„Niech mnie wieszają. Strzelać przecież nie umieją” – usłyszałem, jak mówi mój mąż, gdy 1 października 1946 roku w Norymberdze odczytano wyrok śmierci. Herman zawsze był aktorem, ale wtedy…

„Niech mnie wieszają. Strzelać przecież nie umieją” – usłyszałem, jak mówi mój mąż, gdy 1 października 1946 roku w Norymberdze odczytano wyrok śmierci. Herman zawsze był aktorem, ale wtedy...

15 października 1946 roku, w Pałacu Sprawiedliwości w Norymberdze, jedenastu skazańców przygotowywało się na śmierć. Podejrzewali, że właśnie tej nocy zostaną powieszeni za zbrodnie przeciw pokojowi, zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości. W pierwszej kolejności na szubienicę miał trafić Hermann Göring. Tak kończył się ostatni rok życia człowieka, który jeszcze kilka lat wcześniej był drugą osobą w Trzeciej Rzeszy.

Thumbnail

Od lipca 1940 roku nosił tytuł marszałka Rzeszy i sprawował władzę, jaką trudno było porównać z jakąkolwiek inną w nazistowskich Niemczech. Jednak od 1944 roku jego pozycja była w dużej mierze fikcją. Nowi i starzy gracze zajęli jego miejsce w otoczeniu Hitlera, a wojenne zawirowania prowadziły go ku fascynującemu finałowi. Göring przeżył Goebbelsa, Bormanna, Himmlera i samego Hitlera.

To czyniło go najbardziej prestiżowym jeńcem aliantów. Choć Karl Dönitz formalnie piastował wyższy urząd jako następca Hitlera, realnie nigdy nie zbliżył się do kompetencji, które w szczytowym momencie posiadał Göring. Jak wyglądała codzienność marszałka w niewoli? Co mówiła o jego charakterze?

Warto zacząć od samego początku. Göring trafił w ręce aliantów 9 maja 1945 roku. Miał przy tym sporo szczęścia, bo 23 kwietnia wysłał do berlińskiego bunkra Hitlera telegram, w którym zakładał przejęcie władzy. Co gorsza, do Hitlera szybko dotarły wieści, że Göring może pertraktować z aliantami w sprawie kapitulacji.

Führer zareagował histerycznie i nakazał aresztowanie marszałka przez SS. Biorąc pod uwagę losy takich ludzi jak generał Felligiebel, Göringa mogła czekać błyskawiczna egzekucja. Sytuacja w Berlinie zmieniała się jednak tak szybko, że ostatecznie Hitler zdecydował się jedynie pozbawić marszałka wszelkich stanowisk i wyrzucić go z partii. Göring, dogorywający z resztką wiernych żołnierzy, 5 maja został uwolniony z rąk esesmanów przez oddział Luftwaffe bez jednego strzału.

Później wspominał, że to był jeden z najpiękniejszych momentów w jego życiu. W końcu 9 maja sam oddał się w ręce amerykańskich żołnierzy. Do sierpnia przebywał wraz z innymi kluczowymi więźniami w dobrych, choć spartańskich warunkach, w obozie o nazwie Camp Ashcan w miasteczku Mondorf-les-Bains. Komendant więzienia, pułkownik Burton C.

Andrus, miał podobno powiedzieć, że Göring, gdy do niego trafił, był niechlujem z głupawym uśmieszkiem i dwiema walizkami pełnymi parakodyny. Myślał, że ma do czynienia z handlarzem narkotyków. Szybko jednak odebrano mu środki przeciwbólowe i zaczęto robić z niego człowieka. Tamtejszy psychiatra, doktor Douglas M.

Kelley, uznał Göringa za bardzo skorego do współpracy i namówił go do odwyku, sugerując, że silny człowiek musi nauczyć się znosić ból. Dzięki temu Göring przed lekarzami w Norymberdze mógł zaprezentować się niemal u szczytu sił umysłowych. Do Pałacu Sprawiedliwości w Norymberdze, odpowiednio przygotowanego do najważniejszego powojennego procesu, Göring został przerzucony dopiero 12 sierpnia. To był już inny człowiek niż trzy miesiące wcześniej.

Dostał niewielką celę numer 5, liczącą jedynie jedenaście metrów kwadratowych, utrzymaną w bardzo prymitywnych warunkach. Prysznic przysługiwał mu raz w tygodniu, ale codziennie rano pozwalano mu na spacer po dziedzińcu i gimnastykę. Do usług miał niemieckiego golibrodę i fryzjera. Aż do rozpoczęcia właściwej rozprawy pozostawał praktycznie odcięty od kontaktu z innymi oskarżonymi.

Próby rozmów podczas gimnastyki kończyły się niepowodzeniem. Nic dziwnego, że chętnie korzystał z możliwości rozmowy z lekarzami więziennymi. Dzięki ich zapiskom wiemy dziś, jak wyglądało jego życie za kratami. Göring starał się trzymać pozory osoby spokojnej i wesołej – w celi wygodnie rozpierał się na pryczy z książką w jednej i fajką w drugiej ręce.

Kelley poczuł do niego pewną sympatię, a w październiku osobiście odwiedził jego żonę, Emmę. Ta zapisała w swoich wspomnieniach, że doktor przekazał jej list od męża – pierwszy kontakt od pięciu miesięcy. Gdy zapytała, jak Herman radzi sobie w więzieniu, Kelley odpowiedział, że jest niczym skała na morzu targana przez sztorm. Od tej pory małżonkowie prowadzili rzadką, ale regularną korespondencję, choć pełną ograniczeń – listy do Hermana miały zawierać najwyżej 25 słów, a odpowiedzi mieścić się na pocztówce lub więziennej karcie.

20 października do Norymbergi przybył kolejny psychiatra, Gustave Gilbert, autor słynnych „Dziennika norymberskiego”. Obok niego pracował też Leon Goldensohn, którego rozmowy z oskarżonymi przez lata pozostawały mniej znane. Wszyscy zgadzali się co do jednego – Göring, ze względu na swoją inteligencję, był niewątpliwie najwybitniejszym z więźniów. W testach IQ zajął wysokie trzecie miejsce z wynikiem 138 punktów, przegrywając z Arturem Seyss-Inquartem i Hjalmarem Schachtem.

Trzeba jednak pamiętać o problematycznej metodologii tych wczesnych testów. Mimo to Göring należał do ludzi szalenie inteligentnych, a według ówczesnych tabel plasował się wśród 2,2 procent najinteligentniejszych ludzi na świecie. Gilbert był pod wrażeniem jego umiejętności zapamiętywania serii liczb o wzrastającej trudności i porównywał go do błyskotliwego, egoistycznego ucznia chcącego popisać się przed nauczycielem. Obaj lekarze zauważali jednak teatralność i pewne moralne zepsucie.

Gdy Göring dowiedział się o tym, że nie może dysponować swoim majątkiem, natychmiast stracił rezon, jak mały chłopiec, któremu uniemożliwiono realizację planów. Widzieli w nim kogoś na miarę hochsztaplera i wielkiego dziecka, a jednak dostrzegali też prozaiczne motywacje – w Norymberdze był führerem bez ojczyzny, marszałkiem bez armii, więźniem oskarżonym o prowadzenie agresywnej wojny i umyślne mordowanie milionów ludzi. Göring wiedział, że dla psychiatrów jest świetnym tematem, i czerpał energię z poświęcanej mu uwagi. Zdawał sobie też sprawę, dokąd zmierzają jego losy.

„Proces uważam za gotową sprawę polityczną – mówił. – Jestem przygotowany na konsekwencje i pewien, że sędziowie, zwłaszcza rosyjscy i francuscy, już mają swoje instrukcje. Wiem, czego mogę oczekiwać. Dziś napisałem nawet list pożegnalny do żony.

Gdy 20 listopada 1945 roku dwudziestu z dwudziestu jeden więźniów zasiadło na ławie oskarżonych, Göring pojawił się w pierwszym rzędzie po prawej stronie, obok Rudolfa Hessa. Ernst Kaltenbrunner nie mógł się stawić z powodów zdrowotnych. Po raz pierwszy od uwięzienia Göring miał okazję spotkać się z pozostałymi oskarżonymi. Wyobrażał sobie, że w świetle fleszy pokaże, na co go stać, ale pierwszy kontakt z mikrofonem okazał się rozczarowujący.

Drugiego dnia obrad, gdy padło pytanie o przyznanie się do winy, zaczął mówić: „Zanim odpowiem na pytanie Wysokiego Sądu, czy przyznaję się do winy, czy nie…”. Natychmiast poproszono go o precyzyjną odpowiedź. Powiedział więc krótko: „W sensie oskarżenia – nie przyznaję się do winy”. Od tej pory żył w nowym rytmie.

Typowy dzień sądowy wyglądał następująco: sesja poranna do południa, przerwa obiadowa w górnych pomieszczeniach budynku, potem sesja popołudniowa do około siedemnastej, powrót do celi, szybkie przebranie, oddanie garnituru do prasowania, kolacja, a następnie wieczorne spotkania z adwokatem w pokoju konferencyjnym, gdzie omawiano przebieg procesu i sporządzano notatki. Do celi wracał wyczerpany i natychmiast zasypiał. W soboty i niedziele sąd nie obradował, ale praca z obrońcami trwała dalej. Na spacery po dziedzińcu pozostawało niewiele ponad pół godziny dziennie.

. 29 listopada oskarżeni obejrzeli film dokumentalny o wyzwoleniu obozów koncentracyjnych. Gilbert notował reakcję Göringa: wychylał się za barierkę, przez większość czasu nie patrzył, wyglądał na wpół żywego, posępny, oparty na łokciu. Jego próżność zupełnie znikła.

Większość oskarżonych wpadła w posępne, wręcz histeryczne nastroje, ale Göring narzekał na co innego: „To było takie udane popołudnie, dopóki nie pokazali tego filmu. Odczyta zapis moich rozmów telefonicznych w sprawie Austrii i wszyscy śmiali się wraz ze mną. A potem pokazali ten okropny film i tylko wszystko zepsuli. ” Przede wszystkim zależało mu na wizerunku u innych oskarżonych.

I rzeczywiście, potrafił go budować. Jak wspominał Albert Speer, więźniowie mogli ze sobą swobodnie rozmawiać podczas spacerów, a powtarzały się zawsze te same tematy: proces, akt oskarżenia, niekompetencja międzynarodowego sądu, oburzenie z powodu hańby. Göring prezentował się jako pewny siebie bufon, skrajnie krytyczny wobec Hitlera niemal do samego końca, i przekonywał, że jeśli Niemcy będą się trzymać razem, skończą niczym Napoleon zesłany na odległą wyspę. Starał się też budować autorytet przez wielkoduszność – zgrywał bohatera, który weźmie na siebie wszystkie zarzuty, by uratować życie innych.

Jeszcze 21 listopada powiedział do Waltera Funka: „Nie martw się. Ty tylko dostawałeś ode mnie rozkazy. Biorę pełną odpowiedzialność za plan czteroletni. ” Gilbert zauważał, że młodszy Baldur von Schirach początkowo dostał się pod wpływy Göringa i działał jako jego posłaniec w kontaktach z resztą oskarżonych.

Göring stworzył coś w rodzaju swojej koterii. Sam przyznawał, że choć trudno utrzymać ją w gotowości bojowej, przynajmniej powstrzymuje innych przed atakowaniem się nawzajem. Przy stole jadał obiad przede wszystkim z Dönitzem, Funkiem i Schirachem. Hans Frank opowiadał w grudniu, jak kiedyś podczas spaceru Göring zatrzymał się, spojrzał na niego i czekał, aż Frank zajmie miejsce po jego lewej stronie, bo to Göring był starszym rangą oficerem.

„Może pan to sobie wyobrazić? Nawet teraz, w więzieniu, mimo tych oporów, Göring przejął rolę dowódcy. ”

Na początku stycznia 1946 roku Kelly opuścił Norymbergę, a jego miejsce 3 stycznia zajął Leon Goldensohn. Więźniowie lubili go bardziej niż Gilberta.

Goldensohn sprawiał wrażenie łagodnego i szczerze zainteresowanego ich losem. Gilbert natomiast potrafił stracić dystans – w jednym z epizodów szydził z więźniów, pokazując im zdjęcia powieszonych niemieckich zbrodniarzy z sugestią, że ich czeka podobny los. Trzeba jednak pamiętać, że rozmowy z psychiatrami były dla oskarżonych także formą budowania obrony. Göring starał się stworzyć jednolity front, który przedstawiłby nazistowskie rządy jako racjonalne.

Chciał uniknąć jawnego ataku na Hitlera i przerzucania się oskarżeniami. Optymalnie byłoby zrzucić winę na zmarłych i nieobecnych. Ale było w tym coś jeszcze. Speer wspominał, że Göring sądził, iż zwycięzcy mogą go wprawdzie zgładzić, ale po 50 latach jego szczątki znajdą się w marmurowym grobowcu, a naród niemiecki czcić go będzie jako bohatera i męczennika.

W rozmowie z Gilbertem Göring przyznał: „Wyrok śmierci dla mnie nic nie znaczy, ale dla mojej reputacji znaczy wszystko. Dlatego właśnie rad jestem, że Dönitz ugrzązł, podpisując kapitulację. Nie chciałbym, aby historia łączyła z tym moje nazwisko. Ojczyzna nigdy nie myśli dobrze o przywódcach, którzy aprobowali coś do śmierci.

Do diabła, nie bałem się śmierci od czasu, gdy skończyłem 12 czy 14 lat. ” To ostatnie zdanie brzmiało teatralnie i wręcz dziecinnie, ale Gilbert ciągle był pod wrażeniem aktorskich umiejętności Göringa. Charakterystycznym gestem marszałka na ławie oskarżonych było pełne niedowierzania kręcenie głową, gdy oskarżyciele przedstawiali materiał dowodowy. Powtarzał: „Jeśli mam iść na śmierć, umrę raczej jako męczennik niż zdrajca.

Nikt nie szanuje człowieka, który zwraca się przeciwko swojemu władcy. Myśli pan, że Rosjanie mają jakikolwiek szacunek dla von Paulusa? ”

Nie mogło więc dziwić, że Göring tracił nerwy, gdy wspólny front obrony sypał się na jego oczach. 3 stycznia 1946 roku doszło do jawnej zdrady – Albert Speer przedstawił się przed sądem jako niedoszły zabójca Hitlera.

Göring wieczorem klął, jak mógł, na człowieka, który „upadł tak nisko, aby zrobić takie świństwo dla ratowania swojej parszywej głowy”. 7 stycznia był coraz bardziej rozdrażniony ilością materiału dowodowego na temat niemieckich zbrodni. Zeznawali sami Niemcy, a dokumenty mówiły same za siebie. Gdy przesłuchiwany był Erich von dem Bach-Zelewski, Göring nie mógł wytrzymać: „Ta brudna, krwawa, zdradziecka świnia.

Ten obrzydliwy skunks. To najkrwawszy morderca w całym tym przeklętym układzie. ” Dla niego korowód Niemców chcących wymigać się od odpowiedzialności był żenujący. Szczególnie że von dem Bach-Zelewski występował jako świadek oskarżenia, a sam stanął przed sądem dopiero w latach pięćdziesiątych.

W lutym Göring musiał znieść kolejne ciosy. 7 lutego francuska delegacja przedstawiła dowody rabunku dzieł sztuki, których marszałek dokonywał na ogromną skalę. Degrengolada uderzyła w jego autorytet pośród pozostałych oskarżonych. W trakcie kolejnych przesłuchań wyszło na jaw, że próba wspólnego frontu obrony skończyła się niepowodzeniem.

Keitel stwierdził jasno, że to Hitler odpowiada za zbrodnie, za co został zbesztany przez Göringa. Według zastępcy głównego prokuratora, Roberta Kempnera, Göring skutecznie sterroryzował feldmarszałka. Obrońca Keitla był wręcz przerażony, że jego klient nagle zmienił linię obrony. 15 lutego administracja więzienna zmieniła zasady – przywrócono ścisłą izolację.

Oskarżeni mogli komunikować się tylko pod nadzorem strażników, nawet podczas posiłków. Podzielono ich na cztery grupy w czterech stołówkach. Göring jako jedyny miał spożywać posiłek sam. Ta decyzja dosłownie ścięła go z nóg.

Tłumaczył później:„Czy nie rozumie pan, że te wszystkie żarty i arlekinada to komiczna rekompensata? Musimy jakoś wypuszczać parę. Gdybym ich nie ożywiał, połowa by się załamała. ” Apel nie zdał się na nic.

Göring miał kontakt już tylko z amerykańskimi lekarzami i kapelanem, Henrykiem Gerecke. Nie należy jednak mylić tego zwrotu ku duchowości z prawdziwą pobożnością. Göring brał udział w nabożeństwach, ale sam przyznał:„Pal licho modły. To tylko szansa, aby na pół godziny wyjść z tej cholernej celi.

Gdy proces nabierał tempa, Göring zaczynał narzekać na zmęczenie. Siedzenie prosto w sądzie przez cały dzień było dla niego męczące. Wiosną 1946 roku zaczął skarżyć się na ból prawej nogi, rzekomo na rwę kulszową, i dzięki temu kilka razy udało mu się wykręcić z obrad. W maju miał nawet kilkudniową przerwę.

Ale wcześniej, 8 marca, rozpoczęła się jego obrona. Na początku Göring udowadniał, że dawno nie był w tak dobrej formie umysłowej. Gdy główny amerykański prokurator, Robert Jackson, rzucił się na niego w trakcie krzyżowego przesłuchania, spodziewając się łatwej ofiary, szybko postawił go do pionu. W trakcie dyskusji o dokumentach dotyczących planów zajęcia Austrii padły słowa o konieczności utrzymania przygotowań w absolutnej tajemnicy.

Gdy Jackson zaczął naciskać, Göring odpowiedział:„Nie mogę sobie przypomnieć, abym kiedykolwiek czytał publikacje dotyczące przygotowań mobilizacyjnych Stanów Zjednoczonych. ” Sugestia hipokryzji trafiła Jacksona do żywego, a ten rzucił słuchawkami na pulpit. Jeden z amerykańskich korespondentów wojennych podsumował:„Göring z Jacksona zrobił mielonkę. ”

Göring, w przeciwieństwie do innych oskarżonych, nie wykręcał się od odpowiedzialności za zbrojenia czy plany ekspansji Rzeszy.

Zauważał jednak, że rząd niemiecki nie zachowywał się inaczej niż oskarżyciele. Gilbert był pod wrażeniem:„Gdyby pan dawniej widział Göringa – leniwego, egoistycznego, skorumpowanego, nieodpowiedzialnego narkomana – nie poznałby go pan dziś. ” Ten kontrast brał wszystkich z zaskoczenia, a Göring długo czerpał siłę z tych udanych wystąpień. Gorzej wypadali świadkowie obrony, którzy pod ogniem pytań niewiele mogli pomóc.

Główny świadek, Birger Dahlerus, miał przedstawić, jak Göring w sierpniu 1939 roku starał się doprowadzić do mediacji między Niemcami a Wielką Brytanią. Oskarżycielom udało się jednak przedstawić te starania jako dyplomatyczny wybieg mający osłabić przekonanie Brytyjczyków w sprawie Polski. Mimo to Göring po zakończeniu swojej obrony, 22 marca, był ogólnie zadowolony. W rozmowach sugerował, że wie, iż jego los jest przesądzony, ale jego celem było pozostawienie świetnego wrażenia dla przyszłych pokoleń.

Gilbert widział w tej fatalistycznej postawie środek do obrony ego – zrzucenie odpowiedzialności za zbrodnie na nieubłagane siły historii. Jednak nawet jeśli Göring miał świadomość nadchodzącej śmierci, wciąż tliła się w nim iskierka nadziei. Atmosfera procesu i ogromny materiał dowodowy wpędzały go w stany depresyjne, a ostateczne fiasko wspólnego frontu obrony zadawało kolejne ciosy. 18 kwietnia Hans Frank w trakcie swojej obrony jawnie stwierdził, że wina Niemców nie zostanie zmyta przez tysiąc lat.

Od 24 kwietnia Hans Gisevius ujawniał rolę Göringa w budowie podstaw zbrodniczego systemu. A 24 maja Baldur von Schirach oświadczył, że odpowiedzialność za zbrodnie spoczywa też na Hitlerze – co przeczyło linii obrony Göringa. To nie był przypadek, że właśnie w trakcie obrony Schiracha Göring skarżył się na ból nogi i opuścił kilka dni rozprawy. Goldensohn 27 maja zapisał:„W ostatnich tygodniach Göring przeszedł wyraźną zmianę osobowości.

Jest raczej przygnębiony, chociaż nie przybity. Prawie nie rozmawia z sąsiadami, a lekarzowi nagle opowiadał: „Nie mnie należy wina za te potworności. Przez moje wieloletnie doświadczenie w armii i polityce nie stałem się twardym człowiekiem. To prawda, że widziałem wiele podczas pierwszej wojny światowej, podczas nalotów i na froncie, ale zawsze odczuwałem cierpienia innych.

To głupota. ” Zamykał oczy za czarnymi okularami i przenosił się w przeszłość. „Myślę o mojej popularności wśród Niemców – mówił. – To sprawia mi dużą przyjemność.

Jestem pewien, że przejdę do historii jako człowiek, który zrobił wiele dla Niemców. Ten proces to proces polityczny, nie kryminalny. Być może zamykałem oczy na prawdziwe znaczenie tego, co działo się w Niemczech, ale zawsze robiłem to dla dobra zwykłych ludzi. ” Pod koniec procesu Göring nie był już tak chętny, by pójść na śmierć.

Kolejny cios spadł 20 czerwca, gdy Speer również zrzucił odpowiedzialność na Hitlera, a następnie osobiście zaatakował Göringa, przedstawiając krytyczną opinię Führera o marszałku. Niewiele to wniosło do sprawy, ale mocno ubodło Göringa. W lipcu i sierpniu, gdy rozprawa zmierzała do końca, obrał nowy kierunek twierdząc, że nie miał ani prawnej, ani moralnej odpowiedzialności za zbrodnie nazistowskiego reżimu. Nic lepiej nie podsumowuje tej zmiany niż jego ostatnia mowa, 31 sierpnia 1946 roku.

Oskarżeni po raz ostatni mogli zabrać głos, a Göring zaczął jako pierwszy:„Stwierdzam z całym naciskiem, że jak najostrzej piętnuję te straszne masowe morderstwa, których zupełnie nie mogę pojąć. Ale jeszcze raz chciałbym powiedzieć, że nikomu i nigdy nie wydałem rozkazu mordowania. Nie chciałem wojny ani jej nie wywołałem. Za to, co uczyniłem, ponoszę odpowiedzialność, ale zdecydowanie odrzucam twierdzenie, jakoby moje działania były podyktowane wolą ujarzmiania obcych narodów.

Jedynym motywem, którym się kierowałem, była gorąca miłość do mojego narodu. Wzywam na świadka Boga wszechmogącego i mój naród niemiecki. ” Brzmiało to desperacko. Göring stracił mnóstwo ze swojej początkowej pewności siebie.

Odseparowany, pozostawiony na boku przez innych oskarżonych, poddał się instynktom. Chciał uratować swoją głowę. Dopiero pod koniec sierpnia 1946 roku Emma Göring otrzymała informację, że żony oskarżonych mogą raz w tygodniu spotykać się z mężami na pół godziny, oczywiście w warunkach więziennych i bez fizycznego kontaktu. Ostatecznie Emma i Herman spotkali się po siedemnastu miesiącach rozłąki.

Z czasem pozwolono także na spotkania z córką, Eddą. Podczas jednego z ostatnich spotkań Emma zapytała męża, czy myśli, że kiedykolwiek jeszcze się spotkają. Odpowiedział:„Zdaje się, że zapominasz, że będziemy sądzeni według prawa anglosaskiego. Nie miej żadnej nadziei.

1 października odczytano wyrok. Najpierw wszyscy oskarżeni mieli usłyszeć orzeczenie z uzasadnieniem. Göring wyjątkowo wchodził na salę jako ostatni, ale podał rękę Keitelowi i Raederowi. Gra była skończona.

W słuchawkach usłyszał:„Winny” we wszystkich czterech rozdziałach aktu oskarżenia. Ale dopiero podczas sesji popołudniowej miał zostać ogłoszony wymiar kary. Atmosfera zmieniła się kompletnie. Z sali wyproszono reporterów, fotografów i ekipy.

Oskarżeni wchodzili pojedynczo, nakładali słuchawki i wysłuchiwali wyroku. Gdy Göring usłyszał:„Oskarżony Hermann Wilhelm Göring, winny popełnienia przypisanych mu czynów objętych aktem oskarżenia, skazany zostaje przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy na karę śmierci przez powieszenie” – jego twarz zmartwiała i pobladła. Gilbert czekał na zewnątrz sali i zanotował:„Göring zszedł w dół jako pierwszy, z wytrzeszczonymi oczami. W celi jego ręka drżała, choć starał się przybrać nonszalancki wygląd.

Oczy miał wilgotne, ciężko oddychał i widać było, że walczy z załamaniem nerwowym. ” Na oczach innych starał się nadal zachowywać buńczucznie. Do fryzjera więziennego powiedział:„Niech mnie wieszają. Strzelać przecież nie umieją.

” Faktycznie jednak nie mógł pogodzić się z formą egzekucji. Dziś wiemy, że spośród czterech sędziów to Francuz, Henri Donnedieu de Vabres, jako jedyny optował za rozstrzelaniem. Amerykanin, Brytyjczyk i Rosjanin zdecydowali o powieszeniu. Co ciekawe, de Vabres chciał też dać Hessowi tylko 20 lat zamiast dożywocia.

Długi proces, stałe napięcie nerwowe i wyrok śmierci zbierały żniwo. Göring marniał w oczach. 7 października wezwano do niego lekarza z powodu ciężkiego ataku serca. W kolejnych dniach atmosfera stała się wręcz groteskowa – skazańcy siedzieli w celach i nasłuchiwali odgłosów z sali gimnastycznej, gdzie fachowcy stawiali szubienicę.

Data egzekucji była trzymana przed nimi w tajemnicy. 15 października Göring coś przeczuwał. Wyjątkowo nie udał się na codzienny spacer. Czytał powieść „Effi Briest” Teodora Fontane’a, klasyk niemieckiej literatury.

Napisał też ostatni list do żony:„Moje jedyne serduszko. Po dojrzałym namyśle i żarliwej modlitwie do mego Boga postanowiłem, że sam sobie zadam śmierć. Pozwolę, by moi wrogowie wykonali na mnie egzekucję w taki sposób. Na śmierć przez rozstrzelanie zgodziłbym się w każdej chwili.

Za znak dany od Boga uważam, że przez wszystkie te miesiące niewoli pozostawił przy mnie środek, który uwolnił mnie od wszystkiego, co ziemskie, i że nikt nie zdołał go znaleźć. ” Poprosił jeszcze o udzielenie mu komunii przez księdza luterańskiego, ale odmówiono mu, bo nie okazał skruchy. Około dwudziestej drugiej lekarz więzienny po raz kolejny zawitał do jego celi, by podać mu tabletkę na sen. W rzeczywistości była to soda oczyszczona, bo skazańcy tej nocy nie mieli już iść spać.

Göring powiedział:„Na pewno coś się szykuje. Wszędzie na korytarzach widać obcych ludzi, a lamp pali się więcej niż zwykle. ”

Około 22:45 jeden ze strażników zauważył drgające ciało Göringa. Dłonie zaciskały się konwulsyjnie.

Herman Göring przybył do Norymbergi niczym aktor i sam wybrał, kiedy zszedł ze sceny. Uniknął w ten sposób długiej i bolesnej śmierci na szubienicy, bo więzienny kat źle wykonał swoją pracę wiele razy tej nocy, celowo przedłużając męki skazańców. Göring na ostatniej prostej znowu przejął kontrolę. Po raz ostatni włożył kij w szprychy przeciwników, bo administracja więzienna została postawiona przed pytaniem, skąd wziął truciznę.

Ale odpowiedź na to pytanie to temat na zupełnie inną opowieść.