W windzie stanęliśmy między piętrami na ponad godzinę. On – prezes holdingu, który od pięciu lat mijał mnie, nie widząc. Ja – sprzątaczka, która słyszała wszystko, co mówił, myśląc, że nikt nie…

W windzie stanęliśmy między piętrami na ponad godzinę. On – prezes holdingu, który od pięciu lat mijał mnie, nie widząc. Ja – sprzątaczka, która słyszała wszystko, co mówił, myśląc, że nikt nie...

Winda szarpnęła się głucho i stanęła między piętrami. Światła zgasły, zapaliło się tylko słabe, pomarańczowe światło awaryjne. Wojciech wyciągnął telefon – brak zasięgu. Nacisnął interkom.

Thumbnail

Cisza. – Zepsuty od miesiąca – powiedziała cicho kobieta w szarym fartuchu, która wsunęła się do windy tuż przed zamknięciem drzwi. – Zgłaszałam to dwa razy. Wojciech spojrzał na nią, jakby dopiero teraz zauważył, że nie jest sam.

Trzymała przy piersi mały notatnik w wytartej oprawie. – Jak długo to może potrwać? – Czasem godzinę, czasem dłużej. Zależy, czy ktoś zauważy, że nas tu nie ma.

Kinga usiadła na podłodze, opierając się plecami o ścianę, tak naturalnie, jakby robiła to już wcześniej. Wojciech zawahał się, po czym niepewnie osunął się obok niej. Pierwszy raz od lat siedział na podłodze. – Nie musi pan siedzieć – powiedziała bez ironii.

– Niektórzy wolą stać. Czują wtedy, jakby wciąż mieli kontrolę. Spojrzał na nią zaskoczony. Nikt nie mówił do niego w ten sposób.

Nikt nie mówił mu prawdy. – Ma pani rację – odparł cicho. Wojciech poprawił mankiet koszuli, gest, który zwykle kupował mu sekundy do namysłu w sali zarządu. Tutaj nie kupował nic.

– Pracuje pani tutaj długo? – Pięć lat. – Nie pamiętam, żebym panią widział. – Bo mnie pan nie widział.

Powiedziała to bez goryczy. Fakt, nie zarzut. – Nazywam się Kinga Malinowska. – Wojciech Nowicki.

– Wiem. Coś w jej tonie sprawiło, że poczuł się obnażony. Oczywiście, że wiedziała. Jego nazwisko wisiało na tabliczce przy wejściu, w gazetach, w nagłówkach o fuzji, którą zamykał w zeszłym miesiącu.

On nie wiedział o niej nic. Ona wiedziała o nim wszystko, co dało się wiedzieć z zewnątrz. – Syna, Kubę – odpowiadała na jego pytania, gdy rozmowa z bliska przypominała przesłuchanie. – Dwanaście lat.

Sama go wychowuję. – Co pani zapisuje w tym notatniku? Coś w jej twarzy się zamknęło. Cicho, jak drzwi domykane bez trzaśnięcia.

– Różne rzeczy. Listy zakupów, terminy. Nic ciekawego. Wojciech skinął głową, choć nie do końca uwierzył.

Minęło czterdzieści minut. Przestał sprawdzać telefon. Cisza w windzie miała inny ciężar niż ta, do której był przyzwyczajony. W sali konferencyjnej cisza oznaczała, że ktoś czeka na jego decyzję.

Tutaj cisza nie czekała na nic. – Ludzie zwykle mówią mi to, co chcę usłyszeć – powiedział, patrząc w podłogę. – Zarząd, prawnicy, nawet rodzina. – Pan nie wie, jakiej odpowiedzi pan chce, więc mówię, co widzę.

– Widzi pani, jak trzyma pan ramiona. Jak sprawdza pan telefon, jakby się pan czegoś bał, a nie jakby na coś czekał. Wojciech spojrzał na własne dłonie. Milczał długo.

– Ma pani rację. To właśnie robię. – To musi być samotne – powiedziała w końcu. – Nikt nigdy nie powiedział mi tego wprost.

Mój ojciec odszedł osiem miesięcy temu – wyrzucił z siebie, nie patrząc na nią. – Słowa po prostu wyszły, jakby cisza windy je z niego wyciągnęła. Kinga nie odpowiedziała. Nie powiedziała „przykro mi”.

Po prostu słuchała. – Wszyscy myślą, że przejąłem firmę, bo byłem gotowy. Syn dziedzic, następny Nowicki na czele holdingu. – Nie był pan gotowy?

– Nie byłem nawet w tym samym mieście, kiedy umierał. Byłem na spotkaniu w Londynie. Siostra dzwoniła trzy razy. Nie odebrałem, bo byłem w środku negocjacji.

Kiedy w końcu oddzwoniłem, ojciec już nie żył od dwóch godzin. Cisza w windzie zmieniła jakość. Stała się gęstsza, ale nie duszna. Jak cisza w pokoju, w którym ktoś w końcu odłożył ciężar, który niósł zbyt długo.

– Nikomu tego nie powiedziałem. Siostra wie prawdę, ale nigdy o tym nie rozmawiamy. Odrzucam jej telefony, bo boję się, że w końcu spyta wprost, dlaczego nie przyjechałem. – Dlaczego pan mi to mówi?

– zapytała, nie z podejrzliwością, ale z prawdziwym pytaniem. – Bo pani nic ode mnie nie chce. Nie potrzebuję pani aprobaty. Nie próbuje mnie pani oceniać ani pocieszać.

Po prostu pani słucha. – To niebezpieczne – powiedziała cicho. – Mówić prawdę komuś, kogo pan nie zna. – Wiem.

Ale w ciemności łatwiej jest powiedzieć prawdę. – Ojciec nigdy by mi nie wybaczył – dodał, a głos załamał mu się na ostatnim słowie. – A ja nigdy nie wybaczyłem sobie, że wybrałem spotkanie zamiast niego. Winda szarpnęła się bez ostrzeżenia.

Światła zamigotały, potem zapaliły się na pełną moc. Kabina zaczęła się poruszać. Drzwi rozsunęły się, odsłaniając marmurowy hol, ochroniarza rozmawiającego przez telefon, świat, który toczył się dalej, obojętny na to, co wydarzyło się piętro wyżej. Kinga wstała pierwsza, chowając notatnik do kieszeni jednym płynnym ruchem.

Wojciech podniósł się wolniej. – Dziękuję – powiedział, nie do końca wiedząc za co. – Nie ma za co dziękować. Po prostu utknęliśmy razem.

Wyszła z windy pierwsza, kierując się w stronę wózka, który zostawiła na siedemnastym piętrze. Wojciech stał w holu, czując się dziwnie obnażony, jakby zdjął warstwę ubrania, której nie planował zdejmować. Pojechał do domu, nie do restauracji. Odwołał kolację SMS-em.

Długo siedział w ciemnym salonie, patrząc na telefon. W końcu wybrał numer siostry. – Wojtek? – Głos Agaty brzmiał zaskoczony, ostrożny.

– Przepraszam, że nie odbierałem. – Wszystko w porządku? – Nie do końca. Ale chcę porozmawiać o tacie.

O tym dniu. Kilka kilometrów dalej Kinga układała Kubę do snu. Kiedy chłopiec zasnął, usiadła przy kuchennym stole, wyjęła notatnik i otworzyła go po raz pierwszy od wielu tygodni. Nie zapisała nic o dzisiejszym wieczorze.

Trzymała pióro nad pustą stroną, myśląc o zdaniu, które usłyszała w ciemności. Zdaniu, które nie było przeznaczone dla niej, ale które teraz nosiła, jakby ktoś powierzył jej coś kruchego. Zamknęła notatnik bez pisania, ale wiedziała, że coś się zmieniło. Następnego wieczoru Kinga zauważyła go, zanim zdążył się odezwać.

Stał przy wózku sprzątającym na siedemnastym piętrze, w miejscu, w którym nigdy wcześniej się nie pojawiał. Pierwsza myśl, natychmiastowa i zimna: „Wie, że za dużo usłyszałam. Przyszedł mnie zwolnić”. – Panie Nowicki – wyprostowała się, odkładając ściereczkę.

– Coś się stało? – Nie, nic się nie stało. Chciałem tylko porozmawiać, jeśli ma pani chwilę. – Nie muszę stracić pracy za to, co pan powiedział – zaczęła szybko.

– Rozumiem, że to było prywatne. Nikomu nie powiem. – Nie przyszedłem, żeby panią zwolnić – przerwał jej. – Ani żeby prosić o milczenie.

– To po co pan przyszedł? – Chcę wiedzieć, jak pani to zrobiła. – Co takiego? – Sprawiła pani, że powiedziałem coś, czego nie powiedziałem nikomu przez osiem miesięcy.

Nawet terapeucie, do którego chodziłem trzy razy i przestałem, bo czułem, że płacę komuś, żeby udawał, że go to obchodzi. – Nie zrobiłam nic specjalnego. Po prostu słuchałam. – To właśnie chcę zrozumieć.

Jak pani słucha, bo to było inne niż cokolwiek, czego doświadczyłem od ludzi, którzy niby znają mnie od lat. – To nie jest umiejętność, którą można komuś wytłumaczyć w pięć minut. – Mam czas. – Ja nie.

Kończę o dwudziestej trzeciej. Wojciech skinął głową, ale nie odszedł. – Może innym razem. Kiedy pani będzie miała czas?

– Dlaczego to dla pana takie ważne? – zapytała szczerze. – Bo przez całe życie otaczałem się ludźmi, którzy mówili mi to, co chciałem usłyszeć. A pani powiedziała mi prawdę, nie znając mnie.

Nie chcąc niczego w zamian. I nie potrafię przestać o tym myśleć. – W piątek – powiedziała w końcu. – Kończę wcześniej w piątki.

Może pan przyjść na siedemnaste piętro o dwudziestej pierwszej. W piątek wieczorem siedemnaste piętro było ciche. Kinga pchała wózek między biurkami, kiedy usłyszała kroki, które rozpoznała, zanim jeszcze podniosła wzrok. Wojciech stał przy wejściu bez marynarki, w samej koszuli z podwiniętymi rękawami.

Wyglądał inaczej niż w garniturze. Mniej jak prezes, bardziej jak człowiek, który po prostu skończył pracę. – Nie musi pani przerywać. Mogę poczekać.

– Mogę rozmawiać i pracować jednocześnie. Robię to od lat. – Więc jak pani to robi? – zaczął, siadając przy jednym z biurek.

– Kiedy człowiek jest niewidzialny wystarczająco długo – powiedziała, kontynuując pracę – uczy się patrzeć inaczej. Nie na to, co ludzie mówią, ale na to, jak to mówią. – Co ma pani na myśli? – Ludzie mówią jedno, a ich ciało mówi drugie.

Pan na przykład mówi: „Wszystko w porządku”, ale trzyma pan ramiona tak, jakby czekał pan na cios. Robi to pan od miesięcy. Zauważyłam to, zanim jeszcze utknęliśmy w windzie. – Przez piętnaście lat byłam w pokojach, gdzie ludzie mówili, bo myśleli, że nikt nie słucha.

I nauczyłam się czegoś, czego większość ludzi nigdy się nie uczy. Że prawda wychodzi tylko wtedy, kiedy człowiek myśli, że nie ma znaczenia, komu ją mówi. – To dlatego powiedziałem to pani. Bo pani nie miała znaczenia.

– Nie – zaprzeczyła. – Bo myślał pan, że nie ma znaczenia to, co ja z tym zrobię. Że nie mam władzy, żeby to wykorzystać przeciwko panu. I miał pan rację.

Nie mam. – To dość brutalna prawda o mnie. – To prawda o większości ludzi w pana pozycji. Mówię to nie po to, żeby pana zranić.

– Wiem. Właśnie dlatego to działa. Bo pani nie próbuje mnie oszczędzać. – Kuba zapytał mnie kiedyś, dlaczego ludzie w tym budynku nigdy się do mnie nie uśmiechają.

Powiedziałam mu, że niektórzy ludzie nie widzą sprzątaczek. Widzą tylko czystą podłogę. – Ja pani nie widziałem przez pięć lat. – Wiem.

– Przepraszam za to. – Nie musi pan przepraszać za to, co robi cały świat. – Musiałbym przepraszać cały kraj. Ale zaczynam od pani.

Minął tydzień, zanim Wojciech wrócił na siedemnaste piętro. Tym razem przyniósł dwa kubki kawy z automatu. Gest niezręczny, prawie chłopięcy. Kinga przyjęła go bez komentarza.

– Myślałem o tym, co pani powiedziała – zaczął. – O widzeniu ludzi inaczej. Zastanawiałem się, czy widziała pani coś we mnie wcześniej, zanim utknęliśmy w windzie. Kinga postawiła kubek na biurku.

Jej dłoń automatycznie powędrowała do kieszeni fartucha. – Widziałam pana wiele razy. – Rozmawialiśmy kiedyś? – Nie.

Ale słyszałam pana. Ludzie tacy jak pan rozmawiają przez telefon w korytarzach, w salach konferencyjnych z uchylonymi drzwiami, myśląc, że sprzątaczka to część mebli. Wojciech poczuł ukłucie niepokoju. – Co pani słyszała?

Kinga zawahała się. Ręka zacisnęła się na kieszeni, gdzie leżał notatnik. – Może to panu pokażę. Wyjęła zeszyt, trzymała go przez chwilę, po czym otworzyła okładkę i podała mu przez biurko.

Wojciech otworzył go niepewnie. Strony były zapisane drobnym, starannym pismem. Daty, krótkie zdania, czasem tylko fragmenty. Przewracał kartki, a jego twarz powoli zmieniała wyraz od ciekawości do niepokoju.

– „12 marca. Powiedział przez telefon: jeśli firma upadnie, to będzie moja wina, nie ojca. Brzmiał, jakby nikt nigdy nie powiedział mu, że nie musi dźwigać wszystkiego sam. ” – przeczytał na głos.

– „3 czerwca. Nie spał od dwóch dni. Widać po oczach. Krzyczał na kogoś, potem przeprosił, kiedy myślał, że nikt nie słyszy.

” – „20 września. Stał przy oknie biura przez dwadzieścia minut. Nie ruszając się. Nie sprawdzał telefonu.

Po prostu patrzył. ”
– To pani pisała o mnie? Jak długo? – Prawie trzy lata.

– Dlaczego? – Nie zaczęłam tego robić, żeby pana szpiegować. Zaczęłam, bo zauważyłam wzór. Ludzie na najwyższych piętrach mówią rzeczy w korytarzach, myśląc, że nikt nie słucha.

I te rzeczy czasem brzmią jak wołanie o pomoc, którego nikt inny nie usłyszy, bo wszyscy dookoła są zbyt zajęci. – Więc pani mnie obserwowała. – Nie obserwowałam pana. Słyszałam pana.

Jest różnica. – To brzmi jak inwigilacja. – Wiem, jak to brzmi. Ale nigdy nikomu tego nie pokazałam.

Nigdy nie użyłam tego przeciwko panu. To nie jest broń. To jest dowód, że ktoś zauważył, że ktoś się martwił, nawet jeśli nie miał prawa się martwić. – Dlaczego martwiła się pani o mnie?

Nie znała mnie pani. – Zobaczyłam człowieka, który tonie w milczeniu, otoczony ludźmi, którzy widzą tylko jego stanowisko. I pomyślałam, że ktoś powinien to zauważyć. Nawet jeśli tym kimś jest tylko sprzątaczka, której nikt nie pamięta imienia.

Wojciech siedział nieruchomo, notatnik wciąż w dłoniach. – Nie wiem, czy mam być wdzięczny, czy przerażony. – Może pan być jednym i drugim. – Dziękuję, że pani to pokazała.

– Musiałam. Nie mogłam pozwolić panu myśleć, że to, co się dzieje między nami, zaczęło się od windy. Zaczęło się dużo wcześniej. Tylko pan o tym nie wiedział.

W poniedziałek Wojciech nie wrócił do domu od razu. Chodził po pustych korytarzach siedemnastego piętra, zatrzymał się przy oknie w miejscu, gdzie – jak napisała – stał kiedyś dwadzieścia minut. Nie pamiętał tamtego dnia. Ale ona pamiętała.

Zapisała datę, godzinę, sposób, w jaki stał. Przez całe życie budował mur wokół siebie, starannie wybierając, komu ufać. A ktoś, kogo nigdy nie zauważył, znał go lepiej niż ktokolwiek z tych, których wybrał. Następnego dnia zwołał spotkanie zarządu.

Rutynowe, kwartalne. Ale tym razem, siedząc przy stole konferencyjnym, zauważył coś, czego nigdy wcześniej nie zauważał. Sposób, w jaki asystentka wnosząca kawę stała się niewidzialna, gdy tylko postawiła tacę. Sposób, w jaki nikt nie podziękował, nikt nie spojrzał jej w oczy.

Po spotkaniu zapytał sekretarkę:
– Jak nazywa się kobieta, która przynosi kawę? – Nie jestem pewna, panie Nowicki. Chyba Ania albo Anka, coś w tym rodzaju. – Proszę się dowiedzieć dokładnie.

Wieczorem zadzwonił do siostry. – Wojtek? Dzwonisz częściej niż przez ostatnie dwa lata razem wzięte. – Muszę cię o coś zapytać.

Czy kiedykolwiek czułaś, że nikt cię naprawdę nie widzi? Że ludzie widzą tylko to, kim jesteś na papierze? Siostra Nowickiego, wiceprezes działu, a nie to, kim naprawdę jesteś? Cisza po drugiej stronie trwała długo.

– Codziennie – powiedziała w końcu Agata. – Dlaczego pytasz? – Bo poznałem kogoś, kto widzi ludzi inaczej. I to zmieniło we mnie coś, czego nie potrafię cofnąć.

Tej nocy Wojciech nie spał długo. Leżał w ciemności, myśląc o trzech latach cichych obserwacji. Zrozumiał coś, co przerażało go bardziej niż jakakolwiek decyzja biznesowa: że przez całe życie mylił dostęp z bliskością. Otaczał się ludźmi, którzy mieli dostęp do jego pieniędzy, statusu, wpływów, ale nigdy do niego samego.

A kobieta, która sprzątała jego biuro od pięciu lat, miała dostęp tylko do jednej rzeczy – do prawdy, którą przypadkiem usłyszała w korytarzach i którą wybrała nosić z troską zamiast obojętnością. Rano obudził się z jasnością, jakiej nie czuł od miesięcy. Wiedział, że nie może zaproponować Kindze pieniędzy. To byłaby zniewaga.

Wiedział też, że nie może udawać, że nic się nie zmieniło. Musiał zrobić coś, co dowodziłoby, że naprawdę zrozumiał. Wziął telefon i zadzwonił do działu kadr. – Potrzebuję listy wszystkich pracowników firmy sprzątającej przypisanej do naszego budynku.

Z imionami. Chcę je znać wszystkie. W piątek rano zamiast jechać windą prosto do gabinetu, wysiadł na siedemnastym piętrze. Kinga kończyła właśnie zmianę poranną, kiedy zobaczyła go w korytarzu.

– Kinga – powiedział i było to pierwszy raz, kiedy użył jej imienia w pracy. – Dzień dobry. Zaskoczenie na jej twarzy było widoczne. Nikt z zarządu nigdy nie zwracał się do niej po imieniu.

– Dzień dobry – odpowiedziała ostrożnie. W ciągu następnej godziny przeszedł przez wszystkie piętra budynku, zatrzymując się przy każdym członku ekipy sprzątającej, którego imię zdążył się nauczyć z listy. Przywitał się z Robertem na dwunastym. Zapytał Halinę na ósmym, jak się czuje po operacji kolana.

Robił to cicho, bez ogłoszeń, bez zdjęć dla wewnętrznego newslettera. Ale zarząd zauważył. Tego samego dnia na spotkaniu kwartalnym Wojciech wprowadził punkt, którego nikt się nie spodziewał. – Od dziś każdy pracownik tego budynku, niezależnie od stanowiska, będzie zwracany po imieniu przez każdego, kto z nim rozmawia.

To dotyczy również personelu firm zewnętrznych, w tym ekipy sprzątającej. Chcę, żeby dział kadr przygotował listę imion wszystkich osób pracujących w tym budynku. I chcę, żeby każdy nowy pracownik przechodził szkolenie, które podkreśla, że nikt w tym budynku nie jest niewidzialny. – To dość niezwykła zmiana polityki, Wojciechu – mruknął jeden z dyrektorów.

– Owszem. I zamierzam jej pilnować osobiście. Po spotkaniu wrócił na siedemnaste piętro, gdzie Kinga wciąż kończyła swoje obowiązki. – Słyszałam o nowej polityce – powiedziała, nie podnosząc wzroku znad biurka.

– To nie było dla ciebie – powiedział Wojciech, zauważając, że przeszedł na „ty” i że ona tego nie poprawiła. – To znaczy, było. Ale nie tylko. To było dla wszystkich, których nigdy nie widziałem, dopóki nie zobaczyłem ciebie.

Kinga odłożyła ściereczkę i spojrzała na niego. – To duża zmiana za jedną rozmowę w windzie. – To nie była jedna rozmowa. To były trzy lata twojego milczącego zauważania.

Ja tylko w końcu zacząłem robić to samo. Kinga uśmiechnęła się lekko. Pierwszy prawdziwy uśmiech, jaki u niej widział. – Muszę wracać do pracy.

– Wiem. Odwrócił się, żeby odejść. Potem zatrzymał się. – Kinga?

– Tak? – Dziękuję za notatnik. Za to, że mnie zobaczyłaś, zanim ja zobaczyłem ciebie. Nie odpowiedziała słowami.

Tylko skinęła głową. I to wystarczyło. Minął rok. Siedemnaste piętro wyglądało tak samo jak zawsze.

Te same korytarze, te same biurka, ten sam zapach czystości wieczorem. Ale coś w atmosferze budynku zmieniło się w sposób, którego nikt nie potrafił dokładnie nazwać, choć każdy go czuł. Kinga wciąż sprzątała ten sam odcinek biur, tym samym wózkiem. Ale teraz, kiedy mijała kogoś w korytarzu, ludzie mówili: „Dzień dobry, Kinga”, a nie „dzień dobry” skierowane w powietrze.

Nowi pracownicy uczyli się imion ekipy sprzątającej pierwszego dnia, razem z hasłem do WiFi i lokalizacją stołówki. Notatnik wciąż leżał w kieszeni fartucha, choć teraz rzadziej go otwierała. Nie dlatego, że przestała zauważać. Obserwacja była częścią tego, kim była.

Ale coś, co kiedyś było jedynym sposobem, by ktoś ją zauważył, straciło swoją pilną konieczność. Nie musiała już zapisywać cudzego bólu, żeby poczuć, że ma znaczenie. Wojciech nadal prowadził firmę z tą samą precyzją, ale spotkania zarządu zaczynał teraz pytaniem o ludzi, nie tylko o liczby. Nie stał się innym człowiekiem.

Wciąż był kontrolowany, wciąż trzymał dystans w sprawach biznesowych. Ale linia między tym, kto zasługiwał na jego uwagę, a kto nie, przestała istnieć. Nie było romansu w sposób, w jaki filmy by to pokazały. Nie było wielkiego wyznania, ślubu, wspólnego mieszkania.

Byli dwojgiem ludzi z różnych światów, którzy nauczyli się czegoś od siebie nawzajem. I to, co zbudowali, było ostrożne, powolne, oparte na szacunku, nie na fantazji. Czasem, kiedy Wojciech zostawał do późna, przechodził przez siedemnaste piętro i czasem rozmawiali – o synu Kingi, o firmie, o niczym konkretnym. Nie było w tym pośpiechu.

Oboje wiedzieli, że niektóre rzeczy budują się latami, nie godzinami. Nawet jeśli zaczęły się od jednej godziny uwięzienia w metalowej klatce. Pewnego wieczoru, kiedy Kinga kończyła zmianę, Kuba zapytał ją, dlaczego wraca do domu z uśmiechem częściej niż kiedyś. – Bo ktoś w końcu mnie zobaczył – odpowiedziała.

– Zawsze cię widziałem, mamo. Kinga uśmiechnęła się, gładząc go po głowie. – Wiem, kochanie. Ale czasem trzeba, żeby zobaczył cię ktoś, kto nigdy wcześniej nie patrzył.

W biurze na dwudziestym piętrze Wojciech trzymał na półce przedmiot niewidoczny dla gości. Mały, wytarty spinacz, którym Kinga kiedyś przypięła kartkę do jego notatek, zapomniany na jego biurku. Nie był to notatnik, nie była to wielka pamiątka. Tylko mały znak, że ktoś kiedyś zwrócił uwagę na drobiazg, który każdy inny by zignorował.

I czasami, kiedy patrzył na ten spinacz, przypominał sobie, że najważniejsze rzeczy w życiu rzadko przychodzą w opakowaniu, jakiego się spodziewamy. Czasem przychodzą w ciemności zepsutej windy i w głosie kogoś, kogo nigdy wcześniej nie zauważyliśmy.