Dzwonek telefonu wyrwał mnie z porannej ciszy. Zanim zdążyłem się odezwać, usłyszałem w słuchawce podekscytowany głos córki. „Tato, pakujemy się! Martwiłam się, że prześpisz, bo masz wyłączony telefon.

”
Spojrzałem na wyświetlacz. Trzy nieodebrane połączenia. Spojrzałem na stolik nocny, gdzie zwykle leżał telefon. Pustkę po nim wypełniała szklanka wody, która stała tam od zawsze.
„Masz do mnie przyjechać na weekend, pamiętasz? ” – dodała szybko. Zamrugałem, próbując zrozumieć, o czym mówi. W mojej głowie panował chaos.
Ostatnie, co pamiętałem, to powrót z pracy. Potem była tylko ciemność. „Oczywiście, że pamiętam” – odparłem, a mój głos zabrzmiał bardziej pewnie, niż się czułem. „Tylko… trochę się obudziłem.
Która godzina? ”
„Dziesiąta. Wyjeżdżamy za dwie godziny, więc masz czas. Tylko się nie spóźnij, bo obiecałeś, że pomożesz mi z tym projektem.
”
Rozmowa toczyła się dalej, ale ja przestałem słuchać. Moje oczy wędrowały po sypialni, szukając czegokolwiek, co nie pasowałoby do tego obrazka. Wszystko wyglądało normalnie. Szafa, komoda, łóżko.
Poduszka obok mojej miała lekkie wgniecenie, jakby ktoś na niej spał albo jakby sama pamiętała o czyjejś obecności. „Tato? Jesteś tam? ”
„Tak, tak.
Będę gotowy” – zapewniłem ją, zanim się rozłączyłem. Odłożyłem telefon i potrząsnąłem głową. Musiałem przespać cały poranek. To było do mnie niepodobne, ale w końcu to sobota.
Kiedy wstałem z łóżka, poczułem ukłucie w kolanie. Zignorowałem je i ruszyłem do łazienki. W lustrze zobaczyłem zmęczoną twarz, której nie znałem. Worki pod oczami, siwe włosy rozwichrzone, spojrzenie nieobecne.
Odsunąłem wzrok. W kuchni czekała na mnie kawa. Ekspres zaprogramowany na ósmą. Ktoś go włączył.
Ale w domu byłem sam. Dzbanek był w połowie pusty. Napiłem się łyka. Była zimna.
– Dziwne – mruknąłem do siebie i wylałem resztę do zlewu. Zacząłem się ubierać. Koszula, spodnie, skarpetki. Wszystko znajdowało się tam, gdzie powinno.
Kiedy sięgałem po kurtkę, mój wzrok padł na zdjęcie na komodzie. Byłem na nim młodszy, z żoną i dwójką dzieci. Uśmiechnięci, na tle górskiego szlaku. To było dobre lato.
– Wrócę wieczorem – powiedziałem do zdjęcia. Wyszedłem z domu. Przed nim stał zaparkowany samochód, mój samochód. Wsiadłem i poczułem zapach, który był inny niż zwykle.
Drewno. Jakby ktoś niedawno przewoził nim deski. Założyłem pas i dopiero wtedy zauważyłem, że fotel jest przesunięty dalej, niż ja go zwykle ustawiam. Trzeba było go poprawić, żeby dosięgnąć pedałów.
Włączyłem silnik. Radio zagrało stare nagranie, piosenkę, której nie słuchałem od lat. Uśmiechnąłem się mimowolnie, ale szybko spoważniałem. Coś było nie tak.
Droga do córki zajmowała zwykle czterdzieści minut. Dzisiaj wydawała się krótsza i dłuższa jednocześnie. Mijałem skrzyżowania, sklepy, las, wszystko znajome, a jednak inne. Jakbym oglądał film, w którym ktoś podmienił rekwizyty.
Zaparkowałem pod jej domem. Wszędzie stały kartony i torby. Drzwi wejściowe były otwarte. – Tato!
– zawołała córka od progu. Miała na sobie brudne dżinsy i koszulkę z farbą. – W samą porę. Pomóż mi z tym stołem.
Kiwnąłem głową i wszedłem do środka. Podłoga była schowana pod plandekami. Ściany pomalowane na jaśniejszy kolor, niż pamiętałem. Malowanie.
Remont. – Nie mów, że wszystko sam robisz – powiedziałem. – A kto miałby mi pomóc? – zaśmiała się.
– Mąż w delegacji, dzieci u teściowej. Zresztą ty obiecałeś, że przyjedziesz, jak tylko zadzwonię. – No tak – odpowiedziałem cicho. Stanąłem obok niej i wziąłem do ręki szpachelkę.
Musiałem udawać, że wiem, co robię, choć mój umysł wciąż pracował w innym tempie. Moje ręce poruszały się, ale myśli krążyły wokół tego, czego nie mogłem sobie przypomnieć. Pracowaliśmy w milczeniu. Od czasu do czasu rzucała jakimś komentarzem o sąsiadach, o pracy, o pogodzie.
Ja odpowiadałem krótko. W końcu przerwała. – Tato, dobrze się czujesz? Bo wyglądasz, jakbyś mnie nie słuchał.
– Nie, nie, wszystko dobrze – zapewniłem. – Stary już jestem. Tylko się rozgadałem. Kiedy skończyliśmy, zaproponowała obiad.
Zgodziłem się, choć nie czułem głodu. Jedliśmy w kuchni, która też się zmieniła. Nowe szafki, nowy blat. Kiedy zapytałem, kiedy to kupiła, spojrzała na mnie z dziwnym wyrazem twarzy.
– Pół roku temu. Mówiłam ci wtedy. Byłeś z nami przy wyborze. – Tak, tak – powiedziałem, udając, że sobie przypominam.
Wstałem, żeby odnieść talerz do zlewu. I wtedy to zobaczyłem. W kącie kuchni, przy drzwiach, leżał mój plecak. Stary, wysłużony, z napisem z wakacji.
Ten sam, z którym jeździłem na ryby. Ten sam, który miałem w bagażniku samochodu. – Czemu tu stoi? – zapytałem.
– Bo go przyniosłeś. Wczoraj. Miałeś nocować u nas, pamiętasz? Ale powiedziałeś, że wolisz jechać do domu.
Zamarłem. – Wczoraj? – No tak. Przyjechałeś, pomogłeś mi przenieść meble z garażu.
Nawet zostawiłeś śrubokręt w tamtym pokoju. Nie przypominałem sobie ani jednej z tych rzeczy. Moje serce zaczęło bić szybciej. Spojrzałem na plecak, potem na nią, potem z powrotem.
Ona patrzyła na mnie z troską i czymś jeszcze, czego nie umiałem nazwać. To był strach. – Tato, na pewno wszystko z tobą w porządku? I wtedy, zamiast odpowiedzi, usłyszałem własne słowa, wypowiedziane głośno:
– Boję się, że mój umysł powoli mnie zdradza.
Nastała cisza. Córka patrzyła na mnie, a ja patrzyłem na nią. Nie wiedziałem, skąd wzięło się to zdanie. Nie chciałem go wypowiadać.
Ale nie mogłem go cofnąć. – Co powiedziałeś? – zapytała cicho. – Nie wiem – odparłem, a mój głos zadrżał.
– Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Przez chwilę staliśmy naprzeciwko siebie, ona po drugiej stronie kuchni, ja przy drzwiach. Przełknęła ślinę i podeszła bliżej. – Od kiedy to czujesz?
– zapytała. Spojrzałem na swoje ręce. Były takie same jak zawsze, a jednak nie należały do mnie. – Od jakiegoś czasu – przyznałem.
– Ale dzisiaj jest najgorzej. Nie pamiętam wczorajszego dnia. W jej oczach pojawiły się łzy. – Tato, usiądź.
Podszedłem do krzesła i usiadłem. Ona usiadła naprzeciw mnie. – Nie chciałem cię martwić – powiedziałem. – Nie martwisz mnie.
Przerażasz mnie – odparła. – I to nie jest twoja wina. – Ale to moja głowa. – Twoja głowa to ty.
I jesteś dla mnie ważniejszy niż wszystkie remonty świata. Chciałem się uśmiechnąć, ale z moich oczu popłynęły łzy. Siedziałem tam, w jej kuchni, w swoim starym swetrze, i płakałem jak dziecko. – Boję się, że będę ciężarem – wyszeptałem.
– Nigdy nie będziesz ciężarem – powiedziała stanowczo. – Jesteś moim ojcem. I poradzimy sobie z tym razem. Wyciągnęła rękę i położyła ją na mojej.
I wtedy, po raz pierwszy tego dnia, poczułem, że grunt wrócił mi pod nogi. Zostaliśmy w tej ciszy przez długą chwilę. Po czym córka wzięła głęboki oddech i powiedziała:
– Jutro rano idziemy do lekarza. Wszystko jedno jak daleko trzeba jechać.
Spojrzałem na nią i skinąłem głową. Nie było w tym strachu, tylko zgoda. I po raz pierwszy od dawna nie musiałem udawać, że wszystko pamiętam. Wieczorem, kiedy wracałem do domu, zatrzymałem się na poboczu, żeby obejrzeć zachód słońca.
Wziąłem telefon i wybrałem jej numer. – Jesteś na miejscu? – zapytała. – Tak – odpowiedziałem.
– I wiem, że jutro rano po mnie przyjedziesz. – Przyjadę. – Dziękuję. – Za co?
– Za to, że mnie nie zostawiłaś. Po drugiej stronie usłyszałem jej cichy śmiech, ten sam, który słyszałem, gdy była małą dziewczynką. – Nigdy, tato. Nigdy.
Odłożyłem telefon i spojrzałem w niebo. Nie wiedziałem, co przyniesie jutro. Ale wiedziałem, że nie będę musiał stawiać czoła temu sam.


