Wojna przyszła do Częstochowy wcześniej, niż ktokolwiek się spodziewał. Rankiem trzeciego września 1939 roku niemieckie oddziały wkroczyły do miasta bez jednego wystrzału. Siódma dywizja piechoty Wojska Polskiego wycofała się już poprzedniego dnia, a za nią podążyły tysiące mieszkańców, zostawiając domy, warsztaty i kościoły w ciszy. Ci, którzy zostali, głównie starcy, kobiety i dzieci, przyjęli okupantów spokojnie.

Niemieccy dowódcy spodziewali się oporu ze strony robotniczej ludności, którą kojarzyli z komunistycznymi organizacjami, ale przez cały dzień nie wydarzyło się nic, co mogłoby potwierdzić te obawy. Miasto leżało zaledwie trzydzieści kilometrów od granicy polsko-niemieckiej, a przed wojną liczyło około stu trzydziestu ośmiu tysięcy mieszkańców. Wraz z narastającym napięciem wiele rodzin wysłało kobiety i dzieci w głąb kraju, a mężczyźni w wieku poborowym stawili się do wojska. Kiedy pierwsze strzały padły na froncie, a armia niemiecka przedarła się przez granicę, miasto zostało praktycznie bezbronne.
Czterdziesty drugi pułk czterdziestej szóstej dywizji piechoty otrzymał rozkaz natychmiastowego ustanowienia silnej władzy po wkroczeniu do Częstochowy, ale zamiast oporu zastał puste ulice i przerażonych cywilów. Przez prawie cały czwarty września sytuacja pozostawała spokojna. Wczesnym popołudniem wszystko się zmieniło. W dwóch różnych dzielnicach miasta niemal jednocześnie rozległy się strzały.
Na dziedzińcu szkoły przemysłowej, gdzie stacjonowali żołnierze, ktoś otworzył ogień. Kilkaset metrów dalej, na ulicy Strażackiej, oddziały dziewięćdziesiątego siódmego pułku piechoty eskortowały grupę polskich cywilów zatrzymanych w pobliskich wsiach, gdy nagle zaczęła się strzelanina. Świadkowie z obu miejsc opisywali później całkowity chaos. Strzały dobiegały ze wszystkich stron, a echo odbijało się od ścian kamienic, przez co nikt nie potrafił wskazać źródła ognia.
Niemieccy żołnierze, w większości niedoświadczeni rekruci, spanikowali. Strzelali na oślep, wierząc, że zostali zaatakowani przez partyzantów ukrytych w oknach lub na dachach budynków. Skutki były natychmiastowe i tragiczne. Ośmiu niemieckich żołnierzy zginęło, a czternastu odniosło rany.
Najprawdopodobniej większość z nich padła ofiarą własnego ostrzału, gdyż pociski smugowe odbijały się od murów i sprawiały wrażenie, że ogień prowadzony jest z budynków. Główny lekarz czwartego korpusu armii stwierdził później wprost, że nie wierzy, aby cywile strzelali do niemieckich żołnierzy. Nawet Einsatzgruppe 2, nazistowski szwadron śmierci podążający za armią, przyznał w raporcie, że nie dało się ustalić, kto do kogo strzelał. Przeszukania okolicznych domów nie przyniosły żadnych rezultatów.
Nie znaleziono broni, nie zatrzymano żadnego uzbrojonego cywila. Jednak niemieccy dowódcy zignorowali te dowody. Oskarżyli polskich i żydowskich mieszkańców miasta o zorganizowany atak i zarządzili natychmiastowe represje. Rozpoczął się terror.
Żołnierze wtargnęli do domów w całym mieście, wyciągając ludzi z mieszkań siłą. Cywilów bito kolbami karabinów, kopano i grożono im bronią. Kobiety, dzieci i starców zmuszono do marszu w kierunku trzech punktów zbiórki: placu magistratu, Nowego Rynku i placu przed katedrą. Na miejsce zgonów tysiące przerażonych ludzi kładziono twarzą do ziemi i nakazywano im leżeć bez ruchu przez wiele godzin.
Ktokolwiek się poruszył, ryzykował natychmiastowy strzał. Innych trzymano przez długi czas z uniesionymi rękami, aż drętwiały im ramiona. Mężczyzn oddzielono od kobiet i dzieci, a następnie przeprowadzono szczegółowe rewizje. Wystarczyło mieć przy sobie żyletkę albo scyzoryk, by zostać rozstrzelanym na miejscu.
Na placu magistrackim cywili ustawiono w szereg i rozstrzeliwano z bliskiej odległości. Kolejne egzekucje odbywały się na wewnętrznym dziedzińcu ratusza. Ofiary prowadzono pojedynczo i zabijano strzałem w tył głowy, a ich ciała wrzucano do rowu przeciwlotniczego wykopanego za budynkiem. Później odnaleziono tam czterdzieści osiem ciał.
Podobne zbrodnie popełniono na Nowym Rynku przy kościele Świętego Zygmunta, w pobliżu fabryki Brasa i przy szpitalu wojskowym. Świadkowie wspominali szczególnie okrutne sceny na Nowym Rynku, gdzie żołnierze zmuszali żydowskich cywilów do przeskakiwania rowu, bijąc ich i śmiejąc się przy tym. Członkowie Einsatzgruppe 2 również przyłączyli się do przemocy. Twierdzili, że zastrzelili dwóch partyzantów czwartego września i kolejnych następnego dnia, nazywając ich snajperami i zabójcami, choć nie przedstawili żadnych dowodów.
Na placu magistrackim zgromadzono tego dnia niemal sto tysięcy osób. Kobiety i dzieci zwolniono po wielu godzinach, ale większość mężczyzn zatrzymano i eskortowano do więzienia na Zawodziu. W ciągu kilku godzin budynek został całkowicie przepełniony. Więźniów przeniesiono następnie do kościoła Świętego Zygmunta, a gdy i tam zabrakło miejsca, zaprowadzono ich do katedry.
Niemieccy żołnierze wielokrotnie wchodzili do obu świątyń, strzelając w powietrze nad głowami ludzi i grożąc, że rozstrzelają wszystkich. Część ofiar rzeczywiście zastrzelono w katedrze, a warunki szybko stały się nie do zniesienia. Więźniom nie pozwalano opuszczać budynku nawet w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych, co doprowadziło do zbezczeszczenia kościołów. Ci, którzy przeżyli, opisywali tę noc jako koszmar pełen krzyków, modlitw i strachu przed śmiercią.
Niemieckie raporty wojskowe początkowo informowały o rozstrzelaniu dziewięćdziesięciu dziewięciu osób. Liczba ta była daleka od prawdy. Na początku 1940 roku władze okupacyjne zarządziły ekshumację zwłok w Częstochowie. Śledczy odkryli dwieście dwadzieścia siedem ciał: stu dziewięćdziesięciu czterech mężczyzn, dwadzieścia pięć kobiet i ośmioro dzieci.
Wśród ofiar było dwustu pięciu Polaków i dwudziestu dwóch Żydów, a sto dwadzieścia jeden osób udało się zidentyfikować z imienia i nazwiska. Późniejsze badania wykazały, że rzeczywista liczba ofiar była wyższa i mogła sięgać od trzystu do nawet pięciuset cywilów. Represje nie skończyły się jednak czwartego września. Piątego września, w pobliżu lotniska, rozstrzelano siedmiu Polaków.
Niemiecki komendant miasta wprowadził surową godzinę policyjną obowiązującą od osiemnastej do siódmej rano. Każdy, kto został zauważony na ulicy w tym czasie, ryzykował natychmiastową egzekucję. Ósmego września żołnierze przeszukujący budynek klasztoru, który wcześniej służył polskiej kawalerii, znaleźli fragmenty polskich mundurów i dwie brzytwy. Aresztowano dwóch mnichów, starszego ojca jednego z nich, trzech sąsiadów i dwóch robotników.
Wszystkich zabrano do koszar, a następnie stracono w lesie poza miastem. Dziesiątego września przeprowadzono zakrojoną na szeroką skalę akcję czystek. Setki Polaków i Żydów aresztowano, pobito i przetrzymywano w nieludzkich warunkach. Prawie siedemset osób wywieziono do obozów jenieckich w Niemczech, gdzie wielu z nich kontynuowano maltretować.
Czterdziesta szósta dywizja piechoty, która dokonała masakry w Częstochowie, wkrótce opuściła miasto i ruszyła dalej. Jej żołnierze walczyli we Francji w 1940 roku, a następnie wzięli udział w inwazji na Jugosławię wiosną 1941 roku. Kiedy latem tego samego roku Niemcy zaatakowały Związek Radziecki, dywizja maszerowała przez Ukrainę i Krym, pozostawiając za sobą kolejne zniszczone wsie i miasta. Na początku listopada 1941 roku ci sami żołnierze wzięli udział w zdobyciu nadmorskiego miasta Teodozja nad Morzem Czarnym.
Wkroczyli do niego tak samo jak do Częstochowy, pewni siebie i przekonani o swojej sile. Ale tym razem wojna miała się odwrócić. Dwudziestego dziewiątego grudnia 1941 roku radzieckie oddziały piechoty morskiej i lądowej wylądowały na plażach Teodozji. Następnego dnia miasto zostało odbite.
Wycofujący się niemieccy dowódcy zostawili za sobą około stu sześćdziesięciu rannych żołnierzy z czterdziestej szóstej i sto siedemdziesiątej dywizji piechoty. Leżeli w wojskowych szpitalach, wielu z nich było zbyt ciężko rannych, by można ich było ewakuować. Opiekowało się nimi zaledwie kilku niemieckich i rosyjskich lekarzy oraz pielęgniarek. To właśnie tam, w tych prowizorycznych placówkach medycznych, doszło do jednego z najbardziej brutalnych aktów zemsty na froncie wschodnim.
Według relacji świadków, w tym rosyjskiego personelu medycznego, radzieccy żołnierze weszli do szpitala pijani. Nie zatrzymali się na rannych. Najpierw zastrzelili lekarzy i pielęgniarki, którzy próbowali ich powstrzymać. Potem rzucili się na łóżka.
Niektórych rannych Niemców wyrzucano przez okna na skały poniżej, inni zostali wywleczeni na zewnątrz, gdzie panował zimowy mróz. Tam bito ich, okaleczano i oblano wodą, tak że ich ciała zamarzły na kość. Wielu pobito na śmierć tam, gdzie leżeli, bez możliwości ucieczki czy obrony. Kiedy osiemnastego stycznia 1942 roku niemieckie siły odzyskały Teodozję, odkryły pełny rozmiar masakry.
Lekarze wojskowi zgłosili znalezienie ciał ułożonych w stosy pod cienką warstwą piasku wokół szpitali. Wiele z nich wciąż miało założone szyny i gipsy, co świadczyło o tym, że ofiary były całkowicie bezbronne. Inne zwłoki leżały zamarznięte na plaży, z połamanymi lub zmiażdżonymi kończynami. Na pobliskim cmentarzu, w zrujnowanym budynku, znaleziono ponad sto ciał ułożonych jedno na drugim.
Wiele z nich nosiło ślady ciężkich okaleczeń. Z całej grupy rannych przeżyło zaledwie dwunastu Niemców, którzy uniknęli śmierci tylko dlatego, że przez kilka dni ukrywali się przed radzieckimi żołnierzami, podczas gdy pozostali zostali wytropieni i zabici. Wśród ofiar było wielu żołnierzy czterdziestej szóstej dywizji piechoty, tej samej jednostki, która dwa lata wcześniej dokonała masowych mordów na cywilach w Częstochowie. Tam, na krymskim wybrzeżu, przemoc, którą kiedyś wyrządzili bezbronnym Polakom i Żydom, powróciła do nich w niemal identycznej formie.
Ci, którzy rozkazywali rozstrzeliwać ludzi na placach, którzy wyciągali rodziny z domów i zmuszali ich do leżenia twarzą w błocie, którzy zabijali za posiadanie żyletki, sami zostali zabici w szpitalnych łóżkach, bez szansy na obronę. Ich ciała zamarzły w śniegu i piasku, tak jak wcześniej ciała ich ofiar spoczęły w ziemi częstochowskich placów. Krwawy poniedziałek w Częstochowie przeszedł do historii jako jedna z pierwszych masowych zbrodni niemieckiej armii na polskiej ziemi. Śmierć przyszła tam z rąk żołnierzy, którzy nie potrafili odróżnić własnego ognia od wrogiego, a zamiast przyznać się do błędu, postanowili zrzucić winę na niewinnych mieszkańców.
Ich zemsta nadeszła jednak z innej strony, w innym czasie i w innym miejscu, ale była równie okrutna i bezlitosna. Przypadek sprawił, że ci sami ludzie, którzy we wrześniu 1939 roku decydowali o życiu i śmierci częstochowskich cywilów, znaleźli się w grudniu 1941 roku w szpitalach Teodozji, gdzie wojna dopadła ich z taką samą bezwzględnością, z jaką oni sami postępowali wobec swoich ofiar.


