W przeddzień najważniejszej misji mojego życia napisałem do rodziców list, w którym dziękowałem im za wszystko i prosiłem, by pozostali zdrowi. Wiedziałem, że już ich nie zobaczę. Miałem zginąć,…

W przeddzień najważniejszej misji mojego życia napisałem do rodziców list, w którym dziękowałem im za wszystko i prosiłem, by pozostali zdrowi. Wiedziałem, że już ich nie zobaczę. Miałem zginąć,...

2 maja 1945 roku oficer japońskiej marynarki Saburo Chiba napisał do rodziców: „Kiedy myślę o zaszczycie, jaki mnie dziś spotyka – oddaniu życia za cesarstwo – z głębokim wzruszeniem odczuwam pragnienie odwdzięczenia się moją śmiercią za wielką dobroć cesarza, dziadków, ojca i matki. Pozostańcie w dobrym zdrowiu”. Chiba był pilotem kaitenów – specjalnie zmodyfikowanych torped, które mogły pomieścić człowieka. 27 maja został wystrzelony wraz z potężnym ładunkiem wybuchowym w kierunku amerykańskiego konwoju.

Thumbnail

Jego zadaniem było tak poprowadzić pojazd, by zderzyć się z wrogim okrętem. Kosztem jednego życia i jednej torpedy Japonia chciała zadać Amerykanom poważne straty – w najlepszym scenariuszu zatopić lotniskowiec. Jak do tego doszło? Jak powstała i upadła koncepcja podwodnych kamikaze?

I jaka była prawdziwa skuteczność tych żywych torped? Zacznijmy od początku. Idea żywych torped była znacznie starsza, choć nie zawsze oznaczała śmierć pilota. W 1918 roku Włosi powołali oddziały szturmowe złożone z płetwonurków, którzy mieli własnoręcznie podkładać ładunki na wrogich statkach.

Było to mało efektywne – ograniczało nurków do małych ładunków. Stąd pomysł wykorzystania torped do przewozu dwóch ładunków po 170 kilogramów. Ten improwizowany pojazd nazwano „mignatta”, czyli pijawka. Tuż przed końcem I wojny światowej, w nocy z 31 października na 1 listopada 1918 roku, włoscy nurkowie zatopili w porcie w Poli pancernik „Viribus Unitis”.

Pierwsze żywe torpedy były więc tak naprawdę pojazdami dla wyspecjalizowanych oddziałów, a nie bronią jednorazowego użytku. Włosi pozostali pionierami. W czasie II wojny światowej ich oddziały szturmowe – jak choćby słynna flotylla X MAS pod dowództwem księcia Borghese – działały z dużym powodzeniem. Ale te oddziały nie były formacjami kamikaze.

Torpedy były zbyt dobrze wyszkolone i zbyt cenne, by nie planować ich powrotu do bazy. Inaczej żywe torpedy postrzegano w Polsce. W 1939 roku, w obliczu narastającego zagrożenia niemieckim atakiem, prowadzono nabór ochotników do projektu żywych torped. Gazety przekonywały, że człowiek w torpedzie zawsze znajdzie cel, zaoszczędzi życie innym żołnierzom i zniszczy wielu wrogów.

„Ilustrowany Kurier Codzienny” z 6 maja 1939 roku pisał: „Każda zmontowana torpeda, bomba i mina kosztuje dużo pieniędzy, których nadmiaru nie mamy. Człowiek w torpedzie zawsze znajdzie ten cel, w który zechce trafić”. Do tego celu nie potrzebowano ludzi zupełnie zdrowych – mogli być nawet ułomni, ale silni duchem. Projekt nigdy nie wszedł w życie, pozostał tylko w sferze pomysłów.

Na drugim końcu świata sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. W połowie 1944 roku Japonia znajdowała się w opłakanej sytuacji. Amerykanie zdobywali kolejne wyspy, a japońska marynarka ponosiła ogromne straty. Od lutego 1944 roku dowódcy rozpoczęli przegląd istniejących projektów zbrojeniowych.

Jednym z nich była koncepcja specjalnych torped zaprojektowanych przez młodych oficerów. Twarzą pomysłu został Hiroshi Kuroki, którego zespół otrzymał zielone światło na pracę. Tak powstała Druga Szturmowa Eskadra Specjalna japońskiej marynarki. W marcu 1944 roku zespół trafił do bazy w Kure, na południe od Hiroszimy.

To tam powstał pancernik Yamato – symbol końca epoki pancerników i początku nowej, desperackiej broni. Nazwano ją kaiten, co można tłumaczyć jako „wielkie przedsięwzięcie”, „zwrot ku niebu” czy „niebiański wstrząs”. Sam pomysł nie wziął się znikąd. Podczas ataku na Pearl Harbor japońska flota użyła miniaturowych okrętów podwodnych typu A.

Były to pojazdy jednorazowego użytku, które miały podchodzić niezauważenie do najlepiej chronionych okrętów i zadawać im straty. Przenosiły dwie torpedy kalibru 457 mm z ładunkiem wybuchowym o wadze 350 kilogramów. Okazały się jednak mało skuteczne. To rozczarowanie doprowadziło do innego pomysłu: co jeśli rozbudować istniejącą supertorpedę?

Japończycy dysponowali torpedą typu 93 z ładunkiem wybuchowym o wadze 500 kilogramów, opartym na szymozie – materiale wydajniejszym od trotylu, ale też bardziej ryzykownym w transporcie. Torpedy typu 93 potrafiły eksplodować od poważnych wstrząsów, narażając przenoszące je okręty. Ale konstruktorzy kaitenów mieli swoją logikę: takie wady nie miały znaczenia w przypadku broni-taranu. Torpedy kaiten miały być używane skrycie, więc ryzyko przypadkowej eksplozji było teoretycznie wykluczone.

A eksplozja miała być trzy razy potężniejsza – ładunek zwiększono do półtorej tony. Konieczne były daleko idące modyfikacje: przedział dla pilota, śluza, elektronika, przyrządy sterownicze, a także peryskop do namierzania celu. Prototypy pierwszej wersji powstały już w czerwcu 1944 roku. Brakowało jednak pilotów.

10 lipca na wysepce Otsushima w zatoce Tokuyama powołano ośrodek szkoleniowy. Trafiali tam tylko ochotnicy, przeważnie młodsi oficerowie marynarki. Od sierpnia rozpoczęto produkcję właściwego modelu w stoczniach w Kure, Yosie i Hikari. Parametry pierwszej wersji: torpeda mogła zanurzyć się na głębokość 60 metrów, osiągać prędkość 30 węzłów, a zasięg wynosił nawet 78 kilometrów – czterokrotnie więcej niż zwykła torpeda typu 93, ale wymagało to utrzymania niskiej prędkości.

Nawigacja na otwartym morzu nie była jednak łatwa, więc konieczne było dobre rozpoznanie pozycji przeciwnika. Torpedy miały być dowożone w rejon ataku przez okręty podwodne lub mniejsze okręty nawodne. We wrześniu rozpoczęto właściwe szkolenia i testy. Już pierwsze rejsy pokazały, jak niebezpieczna to broń.

6 września 1944 roku doszło do tragedii. Oficer chciał odwołać ćwiczenia z powodu poważnych fal, ale sam pomysłodawca Hiroshi Kuroki miał odpowiedzieć, że kaiten będzie bezużyteczną bronią, jeśli nie poradzi sobie z falami. „Wróg nie będzie czekać tylko dlatego, że pogoda jest zła” – miał powiedzieć. Kuroki postanowił towarzyszyć kapitanowi Higudemowi.

Popołudniem wypłynęli na kaitenie w morze w kierunku wyspy Yashima. O godzinie 18:12 torpeda zanurzyła się pod falami i już nie wypłynęła. Następnego dnia rano odnaleziono ją wbitą dziobem w dno oceanu. Obaj oficerowie byli martwi – zabrakło im tlenu.

Przy ciałach znaleziono zapiski Kurokiego z instrukcjami, jak uniknąć podobnych błędów w przyszłości. Brzmi to jak legenda, ale atmosfera wokół tej broni rzeczywiście była podniosła i pełna entuzjazmu. Młodzi Japończycy zgłaszali się na ochotnika i podchodzili do sprawy śmiertelnie poważnie. Musieli – szkolenia były bardzo niebezpieczne.

W ich trakcie zginęło 15 pilotów. Konieczne było odpowiednie przygotowanie mentalne, bo raz wystrzelona torpeda musiała wcześniej czy później trafić w cel. Inaczej, po spaleniu całego paliwa, została utracona razem z pilotem. Jeden z pilotów zakładał dość makabryczny scenariusz: „Jeśli kiedykolwiek zabrakłoby mi paliwa, wypłynąłbym na powierzchnię i tam bym poczekał.

Wiedzieliśmy, że Amerykanie są łowcami pamiątek. Gdyby spróbowali mnie wyciągnąć, pozostałbym nieruchomy, a gdy tylko poczułbym, że mój pojazd dotyka pokładu, ruszyłbym specjalny przełącznik, który posiada każdy kaiten na wypadek, gdyby detonator dziobowy nie zadziałał – i zabrałbym ze sobą do wieczności wszystkich na amerykańskim okręcie”. W takiej atmosferze kontynuowano szkolenia i rozbudowywano program. Wkrótce miało dojść do prawdziwego testu bojowego.

25 października 1944 roku amerykański lotniskowiec „St. Lo” został zaatakowany przez myśliwce A6M Zero z podpiętymi bombami, które zmierzały do staranowania amerykańskich okrętów. Jeden z samolotów trafił w pokład lotniskowca, a eksplozja doprowadziła do jego zatonięcia. Spełniała się obietnica, że poświęcenie przyniesie nagrodę – zatopienie lotniskowca, trzonu współczesnej marynarki.

Nic dziwnego, że Japończycy z entuzjazmem ruszali na pierwszą akcję z użyciem kaitenów. 8 listopada sformowano pierwszy bojowy oddział złożony z 12 kaitenów. Do ich transportu wybrano okręty podwodne I-36, I-37 i I-47. Każdy zabierał cztery torpedy, a specjalny właz pozwalał pilotowi wejść do środka prosto z wnętrza okrętu.

Celem pierwszego ataku był rejon na północ od wyspy Palau, gdzie jesienią 1944 roku zgromadziły się poważne siły amerykańskiej floty wokół atolu Ulithi. Jeden z pilotów przed wejściem do torpedy zostawił zapisek: „Obserwacja w świetle dziennym ujawniła ponad 100 statków na redzie w Ulithi. Chociaż stwarza to doskonałą okazję do użycia naszych ludzkich torped, mamy tylko dwa okręty podwodne i osiem ludzkich torped. Sprawa godna wielkiego ubolewania”.

Pierwsze problemy pojawiły się już 19 listopada. Amerykanie namierzyli i zatopili okręt I-37 wraz z czterema żywymi torpedami. Pozostałym dwóm okrętom udało się podejść do amerykańskiej floty i wypuścić swoje kaiteny 20 listopada o 4:30 rano. Postój amerykańskiej floty wyglądał sielankowo, ale był dobrze chroniony.

Eskorta namierzyła wystrzelone torpedy i część z nich zatopiła – nawet nie zdając sobie sprawy, że w środku znajdują się żywi ludzie. Tylko jedna torpeda trafiła w cel – tankowiec USS „Mississinewa”, wypełniony od burty do burty beczkami z paliwem. Doszło do poważnego pożaru, w niebo uniosły się kłęby czarnego dymu. Z perspektywy odległych japońskich obserwatorów wyglądało to zachęcająco, ale nikt nie mógł potwierdzić faktycznych trafień.

A jednak japoński sztab doliczył się trzech trafionych amerykańskich lotniskowców. W ten fantastyczny sposób sprawdzał się desperacki scenariusz: kosztem jednego okrętu podwodnego i 12 kaitenów Amerykanie mieli ponieść straty porównywalne z wielką bitwą w zatoce Leyte. Efekt nieprawdziwych informacji był jednak bardzo zły – na ich podstawie wyciągano błędne wnioski. Japońskie dowództwo chciało podbić stawkę.

Na styczeń planowano zmasowany atak żywymi torpedami w kilku miejscach naraz. W tym celu złożono zespół sześciu okrętów podwodnych, w tym słynny I-58 pod dowództwem Mochitsury Hashimoto. Dzięki jego wspomnieniom otrzymujemy obraz działań w tym desperackim okresie, a także kolejny dowód na to, jak wielkim szacunkiem otoczone były jednostki-tarany. Hashimoto długo po wojnie pisał o żywych torpedach z mieszanką żalu i podziwu.

Jego książka pełna jest słowa „niestety”, ale też zrozumienia kontekstu desperackiej walki. „Choć bolało mnie na myśl o wysłaniu tych ludzi na te wyprawy, czasy były takie, że liczba ginących szybko rosła też poza jednostkami specjalnymi. W takiej sytuacji ich los prędzej czy później był nieunikniony” – cytował. Japończycy zdawali sobie sprawę, że każde kolejne użycie kaitenów będzie trudniejsze, bo Amerykanie będą coraz lepiej przygotowani.

Hashimoto opisywał przeprawę z przełomu grudnia i stycznia jako mrożącą krew w żyłach – polegała na unikaniu amerykańskich samolotów i okrętów podwodnych. Na pokładzie I-58 panowała jednak przyjazna atmosfera. Złamano między innymi zasadę abstynencji alkoholowej, a piloci kaitenów integrowali się z załogą i oficerami. Celem I-58 były amerykańskie okręty przy wyspie Guam, utraconej przez Japończyków w sierpniu 1944 roku.

Pozostałe okręty miały inne cele: Ulithi, Palau, Manus i wyspę Hollandię, dziś znaną jako Jayapura. Do skoordynowanego ataku miało dojść 12 stycznia, ale znamienne jest, że jeden z okrętów, I-48, został wcześniej zatopiony. Z relacji Hashimoto można wyczytać, jak trudne taktycznie było właściwe wykorzystanie żywych torped na obszarze nieustannie patrolowanym przez amerykańskie lotnictwo. Samo przetrwanie w pozycji wyczekującej było wyzwaniem.

Arsenał czterech kaitenów nie pozwalał na pomyłki. A jednak pomyłki musiały być popełniane. Hashimoto z żalem meldował, że w porcie na Guam brakowało wartościowych celów – były tam tylko statki transportowe, podczas gdy piloci liczyli na lotniskowce. „Kazałem im poszukać największego transportowca” – pisał.

„Wyjaśniłem też, że dok pływający jako cel nie jest pozbawiony zalet. Pocieszałem ich, mówiąc, że do czasu ataku może pojawić się lotniskowiec”. To chyba najsmutniejszy cytat z całej książki. Lotniskowce się nie pojawiły.

Mimo to torpedy wypuszczono o 3:00 nad ranem 12 stycznia, tak aby piloci mogli skorzystać z pierwszych promieni wschodzącego słońca. O 4:30 I-58 musiał znów ukrywać się przed amerykańskimi samolotami. Przechwycone komunikaty sugerowały, że Amerykanie wiedzieli, czego szukają. Obserwacja efektów ataku była niemożliwa.

Hashimoto zapisał: „Próbowaliśmy hydrofonami nasłuchiwać odgłosu torped uderzających w cel. Wypłynęliśmy na głębokość peryskopu i zaczęliśmy obserwację na wschód, ale zauważyliśmy jedynie coś przypominającego ciemną chmurę lub dym. Nic, co można by potwierdzić”. 16 stycznia Hashimoto zameldował przeprowadzenie ataku.

Inne trzy okręty też donosiły o wypuszczeniu kaitenów. I-48 przepadł, a I-56 po kilkukrotnym nieudanym podejściu powrócił do portu z żywymi torpedami. Jedno było wspólne: żaden z dowódców nie mógł realnie potwierdzić zatopienia jakiegokolwiek amerykańskiego statku. Dopiero po wojnie, z amerykańskiej perspektywy, wyszło na jaw, że zatapianie żywych torped nie było arcytrudnym zadaniem.

To był w końcu pojazd o długości 15 metrów. Alianci opracowali bardzo skuteczne metody zwalczania wrogich okrętów podwodnych, co uderzało w samo źródło kaitenów, ale też pozwalało wykryć zbliżające się torpedy. Były też problemy natury technicznej – kaiteny okazały się nie w pełni szczelne. Perspektywa samych pilotów pozostaje nieznana – raz wystrzeleni nie mogli opowiedzieć swojego doświadczenia.

Z obserwacji wynikało jednak, że ludzki aspekt torpedy mógł być zawodny. Część wystrzelonych kaitenów chybiała celu. Co musiało się dziać w środku tych pojazdów? Czy fakt, że można było nimi sterować, nie był przypadkiem słabą stroną projektu?

W klaustrofobicznych warunkach, nieraz pod ostrzałem, piloci popełniali błędy – także nawigacyjne. Michael Mayer i Joy Waldron napisali, że sterowanie torpedą było tak trudne jak sterowanie myśliwcem. Pilot właściwie robił sam coś, do czego potrzebnych było sześć rąk. A namierzenie celu przez peryskop w złym momencie ujawniało pozycję kaitena, co nieraz oznaczało wyrok śmierci – bez wbicia się w cel.

Entuzjazm pewnych kręgów japońskiego dowództwa jednak nie malał. Projekt miano rozbudować – okręty podwodne modyfikowano tak, by mogły zabierać nawet sześć żywych torped. Planowano ulepszenia i kolejne wersje. Już w grudniu testowano model drugi z lepszym napędem, wiosną pracowano nad modelami szybszymi i tańszymi w produkcji.

Te projekty nie wyszły jednak poza fazę testów – do końca wojny Japończycy pozostali przy kaitenach w pierwotnej formie. Kolejna operacja, przeprowadzona na przełomie lutego i marca 1945 roku, okazała się wielkim rozczarowaniem. 1 i 2 marca z ośmiu wysłanych żywych torped nie wystrzelono żadnej. Nawet przy wystrzeleniu kaitenów dowódcy nie potrafili określić skuteczności ataku.

Mylił się nawet sam Hashimoto. „Zatopienia dokonane przez kaiteny były zgłaszane za każdym razem, ponieważ kapitan torpedy mógł używać peryskopu. Przy prędkości 30 węzłów trafienie było raczej łatwą sprawą – cel, którego prędkość była mniejsza niż 20 węzłów, nie mógł uciec, nawet jeśli dojrzał zbliżającą się torpedę” – pisał optymistycznie. Koszt użycia kaitenów znacznie wykraczał poza ofiarę samych pilotów.

Działania podwodne japońskiej floty prowadzono w warunkach totalnej dominacji aliantów – powietrznej, nawodnej i podwodnej. Słabość japońskiej doktryny podwodnej i coraz większe sukcesy alianckich metod zwalczania okrętów podwodnych powodowały, że używanie kaitenów było znacznie utrudnione. Rośnie straty w okrętach podwodnych używanych w tych akcjach. I-36 i I-370 zostały zatopione jednego dnia – 26 lutego.

I-47 został uszkodzony 29 marca, a I-44 i I-56 przepadły w kwietniu. Statystyka skuteczności samego wystrzeliwania żywych torped była wyjątkowo niska. Od maja do sierpnia 1945 roku z 50 przygotowanych kaitenów wystrzelono zaledwie 22, z czego dziś można potwierdzić tylko jedno, choć efektowne, trafienie – amerykańskiego niszczyciela USS „Underhill” 24 lipca 1945 roku. Dyskusyjne jest jednak, czy było to faktycznie czyste trafienie.

USS „Underhill” wraz z mniejszym okrętem PC-803 podjął próbę zatopienia zauważonych japońskich okrętów podwodnych. W czasie starcia kilka kaitenów, w wyniku głębinowych eksplozji, zostało wyrzuconych na powierzchnię. Weteran tych wydarzeń Harold E. Matt wspominał w 2004 roku, że dowódca niszczyciela nakazał staranowanie jednego z japońskich pojazdów.

Po charakterystycznym odgłosie zderzenia wydawało się, że zadanie wykonano. Wtedy doszło do potężnej eksplozji. Trudno powiedzieć, czy wybuchł staranowany kaiten, czy niszczyciel został sam staranowany przez inną żywą torpedę – być może pilot wykorzystał wspomniany wcześniej przełącznik. Faktem jest, że USS „Underhill” szybko poszedł na dno.

Operacja żywych torped zaliczyła drugie i ostatnie potwierdzone trafienie. Ironią losu jest, że okręt I-58 kilka dni później zatopił krążownik USS „Indianapolis” przy użyciu dwóch klasycznych, martwych torped. Hashimoto tak wspominał swoje decyzje: „Jeśli chodzi o kaiten, byłem tak zajęty zwykłymi torpedami, że nie wydałem rozkazu przygotowania kaitenów do wystrzelenia, pomimo pytań ze strony pilotów. Atak kaitenów w tej fazie księżyca byłby trudny i postanowiłem ich nie używać, chyba że nie powiódłby się zwykły atak torpedowy”.

Wiele o pilotach mówi fakt, że nawet po trafieniu krążownika chcieli być wystrzeleni, aby dobić okręt. Hashimoto nie wyraził zgody. „Pomimo ciemności wróg z pewnością stanowił dla nich łatwy cel, ale co by było, gdyby zatonął, zanim dotarłyby do niego kaiteny? Po wystrzeleniu traciło się je na dobre i szkoda było ryzykować.

Dlatego tym razem zdecydowałem się ich nie używać” – pisał. Użycie podwodnych kamikaze było znacznie trudniejsze niż powietrznych. Logistyczne, technologiczne i taktyczne trudności w wysłaniu do ataku znacznych liczb kaitenów ostatecznie podkopały sens tej broni. Japoński komandor porucznik Torisu Koske, jeden ze sztabowców Szóstej Floty Cesarskiej Marynarki Wojennej, podsumował: „Uważam, że taka broń jak kaiten, pilotowana przez człowieka ruszającego na pewną śmierć, nie powinna być traktowana jak broń, ale jak akt desperacji”.

Dającym do myślenia podsumowaniem całej sprawy jest fakt, że 11 sierpnia 1945 roku – już po atakach atomowych na Hiroszimę i Nagasaki – Japończycy zaatakowali po raz ostatni przy użyciu żywych torped. W tym ataku skumulowały się wszystkie absurdy tej broni: dwa z pięciu kaitenów nie zostały wystrzelone z powodu usterek, a pozostałe trzy prawdopodobnie nie dopłynęły do celu. Steven Zaloga wyliczył, że wystrzelono w sumie 79 żywych torped i w ten sposób zaliczono pewne dwa zatopienia, choć możliwe jest, że kilka amerykańskich okrętów zostało uszkodzonych, a uszkodzenia zapisano zwykłym torpedom. Nawet przy optymistycznym liczeniu efekt działania kaitenów nie był powalający.

Nie sprawdziła się wizja z polskich gazet z 1939 roku – że kosztem kilkunastu czy kilkuset zabitych pociągnie się na dno setki tysięcy wrogów. Przy zatopieniu „Underhilla” i „Mississinewy” zginęło 175 marynarzy i oficerów. Koszt był szalenie wysoki: 79 zmarłych pilotów kaitenów, 15 pilotów, którzy zginęli w czasie ćwiczeń, kolejnych 12, którzy poszli na dno wraz z zatopionymi okrętami podwodnymi. Tych utracono osiem w czasie prób użycia żywych torped, co przekłada się na kolejne 846 ofiar.

Może szokować, że w zachodnim podejściu do tej broni ofiara pilotów zupełnie nie miała znaczenia. Skończmy cytatem Hashimoto: „Pośród łez przeczytałem na głos depeszę cesarską ogłaszającą koniec wojny. Bez słowa wszedłem z posłańcem na pokład łodzi motorowej i zszedłem na brzeg, aby złożyć starszemu oficerowi raport na temat walecznych czynów naszych wspaniałych wojowników. Kaiteny nie dożyłyby cierpień z powodu upokorzenia porażki.

Niechaj duchy 80 zmarłych wojowników kaitenów będą świadkami – nasz kraj będzie musiał podążać trudną drogą, a męka narzucona przez niebo naszemu narodowi trwa nadal”. Wygląda na to, że według Japończyków piloci kaitenów wybrali bardziej chlubną, ale też łatwiejszą ścieżkę.