłem na motorówkę. Procesy ciągnęły się długo, ale wynik był przesądzony. Fotografie Celiny stały się niepodważalnym dowodem. Maurycy dostał dwadzieścia pięć lat za zorganizowanie związku przestępczego, wymuszenia i podwójne zabójstwo.
Jego ludzie trafili za kraty na kary od piętnastu do dwudziestu lat. System oparty na strachu runął, gdy tylko wyjęto z niego główny trzpień. Archipelag odetchnął, rybacy znowu zaczęli wypływać na połów. A ja wróciłem na swoją wyspę.
Rozbiórka rumowiska i postawienie nowego warsztatu zajęły prawie pół roku. Pracowałem od świtu do zmierzchu, aż letnie słońce wysuszyło grzęzawiska i zatarło ślady tamtej nocy. Zbudowałem nową chatę, szerszą i jaśniejszą od poprzedniej, i znowu zacząłem naprawiać silniki. Był koniec września.
Poranki chwytały już pierwszym przymrozkiem. Siedziałem w warsztacie przy gorącym piecu, przecierając świecę zapłonową, gdy od strony cieśniny dobiegł równy pomruk niewielkiego silnika. Wyszedłem na kamienisty brzeg. Do przystani podpłynęła schludna łódź motorowa.
Za sterem stała młoda kobieta w ciepłej kurtce i jaskrawym szaliku. To była Celina. Zgasiła silnik, zręcznie zarzuciła cumę i zeskoczyła na brzeg. Nie zostało w niej nic z tej zziębniętej, przerażonej dziewczyny sprzed pół roku.
Jej fotoreportaż przedrukowały ogólnopolskie gazety, rozpoznawano ją na ulicy. – Witaj, Cyprianie! – uśmiechnęła się. – Witaj, Celino.
Postanowiłaś sprawdzić, czy ktoś nie kłusuje na moich bagnach? – Nie przyjechałam podziękować jeszcze raz, tym razem przy świetle dnia. Wywołałam to dla ciebie. Podała mi pakunek.
W środku było zdjęcie w prostej drewnianej ramce – moja wyspa. Wczesny poranek, rzednąca mgła, sosny i odblaski słońca na wodzie. Żadnego błota, żadnego pogorzeliska. – To miejsce nie jest już przeklęte, Cyprianie – powiedziała cicho.
– Naprawiłeś je. Spojrzałem na fotografię, potem na spokojną wodę jeziora. Tamtej marcowej nocy byłem pewien, że po prostu bronię kawałka ziemi i życia przypadkowego świadka. Konstruowałem pułapki z rdzewiałych łańcuchów i lin, myśląc, że oczyszczam wyspę z bandyckiej zarazy.
A człowiek złożyć jest o wiele trudniej niż wciągarkę. Patrzyłem na dziewczynę, która stała obok mnie – żywą, silną, przez którą za kraty trafili bandyci z całego rejonu. I dopiero teraz dotarło do mnie: przez cały ten czas myślałem, że ratuję ją przed bezlitosnym drapieżnikiem. A w rzeczywistości to ona uratowała mnie.
Swoim pojawieniem się w lodowatej wodzie zmusiła mnie, bym przestał uciekać od przeszłości. Dała mi szansę naprawienia tego, czego wiele lat temu w mieście nie zdołałem powstrzymać. Myślałem, że naprawiam zepsuty archipelag, a naprawiłem samego siebie.


