„Dobry wieczór. Jesteśmy zaproszeni” — powiedziałem spokojnie, a kobieta przy wejściu spojrzała na Halinę i rzuciła: „Obsługa ma wejście z boku”. Był marzec w Gdyni, wiał wilgotny wiatr od morza,…

„Dobry wieczór. Jesteśmy zaproszeni” — powiedziałem spokojnie, a kobieta przy wejściu spojrzała na Halinę i rzuciła: „Obsługa ma wejście z boku”. Był marzec w Gdyni, wiał wilgotny wiatr od morza,...

Kiedy wszedłem tamtego wieczoru do Mariny w Gdyni, miałem na sobie stary płaszcz, ten sam, w którym chodzę na bazarek. Halina trzymała mnie pod ramię, spokojna jak zawsze. Przy wejściu młoda dziewczyna spojrzała na nią krótko i powiedziała tonem, który nie zostawiał wątpliwości: obsługa ma wejście z boku. Mój syn Marcin milczał.

Thumbnail

Rodzina jego narzeczonej uśmiechała się uprzejmie, ale w ich oczach było coś cienkiego, zimnego. Jakbyśmy byli tylko drobną pomyłką w starannie zaplanowanym wieczorze. Nie wiedzieli jednej rzeczy. Nie wiedzieli, że gdybym wtedy wyjął telefon i wykonał jeden krótki telefon, cały ten elegancki wieczór zakończyłby się szybciej, niż zdążyliby dopić pierwsze kieliszki.

Ale ja nic nie powiedziałem. Wybrałem ciszę, bo cisza ma jedną przewagę nad gniewem: pozwala zobaczyć ludzi takimi, jacy naprawdę są. Przywykłem do tego, że ludzie biorą mnie za kogoś innego. Nie mówię o wielkich pomyłkach, że ktoś gratuluje mi cudzego awansu albo pyta, czy to ja z telewizji.

Chodzi o drobiazgi codzienne, takie, które w sumie nie bolą, tylko uczą. W sklepie mówią do mnie: „Panie kochany, pan to pewnie z tych spokojnych”. W kolejce ktoś odruchowo przepuszcza mnie przed siebie, bo starszy to mu trudniej. Sąsiadka rzuca: „Witold, ty to już swoje przeżyłeś.

Teraz byle zdrowie i emerytura, co? ” I nawet nie ma w tym złośliwości. Po prostu widzą to, co chcą widzieć. Wyglądam jak zwykły facet na skromnym — trochę przygarbiony, trochę cichszy niż inni, z twarzą, która nie rzuca się w oczy.

W sumie pasuje. Tylko że to nie jest życie, które mi się przydarzyło. To jest życie, które sobie wybrałem. Mieszkam na obrzeżach Gdyni, tam gdzie miasto już nie krzyczy neonami, tylko oddycha spokojniej.

Mały domek, ogródek z tyłu, kilka krzaków, trochę ziemi pod paznokciami. Żadnych ozdób na pokaz, żadnych błyszczących bram, żadnego „patrzcie na mnie”. W tym wietrze od morza nawet przesada wygląda śmiesznie. Tu wszystko szybko matowieje.

Płot, lakier na samochodzie, ludzka próżność. Marzec w Gdyni potrafi zmęczyć bardziej niż siarczysty mróz. Jest wilgotny, wiatr od wody wchodzi pod kurtkę jak ktoś bezczelny, kto nie pyta o pozwolenie. Człowiek automatycznie zaciska kołnierz, poprawia szalik, wciska dłonie głębiej do kieszeni i idzie dalej, bo życie nie będzie na ciebie czekało, aż ci się zrobi przyjemnie.

Mam stare auto, takie do życia. Nie zabytkowe, żeby sąsiedzi cmokali z podziwem, tylko zwykłe, trochę poobijane, z charakterystycznym dźwiękiem przy odpalaniu, jakby musiało się chwilę namyślić, czy mu się chce. Wozi mnie do bazarku, do lekarza, po zakupy. Nie jest szybkie, nie jest ładne, ale jest wierne.

A ja wiernym rzeczom ufam bardziej niż tym, które świecą. Ludzie lubią proste obrazki. Starszy pan w małym domku, stary samochód, leki na kuchennym blacie. Pigułki stoją u mnie w pudełku przy czajniku, rachunki leżą równo, opłacone na czas.

W portfelu mam tyle, żeby starczyło na codzienność, bez szaleństw. Wszystko wygląda tak, jak powinno wyglądać, kiedy człowiek doczekał spokojnej starości. I większość ludzi na tym kończy myślenie. Mój syn Marcin też przez długi czas kończył na tym.

Nie dlatego, że jest zły. On po prostu jest młody duchem, nawet jeśli już dawno przestał być chłopakiem. Widział to, co leżało na wierzchu. Że nie jeżdżę na wczasy, że nie zmieniam auta, że w domu nie ma przepychu, tylko ciepło i spokój.

I brał to za dowód. Czasem, jak przyjeżdżał, rzucał okiem na moje półki, na te same kubki, na stary zegar w kuchni i miał w spojrzeniu cień ulgi. „Uf, ja to jednak poszedłem dalej”. Nie wypominałem mu tego nigdy.

Po co? Każdy człowiek musi w coś wierzyć, zanim nauczy się patrzeć głębiej. A ja nauczyłem się patrzeć głębiej dawno temu. Jest coś, czego nikt nie widzi, kiedy patrzy na mnie w sklepie albo w autobusie.

Nikt nie widzi decyzji, którą podjąłem lata temu, kiedy zrozumiałem, że im niżej się trzymasz, tym wyraźniej widać ludzi. Wtedy zaczynasz słyszeć, jak mówią do tych, których uważają za słabszych. Widzisz, kto uśmiecha się z życzliwości, a kto z wyższości. Zauważasz, kto pomoże odruchowo, a kto tylko wtedy, gdy ktoś patrzy.

To jest cichy test, którego większość nawet nie zauważa. Przestałem się obrażać na to, że mnie mylą. Czasem jest mi to nawet na rękę, bo kiedy ludzie są przekonani, że twoje pieniądze, pozycja i możliwości nic nie znaczą, pokazują prawdziwą twarz, bez maski, bez dekoracji. A ja taką twarz potrafię zapamiętać na długo.

I właśnie dlatego, kiedy ludzie myślą, że jestem tylko starym facetem na skromnym, ja widzę ich wyraźniej niż oni widzą mnie. Nie żyję tak dlatego, że muszę. To nie jest historia o tym, jak człowiekowi noga się powinęła, jak coś stracił i teraz udaje, że mu z tym dobrze. Ja naprawdę wybrałem to życie świadomie.

Ludzie mają potrzebę tłumaczyć wszystko biedą albo pechem. Jeśli ktoś mieszka skromnie, to na pewno nie ma. Jeśli jeździ starym autem, to pewnie mu nie wyszło. A prawda jest prostsza i trudniejsza do przyjęcia: można mieć, a nie pokazywać.

Można móc, a nie używać tego do robienia wrażenia. Przez większość życia projektowałem rzeczy, które miały wznosić się ponad ziemię. Długo pracowałem przy konstrukcjach, gdzie jeden błąd nie oznaczał „ups”, tylko katastrofę. Tam nie było miejsca na fantazję i gadanie.

Albo liczby się zgadzały, albo nie. To nauczyło mnie dyscypliny — chłodnej, spokojnej, bez krzyku, bez dramatów. W mojej branży nie liczyły się emocje, tylko konsekwencje. I chyba dlatego, kiedy wróciłem do zwykłego życia, umiałem je poukładać tak, żeby wyglądało zwyczajnie, a jednocześnie było pod kontrolą.

Skromność to najtańsza przebieranka świata, a jednocześnie najskuteczniejsza. W rzeczywistości po prostu nie lubię hałasu. Nie potrzebuję, żeby ktoś mnie podziwiał, i nie potrzebuję, żeby ktoś mnie żałował. Lubię mieć wybór.

Lubię móc wejść do miejsca jako nikt i wyjść jako ktoś, jeśli będzie trzeba. A to „jeśli będzie trzeba” jest ważne, bo przez lata nauczyłem się jeszcze jednego: władza i pieniądze to nie zabawki, to narzędzia. A narzędziem nie macha się dla efektu. Narzędzie odkłada się na miejsce i sięga po nie dopiero wtedy, kiedy sytuacja naprawdę tego wymaga.

Dlatego w moim domu nie ma żadnych oznak sukcesu, żadnych fotografii, żadnych dyplomów na ścianie, żadnych opowieści przy stole, jak to kiedyś ja. Wolę, żeby ludzie oceniali mnie po tym, jak podaję rękę, jak słucham, jak reaguję, kiedy ktoś jest wobec mnie nieuprzejmy. Bo wtedy widać, kim są. Marcin nigdy nie był chłopcem, który lubił drążyć.

On raczej zbierał obrazki i układał je w głowie tak, żeby pasowały do tego, co już sobie postanowił. Kiedy był młodszy, miał w oczach dziecięcą ufność, że ojciec zawsze wie, zawsze umie, zawsze jakoś to ogarnie. Potem to się zaczęło zmieniać. Zaczął zauważać, że nie jestem już taki szybki, że czasem dłużej szukam okularów, że mam pudełko z tabletkami na blacie.

Zaczął patrzeć na mój dom nie jak na twierdzę, tylko jak na coś, co wymaga opieki. I wiesz, co jest w tym najsmutniejsze? Że on nie robił tego złośliwie. On wcale nie chciał mnie poniżyć.

To po prostu przyszło mu naturalnie. Zobaczył skromność i dopisał do niej historię o braku pieniędzy. Zobaczył stare auto i dopisał historię o tym, że mnie nie stać na nowe. On nie pyta: „Tato, czemu?

”. On mówi w głowie: „Wiem czemu” i zamyka temat. Czasem, jak przyjeżdżał, stawał w progu kuchni i rozglądał się, czy wszystko jeszcze stoi, czy czajnik działa, czy kran nie cieknie. Mówił: „Trzeba by ci coś tu poprawić.

Może ci kupię lepszą kurtkę”. A ja słuchałem, kiwałem głową. Czasem nawet się uśmiechałem, bo w tym była troska. Tylko że pod tą troską kryło się coś jeszcze, coś, o czym on sam może nawet nie chciał myśleć: ulga.

Ulga, że jemu się udało, że to on jest teraz tym, który może pomóc, że w jakimś sensie przerósł ojca. Młody mężczyzna potrzebuje takiego uczucia, jak fundamentu pod nogami. I ja mu tego fundamentu nie wyrywałem. Najbardziej widziałem to w drobnych sytuacjach.

Marcin potrafił rzucić mimochodem: „Wiesz, tato, teraz to wszystko jest drogie, trzeba się pilnować. Ja to już nie mogę sobie pozwolić na głupie wydatki”. I patrzył na mnie, jakby oczekiwał przyznania mu racji. A ja przytakiwałem, bo co miałem zrobić?

Powiedzieć mu, że to, co on nazywa pilnowaniem, ja robię od lat? Że dyscyplina to nie jest zaciskanie pasa, tylko umiejętność trzymania emocji na smyczy? Czasem było w nim napięcie, które czułem w powietrzu, tak samo jak czułem marcową wilgoć w Gdyni, zanim jeszcze spadnie mżawka. W jego telefonach, w jego milczeniu, w tym, jak unikał niektórych tematów.

Jakby zbliżało się coś, co go przerasta, ale on jeszcze nie chce tego nazwać. Halina weszła do mojego życia bez fanfar. U nas romantyzm zawsze wyglądał inaczej. Bardziej jak ciepła herbata postawiona pod nos, kiedy wracałem zmarznięty.

Jak ręka na ramieniu, kiedy człowiekowi robi się ciężko w środku, a on udaje, że wszystko gra. Jak milczenie, które nie jest karą, tylko spokojem. Halina nigdy nie potrzebowała scen. Nie była z tych kobiet, które muszą trzasnąć drzwiami, żeby było wiadomo, że im przykro.

Miała w sobie taką godność, która nie prosi o uwagę, która nie błaga o uznanie. Ona po prostu jest. Z zewnątrz można by pomyśleć, że to ja zawsze ciągnąłem nasz wózek, że ja byłem od poważnych spraw, a Halina od domu. A prawda jest taka, że wszystko, co było w naszym życiu stabilne, trzymało się głównie dzięki niej.

To ona pamiętała o rzeczach, które ja potrafiłem przegapić, bo miałem głowę zajętą czymś innym. To ona potrafiła powiedzieć jedno zdanie, że człowiek nagle widział sytuację jaśniej. Bez moralizowania, bez wykładu. Po prostu: „Witold, to nie jest twoja walka”.

Albo: „Witold, tu trzeba poczekać”. I miała rację częściej, niż bym chciał przyznać. Najbardziej widać to było, kiedy Marcin był mały. Ja wtedy potrafiłem znikać myślami, siedziałem niby przy stole, a w głowie układałem już coś, co miało wytrzymać nacisk, co nie mogło zawieść.

A Halina widziała dziecko. Widziała, że ma gorszy dzień, że się boi, że coś mu siedzi w sercu. Nie robiła z niego biednego chłopca, tylko dawała mu przestrzeń, żeby sam się ogarnął. To jest rzadki dar.

Tyle że tego daru nikt nie widzi, bo Halina nie krzyczy, nie opowiada o sobie, nie robi z życia teatru. Jak ktoś ją chwali, to ona tylko lekko się uśmiecha, jakby chciała powiedzieć: „Daj spokój, to nic takiego”. I właśnie wtedy pojawiło się zaproszenie. Marcin zadzwonił i mówił trochę za szybko, jak zawsze, kiedy chciał brzmieć swobodnie, a w środku był spięty.

„Tato, mamy zaproszenie. Znaczy ja mam, ale chcą, żebyście przyszli też. Taka kolacja z okazji Dnia Kobiet”. Powiedział to tak, jakby to była formalność, coś, co się odhacza.

A ja od razu poczułem, że to nie będzie zwykły wieczór. W jego głosie był nerw, jakby ktoś go popchnął do rzeczy, na którą nie jest gotowy. Jakby wiedział, że spotkają się dwa światy. Ten jego, wygodny, poukładany, błyszczący od ambicji, i ten nasz, cichy, niewygodny, bo nie daje się tak łatwo zaszufladkować.

Halina stała wtedy obok, kroiła jabłka na szarlotkę, bo ona zawsze coś robi rękami, kiedy myśli. Spojrzała na mnie tylko na moment. Nie było w tym spojrzeniu strachu, nie było ekscytacji. Był spokój, który mówił: „Pójdziemy, jeśli trzeba”.

I wtedy zrozumiałem, że to zaproszenie nie jest o kolacji, nie jest o święcie. To jest o tym, co ludzie pokażą, kiedy zobaczą Halinę — kobietę cichą, skromnie ubraną, bez potrzeby imponowania. I ja już wiedziałem, że jeśli ktoś tego wieczoru popełni błąd, to nie dlatego, że Halina będzie słaba, tylko dlatego, że oni jej siły w ogóle nie rozpoznają. Do Mariny dotarliśmy trochę wcześniej, bo nie lubię się spóźniać.

Halina szła obok mnie spokojnym krokiem, jak zawsze. Nie przyspieszała, nie oglądała się nerwowo, tylko raz poprawiła szal pod szyją, bo wiatr od wody uparcie wciskał się tam, gdzie nie powinien. Gdynia wieczorem ma światło, które jest jednocześnie piękne i chłodne. Latarnie odbijają się w mokrym chodniku, powietrze jest ciężkie od wilgoci.

Halina miała swój skromny płaszcz, ten, który nie robi wrażenia na nikim, kto patrzy tylko na metkę. Wełniany szal, rękawiczki, prosta torebka. Wszystko czyste, zadbane, tylko bez tego błysku, który bogaci biorą za styl. Marcin przysłał wcześniej wiadomość z adresem i krótkim „będzie dobrze”.

Tyle. Ani słowa o tym, gdzie dokładnie mamy wejść, kogo szukać, jak się zachować. Jakby sam nie był pewien, czy chce, żebyśmy się tam czuli pewnie. Kiedy podeszliśmy bliżej, zobaczyłem ich od razu.

Ludzie, którzy umieją wyglądać na pewnych siebie, nawet wtedy, kiedy w środku są pusto. Płaszcze lepiej skrojone niż większość moich ubrań. Szaliki, które kosztują tyle co czyjś miesięczny spokój. Kobiety w elegancji na pokaz, mężczyźni z tym ich spokojnym uśmiechem, który mówi: „Wiem, że tu pasuję”.

I te spojrzenia, które przesuwają się po człowieku jak skaner. Nie po to, żeby zobaczyć twarz, tylko po to, żeby odczytać status. Halina nie zareagowała ani drgnieniem. Szła tak, jakby szła na spacer.

I może właśnie to było w niej najbardziej denerwujące dla takich ludzi — że ona nie daje im tego małego ukłonu, tego drobnego napięcia, które mówi: „Proszę mnie zaakceptować”. Przy wejściu stała młoda kobieta. Na szyi miała identyfikator, ale nie zdążyłem odczytać imienia. Spojrzała na nas krótko i od razu jej wzrok zatrzymał się na Halinie.

Nie na mnie. Na Halinie. „Dobry wieczór. Jesteśmy zaproszeni” — powiedziałem spokojnie.

Kobieta skinęła głową, automatycznie. Spojrzała jeszcze raz na Halinę, na jej torebkę, na płaszcz, na szal, jakby układała w głowie, do której szufladki nas włożyć. „Goście wchodzą tutaj, ale obsługa ma wejście z boku. Tam, proszę”.

I ruchem dłoni wskazała kierunek, jakby mówiła do kogoś, kto ma zanieść tacę, a nie przyjść na kolację. Przez ułamek sekundy zrobiło mi się gorąco pod płaszczem. Nie dlatego, że ktoś się pomylił. Pomyłki się zdarzają.

Tylko w tym tonie nie było „przepraszam, niech się upewnię”. W tym tonie było ustawianie. Jakby Halinę trzeba było od razu postawić na właściwym miejscu, zanim ona sama wpadnie na pomysł, że mogłaby być kimś innym niż ta od podawania. Halina spojrzała na tę kobietę spokojnie, bez obrazy, bez miny.

„My jesteśmy razem” — powiedziała cicho. Kobieta zmarszczyła brwi, jakby to jej komplikowało pracę. A potem zamiast zwyczajnie zapytać, na kogo jest zaproszenie, rzuciła: „Proszę pana, rozumiem, ale wie pan, takie zasady, żeby nie było zamieszania”. Zamieszania.

Ciekawe słowo. Zawsze się go używa, kiedy ktoś chce przykryć swoje uprzedzenie czymś organizacyjnym, żeby brzmiało poważniej. Ja nie podniosłem głosu, nawet nie uniosłem brwi. Po prostu wyciągnąłem telefon i otworzyłem wiadomość od Marcina.

„Marcin — powiedziałem — to mój syn. Zaprosił nas oboje”. W jej oczach pojawiła się chwila niepewności. Ale zanim zdążyła się wycofać, usłyszałem za plecami czyjś cichy śmiech.

Ten śmiech, który nie jest radością, tylko komentarzem. Odwróciłem głowę i zobaczyłem kobietę w eleganckim płaszczu. Stała z boku i patrzyła na Halinę jak na ciekawostkę, jak na coś, co nie pasuje do obrazka. Halina stała prosto, tylko lekko zacisnęła palce na pasku torebki.

Tyle. Żadnych łez, żadnego oburzenia, nic, co dałoby im satysfakcję. A ja wtedy poczułem pierwsze ukłucie, o którym później długo myślałem. To nie była pomyłka przy wejściu.

To był znak, jak ten wieczór będzie wyglądał. Że tu wszystko będzie uśmiechnięte, gładkie, kulturalne, a pod spodem będzie pogarda, która udaje dobry ton. I wiedziałem już, że jeśli ktoś tej nocy straci twarz, to nie Halina. Kiedy wreszcie weszliśmy do środka, uderzyło mnie ciepło i zapach drogich perfum, który zawsze jest trochę zbyt pewny siebie.

Na zewnątrz marzec szarpał człowieka za kołnierz, a tutaj wszystko było miękkie. Światło, muzyka w tle, szkło połyskujące na stołach i ludzie gładcy, eleganccy, wyprasowani. Barbara podeszła do nas pierwsza. Wysoka, zadbana, z uśmiechem, który nie sięgał do oczu.

Taki uśmiech, jakby ktoś go ćwiczył przed lustrem, żeby robił właściwe wrażenie. Wyciągnęła rękę do mnie. „Pan Witold. Oczywiście.

Tak, słyszeliśmy”. Słyszeliśmy. To też jest ciekawe słowo. Nie „cieszymy się, że państwo przyszli”, tylko „słyszeliśmy”, jakbyśmy byli elementem programu, który trzeba odhaczyć.

Halina stała obok, spokojna. Barbara spojrzała na nią na ułamek sekundy, jakby sprawdzała, czy to na pewno ta sama osoba z wejścia, a potem natychmiast wróciła do mojego wzroku. Halina była dla niej tłem. „Ach, i pani” — dodała Barbara niby uprzejmie, ale bez cienia zainteresowania.

„Proszę, proszę. Jak miło”. W jej tonie było coś, co trudno opisać bez doświadczenia. Coś jak delikatne dociśnięcie palcem: „Wiem, gdzie jest twoje miejsce”.

Nie krzyk, nie chamstwo. Białe rękawiczki. Taka kultura, która potrafi bardziej upokorzyć niż wulgarność, bo nie masz się do czego przyczepić. Przecież ona się uśmiecha.

Przecież mówi „proszę”. Zaprowadzili nas do stołu. Długi, pięknie nakryty, ze świecami, z kwiatami, z kieliszkami ustawionymi równo. Miejsca na środku były już zajęte, najlepsze, najbliżej Barbary i Henryka.

Kiedy Barbara wskazała nam krzesła, zrobiła to ruchem, jakby dawała prezent. „Tutaj będzie państwu najwygodniej — powiedziała słodko. — Bliżej wejścia, żeby było swobodniej, bez ścisku”. Bliżej wejścia.

Prawie przy przejściu. Tam gdzie człowiek co chwilę musi się odsuwać, kiedy ktoś przechodzi. Tam, gdzie nie jesteś częścią stołu, tylko jego końcówką. Halina usiadła bez słowa, zdjęła rękawiczki, powoli ułożyła je obok torebki.

Wszystko zrobiła tak spokojnie, jakby to był jej własny wybór. Ja usiadłem obok, też bez komentarza. Ale w środku już zaczynałem rozumieć, jak Barbara będzie prowadzić tę grę. Uśmiech, uprzejmość, a pod spodem zimno.

Krystyna pojawiła się chwilę później. Znałem ten typ od pierwszego spojrzenia. Kobieta, która żyje z tego, że potrafi uderzyć tak, żeby nie zostawić siniaka. Miała na sobie coś jasnego, eleganckiego.

„O, państwo już są — zawołała, jakby robiła show. — No proszę, to jednak się udało dojechać. W marcu to pewnie ciężko, co? Wilgoć, wiatr, człowiek od razu czuje w krzyżu”.

Dodała niby troskliwie, ale tak, żeby wszyscy usłyszeli. Ktoś parsknął śmiechem. Ktoś inny udawał, że nie słyszy. Barbara podała kieliszek Halinie, ale zrobiła to tak, jakby podawała go komuś z obowiązku.

A potem od razu zwróciła się do innych gości, zaczęła opowiadać, żartować, rozkładać uwagę jak hostessa na pokaz. Halina została przy końcu stołu jak roślina w kącie. Niby jest, ale nikt jej nie podlewa. Krystyna wciąż krążyła.

Raz zatrzymała się przy Halinie i rzuciła: „Ale ładnie pani to wszystko nosi. Taki klasyczny styl. Teraz to młode dziewczyny inaczej, wie pani, wszystko bardziej odważne. No ale pani pewnie lubi spokój”.

Pani pewnie było jak klucz. Zamknąć Halinę w pudełku, podpisać je „stara szkoła” i postawić na półce, żeby nie przeszkadzała. Halina uśmiechnęła się lekko. „Lubię, kiedy jest porządnie” — odpowiedziała spokojnie.

Tylko tyle. Żadnego tłumaczenia, żadnej obrony. A Krystyna zamiast odpuścić dodała półżartem: „No i słusznie, słusznie. W końcu to Dzień Kobiet.

Trzeba się cieszyć. Każda na swój sposób, prawda? ” Powiedziała to tak, jakby Halina była ciekawostką do omówienia, jakby była innym gatunkiem kobiety. Patrzyłem na to wszystko i nie robiłem awantury, nie podnosiłem głosu, bo wiem, że ludzie tacy jak Barbara i Krystyna na to czekają.

Żebyś krzyknął, żebyś wyszedł na prostaka, żeby mogli potem powiedzieć: „No widzi pan, jacy oni są. Brak kultury”. Więc siedziałem spokojnie, słuchałem, uśmiechałem się, kiedy trzeba. Ale w środku narastała we mnie twarda decyzja.

Nie o zemście, nie o pokazaniu, kto tu rządzi. Tylko o jednym: że nie pozwolę, żeby Halina była tego wieczoru traktowana jak cień. Można się pomylić, można kogoś nie znać. Ale szacunek albo się ma, albo się go nie ma.

A oni właśnie w tych swoich białych rękawiczkach pokazali mi, że z szacunkiem u nich bywa wybiórczo. Halina czekała z prezentem cierpliwie, jakby wiedziała, że w takich miejscach wszystko ma swój moment. Nie wyrywała się, nie wtrącała. Siedziała przy tym naszym końcu stołu i obserwowała ludzi tak, jak ona potrafi — bez ocen na twarzy, ale z uwagą, której większość nie umie utrzymać dłużej niż kilka sekund.

Na stole rosła mała wystawa. Jedno pudełko w błyszczącym papierze, drugie w sztywnej torebce ze wstążką, trzecie owinięte w coś, co wyglądało jak z ekskluzywnego butiku. Ktoś przyniósł ogromny bukiet, ktoś inny pachnącą świecę w eleganckim słoju. Dzień Kobiet w takim towarzystwie miał swój rytuał.

Trochę jak teatr. Odpowiednie słowa, odpowiedni śmiech, odpowiednie „och, naprawdę nie trzeba było”. Wszystko wyreżyserowane tak, żeby każdy czuł się ważny. Magda siedziała bliżej środka stołu.

Piękna, dopracowana, z lekkim napięciem na twarzy, tą miną dziewczyny, która chce wypaść dobrze, ale nie wie, czy jej wolno być sobą. Kiedy Barbara coś mówiła, Magda kiwała głową. Kiedy Krystyna rzucała żart, Magda się uśmiechała, choć czasem z opóźnieniem, jakby wolała się nie śmiać, ale nie miała odwagi tego nie zrobić. W końcu Barbara klasnęła w dłonie i powiedziała, że czas na drobne niespodzianki.

Pudełka zaczęły wędrować w stronę Magdy. Torebki szeleściły, wstążki się rozwiązywały. Krystyna robiła z tego show — komentowała, zaglądała przez ramię, podśmiewała się w swoim stylu. Halina wtedy sięgnęła do torebki.

Zrobiła to tak spokojnie, jakby wyjmowała chusteczkę. Wyjęła małe pudełko. Zwykłe, bez błyszczącego papieru, bez wstążki, bez teatralnej otoczki. Drewniane, gładkie, z delikatnym rysunkiem słojów.

Widziałem, jak niektórzy spojrzeli na nie i już w ich twarzach pojawiła się ta szybka decyzja: „Aha, to coś taniego”. Halina wstała lekko, pochyliła się w stronę Magdy. „To dla ciebie, kochanie — powiedziała cicho. — Z okazji Dnia Kobiet”.

W jej głosie nie było ani krzty służalczości. Była serdeczność, taka prawdziwa, domowa, bez cukru. Magda spojrzała na pudełko i przez sekundę w jej oczach mignęło zdziwienie. Może dlatego, że to nie wyglądało jak prezent na poziomie.

Może dlatego, że było tak zwyczajne. „Ojej, dziękuję! ” — powiedziała Magda, biorąc pudełko w ręce. Krystyna natychmiast podeszła bliżej, jakby nie mogła znieść, że coś dzieje się bez jej komentarza.

„O, jakie śliczne — przeciągnęła. — Drewniane. Teraz to takie modne, wiecie, eko”. Zrobiła minę, jakby chwaliła, ale jej oczy mówiły co innego.

Magda otworzyła pudełko. W środku była broszka. Stara, ale zadbana. Nie taka, jaką kupuje się na szybko, żeby mieć prezent z głowy, tylko taka, która ma historię.

Delikatna, z małym bursztynem. Halina trzymała tę broszkę latami. Widziałem ją nieraz, kiedy przeglądała swoje rzeczy i mówiła: „To po mamie”. Nie było w tym sentymentalnego zawodzenia, tylko szacunek.

Wokół stołu zapadła cisza. Taka cisza, w której ludzie nie wiedzą, czy powinni udawać zachwyt, czy już mogą się śmiać. Krystyna wybrała śmiech lekki, niby niewinny. „To pani sama zrobiła?

” — zapytała, jakby pytała o przepis na sałatkę. Kilka osób parsknęło. Ktoś zakrył usta dłonią, ktoś odwrócił wzrok, ktoś udawał, że poprawia serwetkę. A Magda znieruchomiała z tą broszką w palcach.

Spojrzała na Halinę, jakby chciała ją obronić, ale nie wiedziała jak. Widać było, że walczy w sobie, czy być grzeczną córką Barbary, czy normalnym człowiekiem. Halina nie mrugnęła nawet. Uśmiechnęła się tylko lekko.

„Nie — odpowiedziała spokojnie. — To pamiątka. Chciałam, żebyś miała coś, co niesie za sobą dobre życzenie, a nie tylko błysk”. Krystyna uniosła brwi.

„Pamiątka? No tak — mruknęła. — Wzruszające”. Barbara pochyliła głowę, udając, że docenia.

„Bardzo miłe — powiedziała. — Tyle że Magda ma już trochę biżuterii, ale oczywiście liczy się gest”. Ten gest zabrzmiał jak „to niepotrzebne”, jak „zostawmy to, bo psuje atmosferę”. Siedziałem i patrzyłem na to wszystko z tą samą ciszą.

Ale we mnie coś już twardniało do końca. Bo tu nie chodziło o broszkę. Gdyby Halina przyniosła złoty naszyjnik, oni znaleźliby inny sposób, żeby ją ukuć. Tu chodziło o prawo do bycia traktowaną jak człowiek, jak kobieta, która przyszła z sercem, a nie z rolą obsługi.

Kalina podała Magdzie pudełko do ręki delikatnie, jakby przekazywała coś kruchego. „Jeśli ci się nie spodoba, nic się nie dzieje — dodała łagodnie. — Najważniejsze, żebyś była szczęśliwa”. I w tym jednym zdaniu była cała Halina.

Prosta, godna, bez potrzeby wygrywania. A ja wtedy pomyślałem, że oni właśnie popełniają błąd, którego jeszcze nie rozumieją. Bo można śmiać się z pudełka, można kręcić nosem na broszkę. Ale drwić z kobiety, która daje coś ze swojej historii, to już jest inny poziom.

I za taki poziom zawsze przychodzi rachunek. Henryk nie podszedł do mnie od razu. Najpierw udawał gospodarza, który ma wszystko pod kontrolą. Uśmiech, żarty, spojrzenia rzucane tu i tam.

Ale ja widziałem, jak mu chodzi po głowie to, co się wydarzyło przy prezencie. Widziałem to po tym, jak zaciął mu się na moment kącik ust, jak zacisnął palce na kieliszku, jak zerknął na Barbarę, a ona odpowiedziała mu krótkim ruchem głowy. Taki ich prywatny znak. Zajmij się tym.

Po jakimś czasie Henryk zbliżył się do naszego końca stołu jakby przypadkiem. Stanął za moim krzesłem, pochylił się i powiedział cicho: „Panie Witoldzie, może przejdziemy na chwilę? Tam jest ciszej”. Ton miał spokojny, nawet uprzejmy.

Tylko że pod tym spokojem było coś twardego, jak metal schowany pod aksamitem. Znałem to. Tacy ludzie mówią miękko, żebyś nie mógł im potem zarzucić agresji. A nacisk i tak czujesz w karku.

Spojrzałem na Halinę. Siedziała prosto, spokojna, ale widziałem, że ma napięte ramiona. Nie była roztrzęsiona. Ona po prostu słyszała wszystko i rozumiała więcej, niż inni myśleli.

Pochyliłem się lekko do niej. „Zaraz wrócę” — powiedziałem cicho. Halina skinęła głową. Tylko tyle.

Żadnego pytania. Żadnego „po co”. Jakby z góry wiedziała, że ta rozmowa i tak musi się odbyć. Poszliśmy kilka kroków dalej, w stronę miejsca, gdzie było mniej ludzi.

Za plecami dalej brzęczały rozmowy. Henryk oparł się o barierkę i spojrzał na mnie z tą miną człowieka, który zaraz powie coś rozsądnego. „Wie pan — zaczął — ja bardzo szanuję starsze pokolenie. Naprawdę.

I doceniam, że państwo przyszli. Tylko to jest taki wieczór szczególny”. Zatrzymał się na sekundę, jakby szukał odpowiednich słów. A tak naprawdę szukał słów, które pozwolą mu obrazić mnie i Halinę bez użycia brzydkich wyrazów.

„Będą ważni ludzie — powiedział w końcu. — Wie pan, jak to jest. Czasem trzeba dbać o obraz, o atmosferę”. Obraz, atmosfera.

Znowu te słowa, które mają przykryć prawdziwy sens. A prawdziwy sens był prosty: wy tu nie pasujecie. Henryk popatrzył mi prosto w oczy, jakby sprawdzał, czy zrozumiałem. „Nie chciałbym, żeby, no, żeby ktoś poczuł się niezręcznie” — dodał.

Uśmiechnął się lekko, jakby to miało być empatyczne. A ja od razu wiedziałem, że chodzi o Halinę. O jej płaszcz, o jej broszkę, o jej ciszę, o to, że nie gra w ich grę. „Rozumiem” — odpowiedziałem spokojnie.

Nie dlatego, że się zgadzałem, tylko dlatego, że chciałem usłyszeć do końca. Czasem człowiek musi pozwolić komuś się wygadać, żeby zobaczyć, jak daleko się posunie. Henryk odetchnął, jakby mu ulżyło, że nie przerwałem mu awanturą. I dlatego ciągnął.

„Może będzie tak najlepiej, jeśli państwo nie będą się już angażować w te rodzinne sprawy. Żeby nie było napięć, żeby wszystko przebiegło gładko”. Wiedziałem już, do czego zmierza. Czułem to od pierwszego „ważni ludzie”.

Henryk sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyjął kopertę. Grubą, sztywną. Trzymał ją tak, jakby to był dokument, który rozwiązuje problem.

„Niech pan tego nie odbiera źle — powiedział szybko. — To nie jest obraza. To jest po prostu rekompensata za dojazd, za czas, za wszystko. Wie pan, żeby państwo nie czuli się pominięci”.

„Niech pan tego nie odbiera źle”. Klasyka. Kiedy ktoś mówi takie zdanie, to znaczy, że właśnie robi coś, co jest złe. Tylko chce, żeby ci to ułatwić.

Popatrzyłem na tę kopertę i przez chwilę było we mnie cicho. Nie zaskoczenie, raczej takie spokojne „a więc jednak”. Bo do tej pory mogliśmy udawać, że to wszystko to tylko niezręczność. Że ktoś się pomylił przy wejściu, że Krystyna ma głupi styl żartów, że Barbara jest chłodna, bo stres.

Jeszcze można było znaleźć wymówki. Ale koperta nie była niezręcznością. Koperta była granicą. „Panie Henryku — powiedziałem cicho, ale twardo.

— Pan się właśnie pomylił”. Henryk zmrużył oczy. „W czym? ” — zapytał.

Wskazałem brodą w stronę stołu, gdzie siedziała Halina. „Pan myśli, że tu chodzi o pieniądze — powiedziałem spokojnie. — A tu chodzi o godność”. Henryk zrobił minę człowieka, który nie lubi tego słowa, bo godność jest niewygodna.

Godność nie daje się przeliczyć. „Proszę mnie źle nie zrozumieć” — zaczął znowu. „Ja pana rozumiem doskonale — przerwałem mu, nadal bez podniesionego głosu. — I właśnie dlatego mówię: nie kupuje się godności kobiety”.

Koperta nadal wisiała między nami. Henryk trzymał ją tak, jakby nagle przestał być pewien, czy to na pewno jest broń. A ja patrzyłem na niego spokojnie, bo w tej chwili już wiedziałem jedno. Oni przekroczyli granicę, której nie da się cofnąć uśmiechem.

I ten wieczór dopiero się zaczynał. Wróciłem do stołu spokojnie, tak jakbym wyszedł na chwilę zaczerpnąć powietrza. Henryk szedł krok za mną, odrobinę sztywniejszy niż wcześniej. Człowiek, który jeszcze przed chwilą był pewien, że wszystko załatwi po cichu, nagle nie był pewien niczego.

Barbara zauważyła nas od razu. Miała ten instynkt kobiet, które całe życie kontrolują przestrzeń wokół siebie. Spojrzała na Henryka, potem na mnie i coś w jej oczach zgasło. Krystyna też przerwała opowieść w pół zdania.

Nawet Magda przestała się uśmiechać. Usiadłem obok Haliny. Nie pytałem jej, co było, bo ona nie potrzebowała raportu. Wystarczyło, że poczuła mój ciężar na krześle, moje milczenie, moją obecność.

Halina spojrzała na mnie krótko. Tylko tyle, ile trzeba, żebyśmy się zrozumieli bez słów. I wtedy zaczęło się coś, co zawsze dzieje się w takich sytuacjach. Nerwy.

Najpierw drobne, prawie niewidoczne. Ktoś poprawia rękaw, choć nie ma czego poprawiać. Ktoś bierze telefon do ręki. Ktoś patrzy w bok, jakby sprawdzał, czy inni też to widzą.

Henryk nachylił się do Barbary i powiedział jej coś na ucho. Ja nie musiałem słyszeć słów. Wystarczyło, że widziałem, jak twarz Barbary stężała. Uśmiech został na miejscu, ale zrobił się cieńszy, bardziej plastikowy.

Krystyna szybko weszła w rolę ratunkową. „No kochani, nie psujmy atmosfery — zaśmiała się głośniej, niż trzeba. — Dzień Kobiet. Ma być miło”.

Powiedziała to, patrząc na Halinę. Jakby to Halina była zagrożeniem dla atmosfery. Halina nawet nie drgnęła. Odsunęła tylko od siebie kieliszek, jakby nagle uznała, że nie ma ochoty na nic, co pachnie pozorem.

Wokół stołu pojawił się szmer. Ten rodzaj szmeru, który rodzi się nie z rozmowy, tylko z plotki w czasie rzeczywistym. Ktoś pyta szeptem, co się dzieje. Ktoś odpowiada szeptem: „Nie wiem, ale Henryk jakiś blady”.

Telefony zaczęły migać. Dysketnie, ale jeden pociąga drugi jak domino. Goście, którzy przed chwilą byli tacy pewni siebie, nagle zaczęli sprawdzać coś nerwowo, jakby szukali potwierdzenia, że grunt pod nimi nadal jest twardy. I to jest moment, w którym przestajesz być niewidzialny.

Do tej pory siedziałem cicho, uśmiechałem się, kiedy wypadało. Pozwalałem im myśleć, że jestem tym starym facetem na skromnym, którego można przesunąć przy wejściu, posadzić na końcu stołu i uciszyć kopertą. Ale teraz już nie grałem. Odłożyłem serwetkę spokojnie, jakby to była najzwyklejsza czynność świata.

Popatrzyłem najpierw na Henryka, potem na Barbarę, potem na Krystynę. Nie z nienawiścią. Z uważnością. „Wiecie, co mnie najbardziej zdziwiło?

” — powiedziałem cicho. Wokół od razu zrobiło się ciszej. Nie dlatego, że byłem głośny, tylko dlatego, że w moim głosie nie było już tej miękkości, do której ich przyzwyczaiłem. Była pewność.

A pewność zawsze ucisza ludzi bardziej niż krzyk. Barbara drgnęła, jakby chciała wejść mi w słowo, ale Henryk dotknął jej dłonią, zatrzymał ją. On już czuł, że to nie jest rozmowa, którą da się ugasić uśmiechem. „Myślałem, że to tylko niezręczność — ciągnąłem.

— Pomyłka przy wejściu, niefortunny żart, chłód, bo stres. Człowiek zawsze może znaleźć wymówkę”. Krystyna uniosła brwi, robiąc minę oburzonej niewinności. „Ale o co panu chodzi?

” — rzuciła z tym swoim śmiechem, który miał brzmieć lekko. Nie odpowiedziałem jej od razu. Spojrzałem na Halinę, na jej dłonie spokojnie złożone na kolanach, na jej twarz, która nie prosiła o współczucie. „Wy nie upokorzyliście mnie — powiedziałem spokojnie.

— Wy upokorzyliście Halinę”. Magda wciągnęła powietrze tak gwałtownie, że aż to usłyszałem. Ktoś z boku odsunął krzesło, jakby nagle przypomniał sobie, że musi wyjść. „Kobietę, która przez całe życie dźwigała więcej, niż wam się w ogóle śni — dodałem, patrząc prosto na Henryka.

— I to jest różnica”. Wtedy zaczęła się prawdziwa panika. Nie ta filmowa, gdzie ludzie krzyczą i biegają, tylko ta elegancka panika. Urwane spojrzenia, szybkie wiadomości, nerwowe uśmiechy, które mają udawać, że wszystko jest pod kontrolą.

Jedna kobieta wstała, mówiąc: „Przepraszam, muszę zadzwonić”. Ktoś inny zaczął zbierać torebkę, jakby nagle zrobiło mu się duszno. Barbara próbowała się ratować. „Panie Witoldzie, proszę — zaczęła z tym swoim dobrym tonem.

— Nie róbmy scen”. Scen, oczywiście. Kiedy ktoś jest krzywdzony po cichu, to nie jest scena. Kiedy ktoś w końcu to nazywa, nagle robi się scena.

Uśmiechnąłem się lekko, bez radości. „Halina nie robi scen — powiedziałem. — To wy robicie teatr. Tylko że dziś już wam się dekoracje rozjechały”.

I w tej chwili zobaczyłem, jak kilka osób zaczyna się wycofywać jeszcze szybciej. Bo tacy ludzie nie boją się krzywdy. Oni boją się kompromitacji. Boją się, że ktoś zobaczy ich prawdziwą twarz.

Boją się, że obraz pęknie. A obraz właśnie pękał. I to nie ja uderzałem młotkiem. To oni sami naciskali przez cały wieczór, aż poszła pierwsza rysa.

Przez chwilę po moich słowach nikt nie wiedział, co zrobić z rękami, z oczami, z własnym oddechem. Kiedy pęka pozór, ludzie próbują go złapać jak talerz, który spada z kuchennej półki. Najpierw zaskoczenie, potem nerwowy ruch, a potem i tak słyszysz ten dźwięk, którego nie da się cofnąć. Henryk siedział sztywno, jakby ktoś przykręcił mu kręgosłup śrubą.

Barbara wciąż miała uśmiech, ale teraz on już był tylko maską. Krystyna zaczęła coś mówić, ale urwała w pół, bo zobaczyła, że nikt nie idzie za nią. Nawet Magda przestała udawać, że wszystko jest w porządku. Trzymała w dłoni tę broszkę, jakby nagle zrozumiała, że w tej małej rzeczy jest więcej prawdy niż w całej tej kolacji.

Ja nie miałem potrzeby robić show. Nie lubię patosu. Patos jest dla ludzi, którzy muszą się podpierać głośnymi słowami, bo nie mają faktów. A ja miałem fakty i miałem Halinę obok siebie.

„Wiecie, co jest najprostsze w tym wszystkim? — powiedziałem spokojnie, tak żeby usłyszeli ci najbliżej, ale też ci dalej. — To, że wy patrzyliście na Halinę i widzieliście płaszcz, widzieliście ciszę, widzieliście skromność”. Popatrzyłem na Barbarę, bo to ona była tu reżyserką.

„A ja patrzę na nią i widzę fundament” — dodałem. Barbara odruchowo uniosła brodę. „Panie Witoldzie — zaczęła miękko. — Nikt nie chciał nikogo urazić.

To się tak niefortunnie ułożyło”. Niefortunnie, oczywiście. Zawsze niefortunnie, kiedy ktoś zostaje złapany za rękę. Nie odpowiedziałem jej od razu.

Spojrzałem na Halinę. Ona siedziała spokojnie, wciąż ta sama, bez łez na pokaz, bez dramatycznych gestów. Tylko w jej oczach było coś twardszego niż wcześniej. Jakby ona już dawno znała tę grę, tylko rzadko miała ochotę w niej uczestniczyć.

„Halina całe życie robiła rzeczy, których wy nie potraficie nawet nazwać — powiedziałem. — Nie dlatego, że była niewidzialna, tylko dlatego, że nie musiała się popisywać”. Henryk chrząknął, jakby chciał wejść w słowo, ale coś go powstrzymało. Może to, że z każdym moim zdaniem sala robiła się coraz bardziej cicha, a cisza, kiedy wszyscy słuchają, jest dla takich ludzi bardziej przerażająca niż krzyk.

„To ona podejmowała decyzje wtedy, kiedy ja byłem zajęty pracą — ciągnąłem. — To ona trzymała wszystko w ryzach, kiedy inni by się rozsypali. To ona miała odwagę mówić »nie«, kiedy komuś się wydawało, że wystarczy uśmiech i wszystko przejdzie”. Krystyna spróbowała się zaśmiać.

„No ale… ” — zaczęła, jakby chciała obrócić to w żart. Odwróciłem głowę w jej stronę i ona od razu zamilkła. Nie dlatego, że na nią warknąłem.

Po prostu spojrzałem tak, jak się patrzy na człowieka, który przekroczył granicę i teraz udaje, że to była zabawa. „I wiecie, co mnie boli najbardziej? — powiedziałem. — Nie to, że pomyliliście się przy wejściu.

Nie to, że posadziliście nas na końcu stołu. Nie to, że śmialiście się z prezentu”. Barbara poruszyła palcami na serwetce, jakby chciała coś ukryć. „Boli mnie to, że przez cały wieczór nie daliście jej nawet krzty szacunku — dokończyłem.

— A to jest kobieta, która zasługuje na szacunek bardziej niż ktokolwiek tutaj”. Zapadła cisza tak gęsta, że słyszałem, jak ktoś z drugiej strony stołu stawia kieliszek na szkle. I wtedy zaczęły się próby ratowania sytuacji. Najpierw Barbara, szybko, słodko: „Halino kochana, jeśli poczułaś się źle, to naprawdę przepraszam.

To było nieporozumienie”. Kochana. Jeszcze godzinę temu Halina była dla niej „pani”. Teraz, kiedy grunt się poruszył, nagle zrobiła się „kochana”.

To zawsze wygląda tak samo. Henryk też spróbował swoją męską wersją przeprosin: „Wie pan, Witold, może rzeczywiście źle to wyszło. My szanujemy tradycje, szanujemy kobiety. Dzień Kobiet, no wiadomo”.

Tylko że w ich ustach to brzmiało jak hasło, nie jak przekonanie. Ktoś inny dorzucił: „No tak, nikt nie chciał źle”. A ja już wiedziałem, że te uśmiechy są ze strachu. Strachu przed tym, że ktoś zobaczy.

Strachu przed tym, że ich klasa okaże się tylko dekoracją. Bo jeśli naprawdę szanujesz człowieka, nie czekasz z szacunkiem do momentu, aż zrobi się niebezpiecznie. Halina w końcu podniosła wzrok. Spojrzała na Barbarę spokojnie, bez triumfu i powiedziała cicho: „Ja się nie obrażam o to, że ktoś ma więcej albo mniej.

Ja się obrażam, kiedy ktoś patrzy na kobietę i widzi tylko miejsce, w którym można ją posadzić”. To było zdanie proste, zwyczajne. I właśnie dlatego uderzyło najmocniej, bo nie było w nim żadnego patosu. Była prawda, którą ciężko zagadać.

Widziałem, jak Magda ściska broszkę w dłoni, jakby to była jedyna rzecz tego wieczoru, która jest prawdziwa. W jej oczach pojawiły się łzy, ale szybko je wytarła, jakby bała się, że ktoś uzna to za słabość. Ja wstałem pierwszy. Nie dramatycznie, po prostu.

„Dziękujemy za zaproszenie — powiedziałem spokojnie. — Halina miała dziś święto i ja chciałem, żeby poczuła się jak kobieta, a nie jak dodatek do stołu”. Ująłem Halinę pod ramię. Wstała razem ze mną bez pośpiechu.

W jej postawie nie było pokory. Była godność. Kiedy szliśmy w stronę wyjścia, za plecami nadal brzmiały nerwowe słowa, szybkie: „Przepraszamy, to nie tak, proszę zostać”. Ale to już było jak szum, jak wiatr w marinie, który coś mówi, a ty i tak idziesz przed siebie.

Na zewnątrz uderzył nas chłód, ten marcowy, wilgotny, z wiatrem od wody. Halina poprawiła szal pod szyją i uśmiechnęła się do mnie ledwo widocznie. I wtedy pomyślałem to, co powinno się pamiętać zawsze, nie tylko w Dzień Kobiet. Pieniądze mogą kupić jacht, światła, muzykę i te wszystkie pozory.

Mogą kupić ludzi, którzy będą klaskać i mówić: „Och, jak cudownie”. Ale nie kupią szacunku do kobiety. Ten szacunek albo się ma w sobie, albo nie ma go wcale.