Brytyjski raport z listopada 1943 roku zaczynał się od zwięzłego podsumowania: niemiecka seria czołgów wreszcie została uzupełniona o brakujące ogniwo. Pantera, szybki, ciężki i dobrze opancerzony wóz bojowy z długolufową armatą kalibru 75 mm, miała być konstrukcją pośrednią pomiędzy Panzerkampfwagenem IV a Tygrysem. Według analityków jej parametry w przybliżeniu odpowiadały amerykańskiemu Shermanowi, który doczekał się nawet pochlebnych opinii w nazistowskiej prasie. Ta ocena miała się jednak zestarzeć szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał.

Wiosną 1943 roku obie strony na froncie wschodnim były wyczerpane. Stalingrad i upadek Tunezji wydawały się zmieniać możliwości Niemców w kwestii przejęcia inicjatywy, a przygotowania Wehrmachtu do ofensywy na łuku kurskim trwały tak długo, że intencje Niemców stały się dla Rosjan całkowicie czytelne. Hitler osobiście opóźnił termin uderzenia, aby tylko dywizje pancerne mogły zostać wzmocnione nowym typem czołgu. Rosjanie byli tak dobrze poinformowani, że nocą poprzedzającą bitwę artyleria Armii Czerwonej prewencyjnie ostrzelała niemieckie jednostki przygotowujące się do natarcia.
Bitwa pod Kurskiem wygasła przedwcześnie w wyniku nerwowości Hitlera w obliczu lądowania aliantów na Sycylii, a kontrofensywy pozwoliły Armii Czerwonej odzyskać część straconego terenu. To właśnie wtedy czerwonoarmiści natrafili na nieznane sobie czołgi, których Niemcy nie zdołali wycofać. Od początku prezentowały się interesująco: długa armata 75 mm i zaskakująco potężny pochyły przedni pancerz. Kluczowe jednak było to, że te pojazdy nie zostały uszkodzone w walce, ale głównie przez usterki silnika i eksplozje min przeciwpancernych.
W ciągu kolejnych tygodni aż 29 panter w różnym stanie trafiło w ręce Rosjan. Jednym z pierwszych był egzemplarz nazwany przez radzieckich inżynierów „824” od numeru identyfikacyjnego na wieży. Trafił na poligon w Kubince, gdzie w ramach testów mobilności przejechał 220 kilometrów, z czego tylko 58 po asfaltowych drogach. W trakcie prób zepsuł się trzykrotnie, ale inżynierowie zwrócili uwagę na łatwość sterowania i osiąganą prędkość maksymalną 50 km/h.
Raport o nowym niemieckim czołgu dopięto dopiero w styczniu 1944 roku. Nie był jednoznaczny. Rosjanie uznali, że pantera to nowy typ czołgu ciężkiego, który pod względem przeznaczenia taktycznego znacznie różni się od innych. Wskazywał na to gruby pancerz czołowy i potężne działo, ale słabe opancerzenie boków, tyłu i wieży.
Chwalono armatę o dużej przebijalności, osiągniętej dzięki zwiększeniu ładunku miotającego, wysokiej prędkości wylotowej pocisku i jego dobrej wytrzymałości. Doceniono też celność i szybkostrzelność wynoszącą od ośmiu strzałów na minutę. Zwrócono uwagę na nowy kształt kadłuba inspirowany radzieckim T-34 – pochylenie pancerza pozwalało na zastosowanie cieńszych płyt, jednocześnie zwiększając odporność na ostrzał. Od 60 do 80 milimetrów to niewiele jak na czołg ciężki, ale przebicie go było trudne ze względu na duże prawdopodobieństwo rykoszetu.
Rosjanie chwalili ogólnie parametry silnika i rozwiązania w układzie jezdnym, ale zwracali uwagę na awaryjność oraz niewydajność napędu poprzez duże spalanie benzyny. W podsumowaniu raportu padła jednak niezbyt pochlebna opinia: niezawodność, ogólna konstrukcja oraz poziom technologiczny podzespołów pantery są niższe niż w przypadku czołgów Panzerkampfwagen III i IV. Najbardziej zawodnym elementem był silnik HL230, niedopracowany zarówno pod względem projektowym, jak i wykonawczym. Zastosowanie silnika benzynowego można było wytłumaczyć jedynie specyfiką niemieckiej gospodarki paliwowej opartej na benzynie syntetycznej.
Mimo to wiele zdobycznych panter już wtedy służyło w jednostkach frontowych Armii Czerwonej. W nielicznych właściwych walkach przeciwko niemieckim czołgom załogi chwaliły armatę 75 mm pozwalającą nawiązać walkę na bardzo dużym dystansie. Te dwie ścieżki informacji zwrotnej, zarówno od inżynierów, jak i samych czerwonoarmistów, doprowadziły do niespodziewanego obrotu spraw. W styczniu 1944 roku padła sugestia wprowadzenia wszystkich zdobycznych panter do służby.
Wiele o sile niemieckiego nazewnictwa mówił fakt, że Rosjanie pozostawili przydomek „Pantera”. Faktyczne wprowadzenie tych czołgów było jednak trudne do zrealizowania, choćby dlatego, że napęd benzynowy był ciałem obcym w radzieckiej logistyce, a nowa armata KWK 42 używała nieco cięższej amunicji niż znane dotąd armaty KWK 40. Pantera od lata 1943 roku stawała się na froncie wschodnim stałym elementem pancernego krajobrazu. Siły aliantów zachodnich miały poznać ją jednak z poważnym opóźnieniem.
Do tej pory znali ją tylko z raportów nadsyłanych przez Rosjan. Hitlera zaalarmowało lądowanie pod Anzio, które w połączeniu z rosnącym naciskiem na linię pod Monte Cassino groziło utratą Rzymu. Pierwsze pantery do Włoch skierowano w ramach 69. pułku pancernego, którego celem była likwidacja przyczółka.
Formacja dysponowała między innymi 76 panterami. I właśnie tam, w marcu 1944 roku, jedna z uszkodzonych panter trafiła w ręce aliantów zachodnich. Została dogłębnie przeanalizowana. Radzieckie raporty dobrze oddawały potencjał nowego czołgu, ale jeśli analitycy z Kubinki mogli odnosić się do własnych ciężkich pojazdów, tak Brytyjczycy i Amerykanie mogli tylko podsumować, że na tym etapie ani Sherman, ani Churchill nie są ani odpowiednio opancerzone, ani odpowiednio uzbrojone do czołowego starcia z Panzerkampfwagenem V.
Ten pierwszy brytyjski raport z listopada 1943 roku mocno się zestarzał. W wyniku chaosu wojny we Włoszech i trudności w określeniu faktycznej doktryny wykorzystania panter, alianci zachodni uznali, że Niemcy będą ich używać podobnie jak tygrysów – w specjalnych wydzielonych ciężkich batalionach. W czasie wojny wielokrotnie powtarzał się scenariusz, w którym niemiecki sprzęt pomyślany o rozległych terenach frontu wschodniego nie robił najlepszego wrażenia w realiach geograficznych Włoch. Teren pod Anzio był wprawdzie mocno wypłaszczony, ale prezentował inne wyzwania.
Raport Wehrmachtu z połowy lutego 1944 roku wskazywał, że drogi dojazdowe pokryte są kamieniami i luźnym piargiem, co skutkuje ogromną liczbą awarii. Wszędzie stały porozrzucane czołgi z uszkodzeniami gąsienic, hamulców i układów przeniesienia napędu. Na pierwszej linii prawie w ogóle nie było widać czołgów, a jeśli już jakiś się pojawił, bardzo szybko stawał się celem ataku i ulegał zniszczeniu. Przykład: spośród pięciu panter, które 17 lutego weszły do walki w sektorze trzeciej dywizji grenadierów pancernych, po zaledwie trzech godzinach cztery zostały zniszczone lub unieruchomione.
Wpływ panter na front był na tym etapie niezauważalny. W maju 1944 roku, z dziewięciomiesięcznym opóźnieniem, Związek Radziecki dostarczył do Anglii inny zdobyczny model oznaczony numerem 433, należący nadal do awaryjnej serii D. Ta pantera mimo prac naprawczych w radzieckim warsztacie nadal nie była w zbyt dobrej kondycji. Gdy trafiła na poligon w Bovington, jej stan mógł wprowadzać w błąd.
Brytyjczycy uznawali, że pojazd jest nieprzyjazny w prowadzeniu, wskazywali na liczne wady właściwie wszystkich układów. Pozostawali więc bardzo krytyczni wobec cech, które czerwonoarmiści potrafili już docenić. Co jednak zrobiło na nich odpowiednie wrażenie, to odporność na obrażenia. Powstał specjalny poradnik: przednie płyty pancerza uznano za niekorzystny cel, jedynie wieża miałaby podlegać uszkodzeniom z działa 17-funtowego.
Wskazywano, że jedynie atak z boku i z tyłu może przynieść wymierne korzyści. Problem w tym, że ten raport ukończono już w lipcu 1944 roku, kiedy żołnierze alianccy mogli w akcji sprawdzić się przeciwko panterom. Pierwszym założeniem, które należało jak najszybciej zweryfikować, była kwestia powszechności użycia pantery. Tylko jedna dywizja pancerna SS Hitlerjugend walcząca na odcinku Caen rozpoczynała walki, posiadając teoretycznie 100 Panzerkampfwagenów IV i aż 80 panter.
To nie miał być rzadki widok jak sylwetka tygrysa. Na całym froncie normandzkim to właśnie w tym sektorze były najlepsze warunki do wykorzystania przewag pantery – nadal nieporównywalne do frontu wschodniego, ale zdecydowanie bardziej korzystne od regionów położonych dalej na zachód, gdzie wysokie żywopłoty dzieliły teren na niewielkie mikroobszary. W dniach 8 i 9 czerwca dywizja Hitlerjugend przeprowadziła atak na pozycje alianckie w okolicy miejscowości Bretteville. Pantery i Panzerkampfwageny IV nie doczekały się jednak wystarczającego wsparcia piechoty, co doprowadziło do kosztownej niemieckiej klęski.
W ciągu całego czerwca Kanadyjczycy raz za razem odpierali niezręczne zaczepne operacje kompanii pełnych panter. Niemcy tracili swoje atuty poprzez słabą koordynację czołgów i piechoty, a alianci kumulowali swoje przewagi, przede wszystkim licznej artylerii i artylerii przeciwpancernej. Na relatywnie niewielkich dystansach dochodziło do licznych ataków z flanki, do których pantery nigdy nie były przygotowane. Z perspektywy sił alianckich kontrataki przeprowadzone przez pantery nie wpłynęły na poczucie nieadekwatności alianckich środków przeciwpancernych.
Sprawy zaczęły wyglądać inaczej, gdy to amerykańskim i brytyjskim żołnierzom przyszło przejmować inicjatywę. Kampania w Normandii przez kolejne tygodnie eskalując, stała się frontem idealnym do obrony, gdzie wielkie manewry były możliwe bez ogromnego ryzyka wpadnięcia w zasadzkę. Dopiero w lipcu Amerykanie na tyłach przeprowadzili kilka poważnych testów praktycznych pancerza pantery i to właśnie oni znaleźli się w najgorszej sytuacji. Sherman uzbrojony w armatę 76,2 mm nadal nie był idealną bronią do zwalczania panter.
Rozsądne i przewidywalne penetracje można było osiągnąć tylko poprzez użycie rzadkiej amunicji HVAP. Wiele o panice tamtych dni mówi fakt, że do Normandii szybko ściągnięto 1000 takich pocisków, co jak na standardy zaopatrzenia Anglosasów brzmiało wręcz śmiesznie. Anglicy i Kanadyjczycy byli w nieco lepszej sytuacji dzięki posiadaniu dłuższych armat 17-funtowych, zarówno w postaci artyleryjskiej, jak i wciśniętej w specjalną wersję Shermana zwaną Firefly. Firefly miał jednak swoje problemy: ergonomia wnętrza znacznie ucierpiała w wyniku umieszczenia w wieży bardzo długiej armaty o nieprzyjemnym odrzucie, a szybkostrzelność pozostawiała sporo do życzenia.
I w tym momencie pojawia się jedna z największych sprzeczności pancernych walk w Normandii. Niektóre wyliczenia wskazują, że realnie w walce siły aliantów napotkały zaledwie 120 czołgów ciężkich, to znaczy panter i tygrysów w obu wersjach. Udział panter musiał pozostać bez wpływu na przebieg walk. Z drugiej strony to szczególnie Amerykanie poczuli potrzebę uzupełnienia przeciwpancernej luki.
Prawda leży gdzieś pośrodku. Dość częste relacje opisujące nieskuteczność ostrzału przeciwko przedniemu pancerzowi pantery musiały pozostawiać alianckich czołgistów i artylerzystów wstrząśniętymi. Ci, którym nie udało się przeżyć takiego spotkania, oczywiście nie mieli już nic więcej do opowiedzenia. Od strony wywiadowczej kwestia pantery nabierała powagi.
24 lipca Amerykanie dostarczyli bogaty opis pantery w wersji A, niedługo później wersji G o lepszych parametrach pancerza bocznego i ogólnie znacznie mniejszej awaryjności. W praktyce w Normandii nie oznaczało to wielkich zmian na froncie. Nierównomierne opancerzenie oznaczało, że poradniki niszczenia panter z lata 1944 roku zakładały mnogość sposobów unieszkodliwienia na rozsądnych dystansach. Zwracano także uwagę na nierówną jakość pancerzy, co prowadziło do pewnej losowości w tym, jaki będzie efekt trafienia nawet w przednią płytę.
Co budziło prawdziwy szacunek, to potężna armata pantery. Uzupełniona przez świetne przyrządy celownicze była zarówno bardzo celna, jak i bardzo przewidywalna jeśli chodzi o efekt trafień. Armata pantery, pomimo że była mniejszego kalibru niż ta tygrysa, miała lepsze parametry przebijania pancerza. Dla Brytyjczyków i Amerykanów zasada była teoretycznie prosta, ale trudna w realizacji: nie pozwól się Niemcowi trafić.
Na tym etapie wojny to Brytyjczycy, dłużej będący w wyścigu zbrojeń pancernych z Niemcami niż Amerykanie, lepiej potrafili przewidzieć dalszy bieg wydarzeń. Ich centuriony z mocno pochyłym pancerzem na modłę T-34 i pantery nie zdążyły na II wojnę światową. Amerykanie przespali zaś z różnych, nawet zrozumiałych powodów masową produkcję M26 Pershinga. Pod koniec wojny zakładali, że do zwalczenia takich czołgów jak pantera wystarczą już nadchodzące niszczyciele czołgów M36 z armatą 90 mm.
Jednak po raz kolejny doszło do poślizgu w opracowaniu odpowiedniej 90-milimetrowej amunicji HVAP. W efekcie raport z grudnia 1944 roku wskazywał, że armata kalibru 90 mm przebije pancerz pantery z odległości 1100 metrów, jeśli pocisk uderzy pod korzystnym kątem, ale pojedynczy pocisk nie przebije przedniej płyty przy chociażby najmniejszym kącie odchylenia. Bezpośrednie trafienie w wieżę może spowodować jej zablokowanie. Raport wskazywał też, że w jednym przypadku potrzebnych było osiem trafień z armaty 90 mm, by wyeliminować jedną panterę.
Teoretyczne opracowania nie pokazują często praktyki na froncie. Tak późno jak 20 marca 1945 roku generał Isaac D. White, dowódca 2. Dywizji Pancernej, pisał do generała Eisenhowera z oceną sprzętu na tle wroga.
Niszczyciel czołgów M36 nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań, choć istniała nadzieja, że jego skuteczność wzrośnie, gdy dostępna stanie się amunicja HVAP. Dostępna obecnie amunicja jest nieskuteczna na wymaganych dużych dystansach. Krwawe kampanie przełomu 1944 i 1945 roku oznaczały częstsze starcia amerykańskich czołgów z panterami, które wbrew oczekiwaniom nie były używane tylko w ramach specjalnych batalionów. Szczególnie wiosną 1945 roku, w połączeniu z listami strat poniesionymi od lądowania w Normandii, amerykańscy dowódcy gotowi byli na dość gorzkie porównania.
Jeden z oficerów raportował: „Moje osobiste zdanie na temat porównania jakości amerykańskich i niemieckich czołgów można streścić następująco. Gdyby taki wybór był możliwy, wolałbym walczyć w obecnym niemieckim czołgu Mark V lub VI przeciwko obecnemu amerykańskiemu czołgowi średniemu i niszczycielowi czołgów z działem kalibru 90 mm. Takie same odczucia panują wśród załóg czołgów ludzi, którzy mają na swoim koncie udział w czterech, pięciu, a nawet sześciu pełnych kampaniach wojennych”. Pomimo pierwszych rozczarowań pantera finalnie zrobiła na aliantach ogromne wrażenie.
Jej obecność mogła prowadzić nawet do wniosku, że pomimo wygrania wojny Amerykanie nie doczekali się faktycznej naziemnej odpowiedzi na obecność panter na froncie. Do tego dochodziły szczątkowe, ale praktyczne testy. Brytyjczycy wykorzystali na polu walki dwie dobrze zachowane pantery, które otrzymały przezwiska Dezerter i Kukułka, w obu przypadkach dowcipnie odnosząc się do zmiany stron. Czołgiści alianccy mający do czynienia z panterami w wersji G nie kryli zachwytu z łatwości działania, świetnych parametrów pokonywania trudnego terenu, a także wygodnego użycia armaty, która zapewniała znikomą trajektorię lotu pocisku i pozwalała na oddawanie bardzo dalekich celnych strzałów.
Co ograniczało użycie tych pojazdów w ciągu długich kampanii, to brak części zamiennych, przez co ani Dezerter, ani Kukułka nie dotrwały do końca wojny. Pozostawiły jednak jak najlepsze wrażenie na weteranach. Koniec II wojny światowej otwierał powoli kolejną rywalizację, tym razem poprzez podział Europy żelazną kurtyną. Armia Czerwona doliczyła się w czerwcu 1945 roku ponad 200 panter w różnym stanie, ale ogólnie zdatnych do dalszej służby.
Na zachodzie też było ich niemało – odbudowująca się armia francuska zapewniła sobie ponad 40 panter na potrzeby świeżych jednostek pancernych. Pantera ze wszystkimi swoimi wadami i nieustającymi problemami z awaryjnością budziła ogromne zainteresowanie wszystkich krajów łupiących resztki niemieckiego arsenału, ale prowadziła do rozczarowań w obliczu kolejnych powojennych przełomów technologicznych. Wpływ pantery po wojnie był coraz mniej bezpośredni. Stawała się za to wyznacznikiem maszyny, od której powinny być lepsze nowe czołgi.
Kluczowym elementem tej układanki była powszechność panter używanych przez Niemców w kontraście do rzadkości tygrysów obu typów. Jeszcze w czasie wojny Rosjanie uznali, że rozwój czołgów średnich nie może zakończyć się na T-34. W tych warunkach powstawał już model T-44. Nie bez przyczyny prototypy T-44 testowano w porównaniu do pantery, a nie do własnych obecnych czołgów.
Należy to potraktować jako swoisty komplement, ale też dalekosiężną aspirację. Zadawano pytanie, jak nie popełnić błędów Niemców, tworząc czołg, który będzie wystarczająco poważnie opancerzony i uzbrojony, by mógł poradzić sobie z samą panterą. Pantera swoim balansem między ciężarem i potęgą uzbrojenia a powszechnością użycia wytyczała kierunek dla całej koncepcji czołgu uniwersalnego, choć zatrzymywała się w połowie drogi z powodu usterek.
Ten wrak pantery zatrzymany na zawsze w połowie technologicznej ścieżki rozwoju zrobił na mijających go aliantach głębokie wrażenie.


