Czternastoletni chłopcy i mężczyźni w wieku do pięćdziesięciu ośmiu lat. Dwustu osiemdziesięciu siedmiu ludzi zamordowanych nie na polu bitwy, ale w ciągu jednego poranka, w zapomnianej norweskiej wiosce. Największa masakra jeńców wojennych w historii Norwegii nie została dokonana przez szaleńców, ale przez ludzi, którzy wydawali rozkazy spokojnym głosem. A wszystko zaczęło się od jednej decyzji zapadłej za biurkiem.

Był 9 kwietnia 1940 roku, gdy niemieckie okręty wpłynęły do norweskich fiordów bez wypowiedzenia wojny. Samoloty przetoczyły się nad miastami, a porty i budynki rządowe padły w ciągu kilku godzin. Kraj nie był gotowy na to uderzenie. Rozpoczęła się okupacja, która przyniosła cenzurę, aresztowania i system oparty na kontroli.
W kolejnych miesiącach Norwegia zamieniła się w strefę wojskową, a jej stoki i doliny wypełniły fortyfikacje, drogi i lotniska. Niemcy potrzebowały rąk do pracy. Zbyt wielu ich własnych żołnierzy musiało walczyć na froncie wschodnim. Dlatego latem 1942 roku na północ zaczęto zwozić tysiące jeńców z okupowanej Europy.
Wśród nich znaleźli się mężczyźni z Jugosławii – głównie Serbowie, uznani za więźniów politycznych. Transportowano ich w brutalnych warunkach, w bydlęcych wagonach, bez jedzenia i wody. Wielu dotarło do celu już chorych i skrajnie wyczerpanych. 24 czerwca 1942 roku do portu w Narwiku przybił statek z dziewięciuset jugosłowiańskimi więźniami.
Kazano im maszerować około dziesięciu kilometrów do niewielkiej wioski Basefield, położonej na południowy wschód od miasta. Strażnicy bili ich kolbami karabinów, gdy zwalniali tempo. Ci, którzy się potykali, dostawali kolejne ciosy. Po drodze zmarło pięciu mężczyzn – z wyczerpania i odniesionych ran.
Jeden został zastrzelony, zanim kolumna dotarła do miejsca przeznaczenia. Warunki w obozie były katastrofalne od pierwszej chwili. Baraki przepełnione, brudne, pełne wszy. Racje żywnościowe tak małe, że człowiek nie miał siły wstać, a mimo to był zmuszany do ciężkiej pracy przy budowie dróg i fortyfikacji.
Odzież nie chroniła przed wilgocią i zimnem północnego klimatu. Opieka medyczna praktycznie nie istniała. Więźniowie byli bici za najdrobniejsze przewinienia – za zbyt wolne poruszanie się, za spojrzenie, za zwrócenie na siebie uwagi strażnika. Przemoc nie była przypadkowa.
Była narzędziem, które miało ich złamać. Strażnicy pochodzili z dwóch grup. Niemieccy żołnierze z Ordnungspolizei, czyli umundurowanej policji, oraz norwescy ochotnicy z Hird Bataljonen – paramilitarnej organizacji kolaboracyjnego ruchu Nasjonal Samling. Ci ostatni mieli pilnować obozów jenieckich w północnej Norwegii.
Późniejsze zeznania ocalałych pokazują, że niektórzy z norweskich ochotników byli tak okrutni, że nawet niemieccy oficerowie skarżyli się, iż posuwają się za daleko w znęcaniu się nad więźniami. W ciągu kilku tygodni sytuacja w Basefield wymknęła się spod kontroli. Głód i wyczerpanie osłabiły organizmy. W przepełnionych barakach rozprzestrzeniły się wszy, a wraz z nimi tyfus, który w takich warunkach siał spustoszenie.
Zamiast zapewnić więźniom żywność, lekarstwa i poprawić warunki sanitarne, władze obozu wybrały inną drogę – izolację i eksterminację. 12 lipca 1942 roku do obozu przyjechali niemieccy oficerowie wraz z dwoma lekarzami – niemieckim i norweskim. Kontrola była krótka i pozorowana. Nie pobrano żadnych próbek krwi ani kału, choć to one mogły potwierdzić epidemię tyfusu.
Norweski lekarz wybierał więźniów, po prostu patrząc na nich z daleka. On sam później opisał to, co zobaczył: wszyscy więźniowie mieli wszy i byli niewyobrażalnie wychudzeni. Większość z nich miała brudne, podarte ubrania i nie miała butów. Chorzy leżeli stłoczeni bezpośrednio na podłodze, bez żadnej pomocy.
Były lekarstwa, ale zakazano ich używać do leczenia Serbów. Każdego ranka pojawiało się od piętnastu do dwudziestu nowych przypadków choroby. Każdego ranka umierała mniej więcej taka sama liczba osób. Zmarłych wynoszono i wrzucano do masowych grobów.
Norweski lekarz wskazał mężczyzn, którzy wyglądali na słabych. W ten sposób wybrano osiemdziesięciu pięciu więźniów i przeniesiono ich do dwóch baraków szpitalnych otoczonych drutem kolczastym. Ich los nie został jeszcze oficjalnie przesądzony, ale decyzja zbliżała się szybko. Kilka dni później Josef Terboven, komisarz Rzeszy do spraw Norwegii, wydał rozkaz wymordowania chorych więźniów.
Oficjalnym uzasadnieniem miała być potrzeba zapobieżenia epidemii. W rzeczywistości chodziło o prostą nazistowską logikę: więzień, który nie może pracować, nie ma prawa do życia. Śmierć była postrzegana jako praktyczne rozwiązanie. 15 lipca 1942 roku obóz został oficjalnie objęty kwarantanną przez SS.
Teren zamknięto. Chorzy – wszyscy ci, których wybrano podczas kontroli – zostali zgromadzeni w barakach szpitalnych. Warunki były tam tak straszne, że trudno je sobie wyobrazić. Mężczyźni leżeli stłoczeni jeden na drugim, majaczyli z gorączki, niektórzy byli ledwo przytomni.
Prawie nie dostawali jedzenia. Woda była zanieczyszczona. Żadnej opieki medycznej im nie zapewniono. Na zewnątrz trwały przygotowania do masowego mordu.
Wieczorem 17 lipca z obozu wyprowadzono prawie wszystkich więźniów uznanych za zdrowych. Pięciuset osiemdziesięciu ośmiu mężczyzn, eskortowanych przez niemal wszystkich norweskich strażników i kilku niemieckich przełożonych, wyruszyło w stronę Bjoernfell – wioski wysoko w górach, blisko granicy ze Szwecją. Nie powiedziano im, dokąd idą. Nie wiedzieli, że są wyprowadzani, aby pozostałych można było zabić bez świadków.
Maszerowali około pięćdziesięciu kilometrów. Kiedy dotarli do nowego obozu, gotowe były tylko baraki dla strażników. Więźniowie musieli sami budować własne, jeśli chcieli spać pod dachem. SS dokładnie ich sprawdziła i na miejscu rozstrzelała chorych.
Wkrótce potem wymyślono kolejny cyniczny pomysł – sportową rozrywkę. 22 lipca, dwa dni po przybyciu, wszystkich więźniów zmuszono do sześciokrotnego okrążenia obozu. Ci, którzy nie mieli siły tego zrobić, zostali rozstrzelani. Takie biegi powtarzano później wielokrotnie, a za każdym razem kończyły się śmiercią kolejnych mężczyzn.
W ciągu pięciu tygodni zginęło dwustu czterdziestu dwóch więźniów. Ostatnich czterdziestu trzech chorych rozstrzelano podczas drogi powrotnej. 25 sierpnia do Basefield wróciło tylko trzystu czterdziestu sześciu mężczyzn. Tymczasem ci, którzy pozostali w obozie, dostali wyrok śmierci.
Rankiem 18 lipca 1942 roku rozpoczęła się masakra. Więźniowie, którzy nie zostali wywiezieni, dostali rozkaz wykopania masowych grobów. Wielu z nich ledwo trzymało łopaty w osłabionych rękach. Gdy doły były gotowe, mężczyzn ustawiano w grupach po dwadzieścia osób i rozstrzeliwano jednego po drugim.
Ci, którzy upadli zanim dotarli do krawędzi grobu, zostali dobici tam, gdzie leżeli. Innych zabijano w barakach szpitalnych. Ci, którzy odmówili wyjścia lub nie mogli już stać ani chodzić, pozostali w środku. Strażnicy oblali drewniane budynki benzyną i podpalili je.
Gdy ogień zaczął się rozprzestrzeniać, niektórzy w desperacji wyskoczyli przez okna. Zostali natychmiast zastrzeleni. Karabin maszynowy w wieży strażniczej ostrzeliwał każdego, kto próbował uciec. W ciągu kilku godzin baraki zamieniły się w dymiące ruiny pełne spalonych ciał.
Dwustu osiemdziesięciu siedmiu mężczyzn zamordowano tamtego poranka. Najmłodsi mieli po czternaście lat. Najstarszy – pięćdziesiąt osiem. W tej masakrze aktywny udział wzięło siedemnastu norweskich strażników.
Nie próbowali interweniować ani powstrzymać zabójstw. Wykonywali rozkazy, a w wielu przypadkach sami działali z brutalnością. Zbrodnia została przeprowadzona jawnie i systematycznie, przy pełnym udziale niemieckiego i norweskiego personelu. Masakra w Basefield nie była odosobnionym incydentem.
Była częścią szerszego wzorca zabójstw w norweskich obozach jenieckich. Od czerwca 1942 do 1945 roku w Norwegii przetrzymywano 4268 jugosłowiańskich jeńców. Około 2400 z nich zostało zabitych lub zmarło z powodu chorób i głodu. Do tego systemu pracy przymusowej włączone były również norweskie instytucje cywilne.
Administracja dróg publicznych planowała i nadzorowała projekty, w których wykorzystywano więźniów jako siłę roboczą. Inżynierowie zgłaszali, że ludzie głodują i nie mają odzieży. Miejscowa ludność widziała wychudzone postacie pracujące przy drogach. Po wojnie większość norweskich urzędników zaprzeczyła swojej wiedzy o tych wydarzeniach i odpowiedzialności za nie.
Ale główni sprawcy nie uniknęli sprawiedliwości. W 1946 roku około dwudziestu strażników SS związanych z obozami Basefield i Bjoernfell zostało aresztowanych, przekazanych Jugosławii i osądzonych w Belgradzie za zbrodnie wojenne popełnione na jugosłowiańskich więźniach. Wszyscy zostali skazani na karę śmierci i straceni. Josef Terboven, człowiek, który wydał rozkaz masakry, nie doczekał procesu.
8 maja 1945 roku, woląc nie dać się schwytać, odebrał sobie życie. Zamordowani nie zostali jednak zapomniani. Od 1949 roku pomnik w Basefield upamiętnia jugosłowiańskich więźniów, którzy zginęli z dala od swoich domów.
Stoi tam do dziś, jako trwałe świadectwo ich cierpienia i zbrodni, która wydarzyła się w tym miejscu.


