W noc sylwestrową 1944 roku generał Gehlen pisał raport, w którym twierdził, że wojna na wschodzie wcale nie jest jeszcze przegrana. Miesiąc wcześniej, podczas ofensywy w Ardenach, moi koledzy…

W noc sylwestrową 1944 roku generał Gehlen pisał raport, w którym twierdził, że wojna na wschodzie wcale nie jest jeszcze przegrana. Miesiąc wcześniej, podczas ofensywy w Ardenach, moi koledzy...

Göring zapytany w Norymberdze, kiedy przestał wierzyć w zwycięstwo Niemiec, odpowiedział, że sytuacja nie wyglądała źle aż do ofensywy w Ardenach. Dopiero wtedy sprawy zaczęły przybierać groźny obrót. Łatwo dziś uznać te słowa za dowód ogromnej naiwności, ale zanim wydamy taki wyrok, warto prześledzić, jak naprawdę wyglądała niemiecka droga do świadomości porażki. Punktem wyjścia niech będzie 7 grudnia 1941 roku.

Thumbnail

Winston Churchill spędzał wieczór z amerykańskimi dyplomatami, Johnem Winantem i Averellem Harrimanem, gdy z radia dowiedział się o japońskim ataku na Pearl Harbor. Natychmiast zadzwonił do Roosevelta i miał mu powiedzieć, że to znacznie ułatwia sprawy. Zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w połączeniu z wyhamowaniem niemieckiej ofensywy pod Moskwą i kontratakami Armii Czerwonej dawało aliantom potężną kombinację. Churchill w przypływie entuzjazmu pomyślał nawet, że wojna jest już wygrana.

Ale co w tym momencie myśleli Niemcy? Czy zdawali sobie sprawę, że wojna jest przegrana? Co ciekawe, wydarzenia z początku grudnia 1941 roku Niemcy przyjęli z pewną ulgą. Na kilka godzin przed atakiem na Pearl Harbor Goebbels zapisał, że oddziały są całkowicie wyczerpane i nie są zdolne do dużej akcji zaczepnej.

Zdobycie Moskwy przestawało być realne. Jednak kilka dni wcześniej Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Finlandii, Węgrom i Rumunii, co Goebbels uznał za powód do gratulacji, bo niebezpieczeństwo odskoczenia sojuszników od Osi zniknęło. Z kolei 8 grudnia, już z wiedzą o Pearl Harbor, zapisał, że poważne zagrożenie oddaliło się na jakiś czas, a sytuacja militarno-polityczna w 1942 roku będzie dla Niemiec bardziej korzystna. Japończycy odnosili spektakularne sukcesy, a 10 grudnia Churchill otrzymał ponure wieści o zatopieniu okrętów Prince of Wales i Repulse.

Był to dla niego największy szok w tej wojnie. Jednak część niemieckich oficerów uznawała to za fałszywe pocieszenie. Generał Gotthard Heinrici w wigilię 1941 roku napisał do żony, że katastrofa trwa, a na szczycie w Berlinie nikt nie chce się do tego przyznać. Guderian z kolei zwracał uwagę na paradoks, że Hitler wypowiedział wojnę Stanom Zjednoczonym, ale Japonia nie wypowiedziała wojny Związkowi Radzieckiemu.

Najszybciej złudzenia tracili ludzie związani z logistyką i produkcją. Widzieli oni przytłaczający potencjał gospodarczy Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego. Albert Speer wspominał spotkanie z Fritzem Todtem, ministrem uzbrojenia, który po inspekcji na froncie wschodnim był przygnębiony. Widział zamarzniętych rannych w pociągach sanitarnych i zdemoralizowanych żołnierzy.

Twierdził, że Niemcy nie są zdolni do znoszenia takich trudów i że przewaga będzie po stronie ludzi prymitywnych, zdolnych do przetrwania wszystkiego. To był pierwszy sygnał, że nawet wysocy urzędnicy Rzeszy tracą wiarę w zwycięstwo. Hitler odpowiedział na kryzys dymisjami dowódców, w tym von Brauchitscha i Guderiana. W nocy z 7 na 8 lutego 1942 roku Fritz Todt zginął w katastrofie lotniczej, a na jego stanowisko mianowano Speera, który z racjonalizacją przemysłu rozwiązał część problemów, ale też zagarnął kolejne kompetencje.

System Hitlera eliminował krytyków, zastępując ich bardziej uległymi ludźmi. Jednak na początku 1942 roku Państwa Osi wchodziły w szczyt swoich możliwości. Japońskie sukcesy, nowa ofensywa w Afryce Północnej, upadek Tobruku i znaczny wzrost produkcji zbrojeniowej – wszystko to podnosiło morale. Nawet Włosi zaczynali wierzyć w zwycięstwo.

Ale to uniesienie nie trwało długo. Bitwa pod El Alamein, Stalingrad, operacja Torch i japońskie porażki pod Midway i Guadalcanal doprowadziły do drugiego, jeszcze większego kryzysu. Od lutego 1943 roku, po klęsce stalingradzkiej, rozpoczął się kryzys wizerunkowy Rzeszy. Raporty wskazywały, że porażka odbiła się krytycznie na morale żołnierzy i cywilów.

Propaganda próbowała ratować sytuację, kierując się na nowy front – ideologiczne przygotowanie żołnierzy. Generał Heinrici postulował szkolenia obejmujące tematy takie jak znaczenie wojny, cele nieprzyjaciół i zwycięstwo w wojnie totalnej. Jeden z żołnierzy pisał do rodziny, że walka osiągnęła taki poziom srogości, że nikt nie ma prawa wrócić do domu żywy. Niemcy radykalizowali się w obliczu kolejnych klęsk.

Przygotowywali się też do rozbrojenia włoskiej armii, co stało się faktem po upadku Włoch we wrześniu 1943 roku. Dla Niemców było to ciche zwycięstwo, choć sojusz sypał się od środka. Mimo to Niemcy wkraczali w fazę swojej subiektywnej największej potęgi. Produkcja zbrojeniowa rosła aż do lipca 1944 roku.

Choć pod Kurskiem stracili setki czołgów, do końca roku wysłali na front wschodni kolejne tysiące. Armia się rozrastała – pod bronią było ponad dwa razy więcej żołnierzy niż na początku wojny. Generał Jodl 7 listopada 1943 roku mówił, że będą bronić nawet ruin ojczyzny, bo życie w ruinach jest tysiąc razy lepsze od niewoli. Prywatnie jednak miał stracić wiarę w zwycięstwo już po Stalingradzie.

Jawnie wyartykułowane żądanie bezwarunkowej kapitulacji zamykało fanatyków w oblężonej twierdzy. Bombardowania zbliżały wojnę do frontu domowego, ale nadal niemal cała Europa należała do Państw Osi. Wermacht był obiektywnie mocniejszy niż w 1941 roku. Niemieckie dowództwo przyjęło plan Hitlera: odczekać do alianckiej inwazji na zachodzie, zdusić ją w zarodku, a potem przerzucić siły na wschód.

Dlatego lądowanie w Normandii Niemcy przyjęli z ulgą i entuzjazmem – to alianci wpadli w pułapkę. Problemem okazała się jednak totalna dominacja aliantów w powietrzu. Jeden z niemieckich majorów w niewoli mówił, że między 6 a 16 czerwca zobaczył na niebie jeden jedyny niemiecki samolot rozpoznawczy i całkowite panowanie Amerykanów. Dla niego ten rozdział był już zamknięty.

Dopiero wkroczenie sił wroga na tereny Rzeszy przekonało takich ludzi jak Erwin Rommel, że wojna jest przegrana. W czerwcu 1944 roku połowa niemieckich jeńców wierzyła jeszcze w zwycięstwo, ale we wrześniu już tylko 7,5 procent. Część żołnierzy trzymała się nadziei na krwawy remis czy zgniły kompromis. Kryzys morale sięgnął dna po zamachu na Hitlera w lipcu 1944 roku.

Ale sinusoida jeszcze się nie skończyła. Jesienią 1944 roku morale znów wyraźnie wzrosło. Co ciekawe, żołnierze niższych szarż nie podzielali poglądów oficerów-spiskowców. Amerykańskie badania wskazywały, że Hitler miał pozytywną opinię u 60 procent jeńców nawet na kilka tygodni przed upadkiem Berlina.

Tak zwany cud odbudowy Wermachtu z jesieni 44 roku to w rzeczywistości kumulacja ostatnich zasobów. Tysiące ozdrowieńców wracało do jednostek, skracające się linie zaopatrzeniowe pozwalały szybciej wystawić nowe formacje, takie jak Grenadierzy Ludowi. Alianci byli natomiast umęczeni, a ich morale nie było szczególnie wysokie. Weterani różnych narodowości coraz rzadziej mieli odwagę myśleć o końcu wojny.

Doszło też do ostatecznego podporządkowania Wermachtu partii i ideologii nazistowskiej – hitlerowskie pozdrowienie zastąpiło salut wojskowy. Ale błędem byłoby uznanie, że żołnierze byli tylko zmuszani do walki. Oficjalna narracja wciąż pielęgnowała pamięć o porażce z 1918 roku jako o zdradzie wewnętrznej. Przed ofensywą w Ardenach pułkownik Joachim Gutman z 2.

Dywizji Pancernej raportował, że morale żołnierzy jest lepsze niż na początku wojny. Generał Hasso von Manteuffel potwierdzał, że większość żołnierzy wierzyła w sukces. W pierwszych dniach ofensywy udzielił się im prawdziwy entuzjazm, zwłaszcza że atak przyniósł wymierne sukcesy – do niewoli wzięto między 20 a 24 tysiące alianckich żołnierzy. Na wschodzie też nie pogodzono się z porażką.

Reinhard Gehlen, szef Fremde Heere Ost, w memoriale sylwestrowym napisał, że wojna na wschodzie nie jest jeszcze przegrana, ale do sukcesu potrzebne jest oderwanie dowodzenia od Hitlera. Guderian dał się przekonać tym argumentom – tylko przerwanie działań zaczepnych na zachodzie i natychmiastowe przesunięcie punktu ciężkości na wschód mogło stworzyć skromną szansę powstrzymania sowieckiego natarcia. To właśnie nieudana obrona przed styczniową ofensywą Armii Czerwonej okazała się prawdziwym przełomem. To był moment ostatecznej akceptacji, że wojna nie skończy się ani zwycięstwem, ani nawet remisem.

Göring przesłuchiwany w Norymberdze przyznał, że nadzieje przestały istnieć w połowie lub pod koniec stycznia 1945 roku. Zaznaczył przy tym, że należy rozróżniać dwie fazy – zakończenie wojny zwycięskie i remisowe. Moment zrozumienia, że wojna nie może być wygrana, przyszedł znacznie wcześniej, ale datę, którą podał, miał na myśli jako moment zrozumienia nadchodzącej klęski. Morale niemieckich wojsk od grudnia 1941 roku znajdowało się na swoistej sinusoidzie – po wielkich dołkach następowały momenty uniesienia.

Nie da się tego zrzucić wyłącznie na propagandę. Prawdziwa przegrana militarna nastąpiła między czerwcem 1944 a styczniem 1945 roku. Ostatni oficerowie stracili złudzenia, kiedy cały system uzupełnień został pożarty przez potrzeby frontu – gdy kwatermistrzowie, instruktorzy i żołnierze jednostek zaopatrzeniowych zostali wysłani pod broń. Jak zauważył generał Friedrich von Mellenthin, cenne rezerwy zostały wyczerpane i nie było już nic, co mogłoby odsunąć nadchodzącą katastrofę na wschodzie.

W tym momencie wojna z perspektywy Niemców wkraczała w fazę życzeniową. Wciąż nie brakowało wierzących – może nie tyle w militarne zwycięstwo, co w jakiś sukces dyplomatyczny.