Wiosną 1944 roku niemieccy żołnierze broniący ruin klasztoru Monte Cassino wiedzieli już, że ta bitwa ich przerasta. A jednak trzymali pozycje, tygodniami, w błocie i zimnie, patrząc, jak wokół nich umierają koledzy, i słuchając, jak z każdym dniem narasta huk alianckiej artylerii. Zaczęło się jesienią 1943 roku, kiedy Niemcy stanęli przed decyzją, gdzie zatrzymać nacierających aliantów. Wybór padł na linię Gustawa, a jej sercem miało się stać wzgórze Monte Cassino, zaledwie 520 metrów nad poziomem morza, ale panujące nad całą doliną Liri.

Generał Fridolin von Senger, który przejął dowodzenie nad 14. korpusem pancernym, od razu dostrzegł potencjał tego miejsca. Wspinał się na każdy okoliczny szczyt, studiował ukształtowanie terenu, planował pola ostrzału. Klasztor był dla Niemców problemem.
Tradycja tego miejsca sięgała 529 roku, a Albert Kesselring zapewnił benedyktynów, że żaden niemiecki żołnierz tam nie wejdzie. Jesienią oficerowie z dywizji „Hermann Göring” zorganizowali transport bezcennych dzieł sztuki do Watykanu, a każda odjeżdżająca ciężarówka zdawała się odliczać czas do nadejścia frontu. Niemcy cieszyli się z pozycji obronnych, ale nie mieli złudzeń co do przewagi wroga. Generał von Senger zapisał w dzienniku: „Zastanawiam się, jaki werdykt historia wyda na tych, którzy są na tyle obiektywni, by zdać sobie sprawę, że przegrana jest nieuchronna, a mimo to walczą dalej”.
Żołnierze na froncie doskonale znali statystyki: aliancka dywizja była prawie dwukrotnie silniejsza, artyleria potężniejsza, a zaopatrzenie w amunicję dziesięciokrotnie lepsze. Do tego dochodziła przytłaczająca przewaga w powietrzu. Nocą 17 stycznia 1944 roku alianci ruszyli do ataku. Zdobyli miasteczko Minturno na południowej flance, a wkrótce potem rozpoczęły się krwawe walki o przeprawy przez rzekę Rapido.
Amerykanie stracili około dwóch tysięcy zabitych, rannych i zaginionych, a ich przyczółki po drugiej stronie rzeki nie utrzymały się. Ale niemiecka pozycja wcale nie była komfortowa. Każde zdobyte przez aliantów wzniesienie wystawiało obrońców na kontrataki i ostrzał z okolicznych gór. Największym problemem okazała się logistyka.
Ranni żołnierze leżeli w górach, a sprowadzenie ich na dół zajmowało godzinami. Niemcy organizowali kursy transportu rannych w terenie górskim, uczyli żołnierzy obchodzenia się z mułami, ale każda wyprawa była śmiertelnie niebezpieczna. Von Senger z goryczą zauważył: „Tragizm sytuacji polegał na tym, że w większości przypadków wojska nie były odpowiedzialne za stratę rannych, natomiast za utraconą broń – owszem”. Warunki były koszmarne.
Niska temperatura, deszcz, wszy, brak jedzenia. Jeden z żołnierzy 94. Dywizji Piechoty pisał w liście: „Zjadają nas wszy, nic mnie to już nie obchodzi. Racje są coraz mniejsze.
Piętnastu ludzi na trzy bochenki chleba, brak gorących posiłków”. Inny meldował: „W odległości niespełna dwustu metrów leży co najmniej dwudziestu martwych Niemców. Dzień i noc bez końca ogień moździerzowy. Czasami na parę chwil zapada cisza i wtedy myślę o domu”.
Kiedy alianci dokonali desantu pod Anzio na tyłach niemieckiej obrony, na pozycje spadły ulotki zadające pytanie: „Stalingrad czy Tunis? ”. Sugerowano, że Niemców czeka rozbicie albo honorowa kapitulacja. Żołnierz odpowiedział: „Anglicy piszą, że wybór należy do nas: Tunis albo Stalingrad.
Dostajemy połowę racji, żadnej poczty. Bardzo niedługo i ja będę jeńcem”. Niemieckie dowództwo zdawało sobie sprawę, że morale wisi na włosku, ale wciąż nakazywało wytrwałość. Kesselring wspominał raport jednego z najdzielniejszych dowódców, generała Friesa z 29.
Dywizji Grenadierów Pancernych, który uważał swoją pozycję za nie do utrzymania, a mimo to trzymał ją z żelazną konsekwencją. Sytuacja na froncie pogarszała się z każdym tygodniem. Na północnych odcinkach Niemcy starli się z dywizjami francuskimi, które błyskawicznie zyskały ich szacunek. Żołnierz pisał: „Przez cały czas spaliśmy tylko w okopach, a ogień artyleryjski trzymał nas z nosem w ziemi.
Kiedy zobaczyłem, że z mojego pierwotnego oddziału nie został ani jeden człowiek – wszyscy zaginęli – poczułem się bardzo dziwnie. Straciłem apetyt i nic nie jadłem”. Walki toczyły się o każde wzniesienie. Wzgórze 593 przechodziło z rąk do rąk, a kontrataki kosztowały Niemców ogromne straty.
Szczególnie tragiczny był atak z 12 lutego na Monte Castellone, kiedy żołnierze trafili pod bratobójczy ogień własnej artylerii. Von Senger otwarcie mówił o wyczerpaniu: „Elastyczne dowodzenie nie ograniczyło strat. Nowo dosłane bataliony wyrównały straty tylko w niewielkim stopniu”. Przez cały ten czas klasztor pozostawał formalnie strefą neutralną, choć spadały na niego pociski z obu stron.
Opat Martino Matrone szacował, że na zabudowania spadło nawet kilkaset pocisków. W środku przebywali mnisi i liczni uciekinierzy z doliny Liri. 15 lutego 1944 roku alianci zbombardowali klasztor. Sto czterdzieści dwa ciężkie bombowce zrzuciły ładunki na zabytkowe mury, a zaraz potem rozpoczął się potężny ostrzał artyleryjski.
Jeden z niemieckich weteranów wspominał: „Cała góra stała w płomieniach, drzewa oliwne płonęły całymi dniami. To była pochodnia, prawdziwe morze ognia”. Niemiecka propaganda natychmiast wykorzystała zniszczenie klasztoru. Jeszcze tego samego wieczoru oficer przybył do ruin i poprosił opata o pisemne potwierdzenie, że w trakcie nalotu w klasztorze nie było ani jednego niemieckiego żołnierza.
Opat został następnie zaciągnięty do wielkiej stacji nadawczej, gdzie kazano mu opowiedzieć o różnicy między postępowaniem Niemców a aliantów. Zmęczony i przygnębiony, trafił do ambasady niemieckiej w Watykanie, gdzie poproszono go o podpisanie propagandowego memorandum. Odmówił. Ruiny klasztoru natychmiast obsadzili niemieccy żołnierze.
Gruzy okazały się lepszym terenem do obrony niż wysokie zabudowania, ale zajęcie pozycji nie było bezpieczne. Jeden z pierwszych żołnierzy opowiadał: „Przewracający się mur pogrzebał niektórych naszych ludzi. Pod dalszym ogniem gorączkowo odkopywaliśmy rannych i pomagaliśmy im. W ten sposób nasza kompania poniosła pierwsze straty pod Cassino – dwóch poległych i czterech ciężko rannych.
Nie minęło nawet pięć minut, odkąd się to wszystko zaczęło”. Bitwa utrwaliła swój pozycyjny charakter. Obie strony znajdowały się szalenie blisko siebie, a królową pola walki stała się artyleria, także lekka w postaci moździerzy. Obsada klasztoru miała wyjątkowo kuriozalną pozycję.
Pewien żołnierz wspominał: „Spędziłem na górze dwanaście tygodni i ani razu nie wyszedłem na słońce. Zacząłem wyglądać zupełnie inaczej”. Pogoda nie pomagała. Śnieg, deszcz, zimny wiatr, błoto.
Dostawy zaopatrzenia odbywały się nocą, ale każda ścieżka znajdowała się już pod regularną obserwacją aliantów. Wszystkie formacje, nawet w spokojniejszych dniach, ponosiły straty. Von Senger porównywał to do frontu z I wojny światowej: „To, co zobaczyłem, sprawiło, że cofnąłem się w czasie o dwadzieścia osiem lat, gdy odczuwałem taką samą samotność na polu bitwy nad Sommą”. Pod koniec lutego na Monte Cassino przybyła elitarna 1.
Dywizja Strzelców Spadochronowych, która otrzymała zadanie obrony kluczowych punktów, w tym wzgórza klasztornego i miasteczka Cassino. To właśnie relacje tych „zielonych diabłów” pokazują, jak Niemcy odczuli bombardowania z 15 marca. „Z napięciem czekaliśmy w naszych okopach na zrzucenie bomb. Pojawiły się – jękliwe wycie, gdy się zbliżały, łoskot, gdy wybuchały, a ryk samolotów mieszał się z echami odbijającymi się od wzgórz, tworząc niemożliwy do opisania piekielny chór” – wspominał jeden z żołnierzy.
Inny dodawał: „Zdaliśmy sobie sprawę, że chcą nas zetrzeć w proch. Słońce straciło blask, przypominało to koniec świata. Towarzysze byli ranni, pogrzebani żywcem, odkopani, w końcu pogrzebani po raz drugi. Całe plutony i drużyny zostały unicestwione bezpośrednimi trafieniami”.
W ruinach miasteczka Cassino walki przypominały mały Stalingrad. Nie dało się wytyczyć prostej linii frontu – oddziały mieszały się, a snajperzy atakowali z dobrze przygotowanych kryjówek. Od połowy marca Niemcy zostali wypchnięci z miasteczka, a 19 marca alianci przypuścili atak pancerny na klasztor. Utrzymanie pozycji było wielkim sukcesem obrony, ale cena okazała się ogromna.
Niektóre oddziały straciły nawet sześćdziesiąt procent stanu osobowego. Niemieccy żołnierze nie walczyli z fanatycznego przywiązania do nazizmu. Jeden ze spadochroniarzy tłumaczył: „Ta heroiczna obrona wynikała ze świadomego działania w zgodzie z poczuciem obowiązku wobec towarzyszy. Chodziło też o czystą rozpacz, dramatyczną walkę o przeżycie.
Nie chcieliśmy dać się zabić, żeby nie zawieść kolegów”. Goebbels zapisał pod koniec marca: „W związku z bohaterskimi czynami naszych wojsk pod Cassino nasz naród przepełnia poczucie dumy. Żołnierze są w świetnej kondycji i w pełni przekonani, że Anglikom i Amerykanom nie uda się odebrać miejscowości”. Ale raporty wewnętrzne SS mówiły co innego: „Przebieg walk we Włoszech jest w tej chwili jedyną rzeczą, która uzasadnia nadzieję, że ciągle możemy sobie poradzić”.
Wiosną 1944 roku niemal wszyscy Niemcy zamartwiali się przyszłością swojego kraju. Dopóki stacjonowali w ruinach klasztoru, mogło się wydawać, że mają jeszcze szansę. Ale sami żołnierze dochodzili do kresu wytrzymałości. Weterani frontu wschodniego oceniali warunki tej bitwy wyjątkowo krytycznie: „To, przez co tutaj przechodzimy, jest nie do opisania.
Nigdy nie przeżyłem czegoś takiego nawet w Rosji. Nie ma ani sekundy spokoju, tylko nieustanny grzmot dział i moździerzy. Gdy już myślisz, że będziesz miał parę godzin odpoczynku, dokuczają ci pchły, robactwo, szczury i myszy. Wszystko w rękach losu, a los wielu chłopaków już się dopełnił”.
Dostarczenie wody pitnej na górę stawało się coraz trudniejsze. „Nasze dostawy wody były skromne. Na górze nie było przyjemnie – byłeś brudny, cuchnący. Dostawałeś pół litra wody i wierz mi, to było nic”.
Niemcy docenili też walczących przeciwko nim żołnierzy. W raporcie 14. korpusu pancernego czytamy: „Żołnierz nowozelandzki jest fizycznie sprawny, wytrwały w walce na bliskich dystansach i dobrze wyszkolony. Często obsady punktów oporu trzeba było wycinać do ostatniego człowieka, ponieważ odmawiały kapitulacji”.
Kolejne tygodnie spokoju uśpiły czujność Niemców. Sukcesy w wojnie obronnej przekonywały dowództwo, że alianci odpuszczą frontalne ataki. Kiedy 11 maja alianci ruszyli do ostatniej ofensywy, Niemcy zostali kompletnie zaskoczeni. Wielu czołowych oficerów przebywało akurat na urlopie, w tym generałowie von Senger i Baade.
Alianci powtórzyli manewry ze stycznia, próbując przebić się przez dolinę na południe od Cassino, ale jednocześnie rzucili polskie oddziały prosto na wzgórze klasztorne. Niemieckie linie zaczęły się chwiać. Spadochroniarze czuli, że bitwa zbliża się do końca. „Siedzieliśmy tam przez pięć dni pod nieustanną kanonadą.
Pocisk za pociskiem, wszędzie pełno pyłu. Nasz kontyngent ciągle się kurczył”. 17 maja w klasztorze znajdowało się już ledwie około dwustu Niemców, otoczonych przez ciała zabitych aliantów i pośród trupów własnych kolegów. Coraz wyższe temperatury przyspieszały proces gnicia ciał, a weterani wspominali koszmarny smród i zasłonę dymną, która utrudniała oddychanie.
Wieczorem 17 maja Niemcy w klasztorze otrzymali meldunek o odwrocie na linię Senger. Mieli opuścić Cassino. Ale niemiecka propaganda przez lata powtarzała wersję, jakoby żołnierze wycofali się „zgodnie z rozkazem i bez walki”, a alianci „zachowywali się tak, jakby zdobyli Cassino szturmem”, co było dla nich „szczytem upokorzenia”. To była czysta fikcja.
Kesselring zapisał, że spadochroniarze w ogóle nie chcieli dopuścić myśli o oddaniu Monte Cassino, i to on osobiście musiał 18 maja wydać rozkaz wycofania się. Elitarna jednostka nie chciała oddać pozycji, bo oznaczało to przyznanie się do porażki – a przecież obiecywano im, że utrzymają linię Gustawa i unicestwią wroga. Ostatnie minuty walki wyglądały rozczarowująco, nie heroicznie. Pewien kapitan przemówił do swoich ludzi: „Ach, to dla nas koniec.
Możemy tu poczekać, dopóki nie wezmą nas do niewoli. Zostało nam niewielu ludzi. Nie strzelajcie już, to nie ma sensu”. Część żołnierzy wolała poddać się Brytyjczykom niż Polakom.
Tym, którym udało się zbiec na północny zachód, przyszło przeżywać kolejny koszmar. Oficer pozostawił list: „Nie możesz sobie wyobrazić okrucieństwa tego odwrotu. Żołnierze są zmęczeni, od trzech dni nie mieli nic w ustach. Serce mi krwawi, gdy widzę mój piękny batalion – po pięciu dniach stu pięćdziesięciu żołnierzy poległo”.
Niemcy pod Cassino nie czuli pogardy do przeciwnika – wręcz przeciwnie, nabrali nowego szacunku do aliantów. Jeśli tak koszmarna bitwa nie była w stanie ich złamać, los wojny był przesądzony. Aliantom udało się przełamać linię Gustawa i zmusić Niemców do odwrotu, choć amerykański generał Clark zamiast odciąć im drogę ucieczki, samowolnie pomaszerował na niebroniony Rzym. Niemieccy żołnierze polegli pod Monte Cassino zostali pochowani na cmentarzu w miejscowości Cassino, z widokiem na wzgórze 593.
Leży ich tam około dwudziestu tysięcy, zaledwie cztery kilometry od polskiego cmentarza na stokach Góry Czerwonej i sześć kilometrów od brytyjskiego cmentarza w dolinie. Te śmiesznie małe odległości między miejscami pochówku najlepiej pokazują ciasnotę tego frontu – i wspólnotę traumatycznych wydarzeń, w których obie strony przeszły przez piekło, jakiego nie powstydziło się nawet najgorsze pole bitwy.


