Pancerz tak gruby, że żadne trafienie z przodu nie miało prawa go przebić. Niemcy wierzyli, że nowy Tygrys Królewski przywróci im dominację na polu walki. Ważący prawie 70 ton kolos był ich…

Pancerz tak gruby, że żadne trafienie z przodu nie miało prawa go przebić. Niemcy wierzyli, że nowy Tygrys Królewski przywróci im dominację na polu walki. Ważący prawie 70 ton kolos był ich...

Pierwsza kompania 503 batalionu czołgów ciężkich dostała nowe maszyny. Franz Wilhelm Lochman, służący w tej jednostce, patrzył na imponujący pojazd i czuł, że nie mają się czym martwić. Nowy Tiger wydawał się nie do przebicia od przodu, choć ważył niemal 70 ton i należało uważać, czy wytrzyma własny ciężar. Trudno w to uwierzyć, ale zaledwie dwa lata po wprowadzeniu na pole walki legendarny pierwszy Tiger był już przestarzały.

Thumbnail

Od 43 roku Brytyjczycy coraz częściej używali armaty 17-funtowej kalibru 76,2 mm, która potrafiła przebić przedni pancerz Tigera z odległości 1000 metrów. Przy idealnych trafieniach pod kątem 90 stopni penetracja była możliwa nawet z 2 kilometrów. Armata trafiła do brytyjskiej wersji Shermana Firefly. W czasie kampanii w Normandii dochodziło do starć, które zaburzały statystyki niemieckich asów pancernych.

8 sierpnia 44 roku, w pierwszych dniach operacji Totalize, Shermany Firefly wzięły udział w walce z tygrysami wspierającymi 12 dywizję pancerną SS Hitlerjugend nieopodal wsi Saint-Aignan-de-Cramesnil. Tylko jeden Sherman Firefly zniszczył tego dnia trzy tygrysy. W jednym z nich zginął Michael Wittmann, propagandowa maskotka Waffen-SS. Niemcy potrzebowali nowych maszyn, by utrzymać mit niezniszczalności.

Pod koniec czerwca 44 roku do Normandii przybyły nowe tygrysy bengalskie, znane później jako Königstiger, czyli Tygrysy Królewskie. Pancerz przedni podbito do 150 mm, boczny do 80 mm. W przeciwieństwie do pierwszej wersji, nowy czołg doczekał się pancerza pochyłego, znacznie skuteczniejszego w odbijaniu pocisków. Ważył przez to 68 ton, co czyniło go najcięższym czołgiem II wojny światowej.

Armata 17-funtowa, która właśnie wyrównała pole walki, teraz tylko przy użyciu najlepszej amunicji mogła liczyć na przebicie słabszych elementów pancerza i to na dystansie mniejszym niż 1000 metrów. Nowy Tiger otrzymał ulepszoną armatę 88 mm o długości 71 kalibrów. Dzięki wysokiej prędkości wylotowej osiągała nawet 100% celności na dystansie do 1000 metrów. Niemcy zakładali, że Königstiger będzie bardzo trudny do zniszczenia, sam zaś jednym strzałem zniszczy każdego przeciwnika.

Mimo rozmiaru czołg miał osiągać prędkość 40 km/h. Chrzest bojowy nowych maszyn czekał w lipcu i sierpniu 44 roku. Najpierw trafiły do 503 batalionu czołgów ciężkich, ale tylko pierwsza kompania otrzymała nowe czołgi. Pozostałe oddziały nadal używały starszych tygrysów.

Cały batalion stanął tydzień później na drodze brytyjskiej ofensywy znanej jako operacja Goodwood. Od samego ranka tygrysy obu rodzajów poniosły poważne straty od artyleryjskiego i lotniczego ognia. Mimo to niemieckim oficerom udało się zebrać część pojazdów, by przeprowadzić lokalny kontratak. Pierwsza kompania oberwała jednak tak poważnie z powietrza, że trudno dziś doliczyć się, ile Königstigerów faktycznie ruszyło do ataku.

Jeden z oficerów wspominał, że do walki poszły prawdopodobnie tylko cztery. Debiut wypadł dziwacznie. Pierwszy niezniszczalny czołg, który należało skreślić ze stanu, wpadł po prostu do leju po bombie i nie dało się go wyciągnąć. Brytyjscy czołgiści nie mieli pojęcia, z kim przyszło im walczyć.

Raporty wspominały o ukrytych w lesie Panterach, bo nietrudno było pomylić sylwetki. Walki toczyły się na płaskim, ale poprzecinanym lasami terenie pełnym farm. Obie strony dały się zaskoczyć temu, na jak małych dystansach dochodziło do pojedynków pancernych. Dochodziło też do ognia bratobójczego.

Na obrzeżach pola walki operował Sherman Firefly dowodzony przez porucznika Malcolma Locke’a. Meldował później o podejściu niezauważenie na tyły jednej z Panter i jej zniszczeniu. Prawdopodobnie w ten sposób, od jednego trafienia, spłonął pierwszy Tiger B engalski w starciu przeciwko innym czołgom. Znany jest też epizod, gdy tygrys bengalski o numerze 112 został staranowany przez Shermana Firefly.

Obie załogi przeżyły, a Niemcy dostali się do niewoli. Po wojnie jeden z członków załogi wspominał, że początkowo otrzymali trafienie w bok z niemieckiej armaty przeciwpancernej PaK 40 i dopiero przy cofaniu się doszło do zderzenia z Shermanem. Te pierwsze doświadczenia ukazywały trudność w wykorzystaniu nawet najlepszych czołgów na froncie normandzkim. Snajperskie możliwości potężnej armaty nie miały znaczenia na dystansach poniżej 500 metrów.

Przekleństwem okazywały się bombardowania oraz nowocześniejsze Shermany i niszczyciele czołgów, które przy odpowiednich manewrach mogły zagrozić flance ciężkich czołgów. Szacuje się, że na każdy zniszczony czołg niemiecki przypadły dwa brytyjskie. Operacja Goodwood uchodzi za porażkę Brytyjczyków, których ofensywa stanęła w miejscu, ale to Niemcy ponieśli wstrząsające straty. 503 batalion został totalnie sprasowany w kilka dni i musiał zostać wycofany na tyły.

Niemcy szykowali się do testu pierwszego batalionu w pełni wyposażonego w tygrysy bengalskie. Zgodnie z założeniami ciężkie czołgi powinny działać całymi batalionami. 45 Königstigerów powędrowało do 501 batalionu, który w połowie sierpnia szykował się do wsparcia ataku na przyczółek baranowsko-sandomierski po lewej stronie Wisły. 9 sierpnia batalion został wyładowany w Kielcach w sile tylko dwóch kompanii, bo trzecia została na tyłach wraz z czołgami uszkodzonymi mechanicznie na poligonie.

Kilka czołgów po prostu stanęło w ogniu. Pozostałe kompanie miały się nie lepiej, gdy skierowały się na Staszów. W czasie przemarszu na dystansie ledwie 50 km nowe czołgi ulegały licznym awariom. 11 sierpnia batalion zamiast 45 czołgów mógł wystawić do walki ledwie 11.

Teren nie sprzyjał. Okolice Staszowa to obszerne pola poprzecinane gęstymi lasami. Średni dystans starć między czołgami coraz bardziej spadał. Niemiecki atak został przeprowadzony drogami dobrze obstawionymi przez radzieckie siły, w tym przez bardzo dobrze zamaskowane czołgi.

Już w czasie pierwszego podejścia na Staszów Niemcy stracili trzy tygrysy bengalskie. W wyniku kontrataku Sowietów na Szydłów w ręce przeciwnika trafiły kolejne trzy czołgi, z czego jeden został porzucony w niemal perfekcyjnym stanie. W ciągu kilkudniowych walk 501 batalion stracił łącznie 14 nowych tygrysów. Okazało się, że pozornie niezniszczalny od przodu czołg miał skłonność do eksplozji wywołanych przez amunicję trzymaną w wieży.

Przy starciach, w których nie była zapewniona możliwość walki od frontu, Königstigery ponosiły niepokojąco wysokie straty. Wątpliwości budziła też zawodność maszyn, które nawet przy krótkim przemarszu ponosiły straty mechaniczne. Debiuty na zachodzie i wschodzie mogły być tylko rozczarowujące. 503 batalion mógł tłumaczyć się niepełnym stanem i przewagą wroga w powietrzu.

Front pod Staszowem teoretycznie spełniał jednak niemieckie warunki. Najpierw zawiodła logistyka, później walka potoczyła się w najgorszy dla Niemców sposób. Sowieci błyskawicznie zdobyli egzemplarze czołgów i poddali je ważnym testom. Jesienią 44 roku przetestowano pancerne płyty zdobycznych Königstigerów.

Raporty były surowe. Zwracano uwagę na kruchość materiału, gorszą jakość produkcji względem poprzednich tygrysów i panter, niewielki zasięg działania i problemy mechaniczne. Okazało się, że dostępne armaty 100 i 122 mm mogą zagrozić nawet przednim płytom pancernym. Boczne pozostawały wrażliwe na ostrzał nawet z armat 85 mm na dystansie do 2 km.

Rosjanie docenili siłę i celność nowej armaty 88 mm, ale uznali Königstigera za pojazd źle zbalansowany, nieadekwatnie ciężki w porównaniu do wytrzymałości pancerza i siły arsenału. Porównywali go do swojego ciężkiego czołgu IS-2, który miał uniwersalną armatę 122 mm, świetną do niszczenia bunkrów, ale też do przebijania pancerza niemieckich czołgów. Trafienia w przednią płytę Königstigera z armaty 122 mm, nawet bez penetracji, musiały być poważnie odczuwane przez całą maszynerię i załogę. Na froncie zachodnim tygrysy bengalskie z dużym opóźnieniem trafiały na celownik aliantów.

W połowie sierpnia wszystkie niemieckie formacje starały się uciec przed zaciskającymi się kleszczami worka w Falaise. Wyszło na jaw, że tak jak problemem było doprowadzenie Königstigerów na pierwszą linię frontu, tak samo dużym problemem było ich szybkie wycofanie. Czołgi w trakcie odwrotu ulegały dalszym awariom, kończyło im się paliwo. Te, które dotarły do Sekwany, spotkały się z barierą nie do przebycia.

Na rzece brakowało mostów i promów, które byłyby w stanie udźwignąć 70-tonowego kolosa. Dzienniki prowadzone przez żołnierzy pierwszej kompanii 503 batalionu pokazują stopniowe wykruszanie się czołgów, które musiano porzucać. 16 sierpnia tygrys 124 zepsuty. 18 sierpnia tygrysy 113, 111, 100 i 122 wysadzone w powietrze.

20 sierpnia o 22:00 wysadzono tygrysa 112. Jeden z uczestników wysadzania tygrysa nr 100 wspominał: „No i eksplodował ten pechowy czołg w Normandii. Ten czołg był dla nas i dla całego batalionu tylko balastem”. Ten fragment wiele mówi o podejściu niemieckich czołgistów.

Königstiger był pechowy, bo nie udało się wykorzystać w pełni jego potencjału, ale był też po prostu balastem. Był zbyt ciężki i opóźniał ucieczkę całego oddziału. W ręce aliantów wpadły pierwsze modele, ale alianci siłą rozpędu pościgu nie przykładali większej wagi do nowych maszyn. Zobaczenie Königstigera w akcji było niemal tak rzadkie jak zobaczenie tygrysa w Afryce.

Dopiero gdy front wyhamował jesienią, alianci zainteresowali się nowym czołgiem, który nazwali Tygrysem Królewskim i Tygrysem Imperialnym. Brytyjczycy 25 sierpnia zapytali Rosjan, czy wiedzą cokolwiek o nowym tygrysie. Dwa dni później otrzymali specyfikację techniczną. Amerykanie podobne pytanie zadali dopiero 4 października.

Alianci bardzo powoli zabierali się do testów, które odbyły się dopiero na początku 45 roku. Niemcy szykowali się tymczasem do kolejnego zmasowania tygrysów w jednym miejscu. Padło na Węgry. Po uzupełnieniach do akcji wracał 503 batalion, skierowany najpierw do Budapesztu, a następnie w rejon miejscowości Szolnok.

Znowu w wyniku logistycznych trudności nie udało się zrealizować w pełni pancernego ideału. Stopniowo dowożono kolejne niepełne kompanie. Od 19 do 22 października Königstigery po raz pierwszy realnie sprawdziły się w ataku frontalnym na okopane pozycje wroga. Nie poniosły żadnych nieodwracalnych strat, a doliczono się zniszczonych 36 armat przeciwpancernych.

Z czasem teren pokryła jesienna mgła, która zmniejszyła zasięg starć. W jednej z nich niemiecki czołg wjechał w sam środek obrony przeciwnika i pomimo otrzymania podobno 24 trafień z różnych stron powrócił do swojego oddziału. Dopóki w okolicy brakowało ciężkiej artylerii i czołgów IS-2, tygrysy mogły harcować. Radzieckich czołgów brakowało, bo początkowo Niemcy walczyli z siłami rumuńskimi po jesiennej zmianie sojuszy.

Nawet w tych optymalnych warunkach pancerz sporo wybaczał, ale nie oznaczało to, że czołgi nie były wrażliwe na ogień. Pomniejsze uszkodzenia prowadziły do unieruchomienia, a w pewnych wypadkach do pozbawienia możliwości oddania strzału, na przykład poprzez zniszczenie lufy. Entuzjazm załóg gasł przy sowieckich kontratakach. Wcześniej niby niezniszczalne maszyny ukazywały po raz kolejny poważną piętę achillesową – paliwo i logistykę.

Jak zapewnić paliwo, by mogły się bezpiecznie wycofać po początkowym wbiciu się w linię wroga na 40 km? Jak przetransportować czołg, który sam nie może się ruszyć? Jeden z żołnierzy zapisał po wojnie: „W nocy odzyskaliśmy te czołgi, które w trakcie dnia utknęły w miękkiej ziemi. To tak łatwo zapisać, ale ile w tym czasie doświadczono poważnych usterek.

Jak często trzeba było zakładać holowniczy z powrotem. Jak często czołg, który wydawał się uwolniony, wymagał całego wysiłku raz jeszcze. To była najcięższa z ciężkich prac”. Już 2 listopada 503 batalion przeżywał powtórkę z kampanii we Francji – po raz pierwszy w trakcie węgierskiej operacji musiał zniszczyć własnego Königstigera.

Miesiąc później 15 uszkodzonych czołgów wymagało sprowadzenia zapasowych części z Niemiec, co oznaczało unieruchomienie na minimum dwa tygodnie. 7 grudnia kolejne osiem tygrysów bengalskich zostało wysadzonych w powietrze przez swoje załogi. Naczelne dowództwo trzymało się koncepcji wystawiania w pełni gotowych batalionów w sile 45 maszyn. Aż do 16 grudnia 44 roku ta sztuka nie udała się ani razu.

Dopiero w czasie operacji w Ardenach 506 batalion czołgów ciężkich i 501 batalion czołgów ciężkich SS, uzbrojone po zęby w 45 Königstigerów każdy, miały odpowiadać za uzyskanie pancernej przewagi. Ale znowu tam, gdzie Niemcy chcieli uzyskać efekt zaskoczenia przy pogodzie utrudniającej działania lotnictwa, sami podkopywali sobie szanse. Pogórze Ardenów, zalesione dolinki pełne małych wsi i miasteczek, oznaczały trudny teren dla bestii ważących prawie 70 ton. Dni były krótkie, co wzmagało chaos logistyczny.

Już w pierwszy dzień ofensywy Königstigery zostawały w tyle, a ich wkład w starcia przełamujące był znikomy. Ciężar walk wzięły na siebie przede wszystkim Pantery. Dopiero wraz z zatrzymaniem się niemieckich postępów spóźnione kolumny dotarły w rejon walk. W terenie zabudowanym Königstigery były niezdarne – jeden z ciężkich czołgów po trafieniu z bazuki na tylnym biegu wjechał w budynek i został unieruchomiony.

Najbardziej krytyczne podsumowania wskazują, że dwa bataliony kosztem 25 straconych Königstigerów zadały straty na poziomie około 20 pojazdów przeciwnika. Solidne Pantery i różne wersje PzKpfw IV na innych odcinkach potrafiły napędzić Amerykanom znacznie większego stracha, choćby dlatego, że na czas mogły dotrzeć na pole bitwy. Ogólny przebieg działań Königstigerów do końca 44 roku musiał rozczarowywać. Węgierska wyprawa ukazywała tylko efekt działania na specyficznym odcinku frontu, gdzie po drugiej stronie brakowało naturalnych przeciwników dla czołgów ciężkich.

Nawet tam Niemcy mieli trudność w utrzymaniu terenu i w wykorzystaniu bardzo kosztownego przełamania. Koszt produkcji jednego Königstigera był monstrualny – w jego cenie można było ze sporym zapasem wyprodukować dwie Pantery. Najlepszą taktyką przeciwnika było pozwolenie Niemcom na popełnianie błędów. Rzucając Königstigery do działań ofensywnych na trudnym terenie, obciążali swoje ostatnie kontrofensywy, a następnie tracili drogocenne pojazdy w rozczarowujących okolicznościach.

Niemiecka gazeta ze stycznia 45 roku nazwała Königstigera arcydziełem niemieckiej techniki wojennej: „Wróg na wschodzie i zachodzie musiał już wiele razy zaznajomić się z tygrysem bengalskim i odkrył, że nie ma odpowiednika, który mógłby przeciwstawić się temu arcydziełu”. Jest w tym nieco prawdy – nikt nie wystawił tak ciężkiego czołgu na pole walki II wojny światowej. Jest też sporo nadużycia, bo przeciwnik miał bardzo mało okazji, by zobaczyć Königstigera w akcji. Na zachodzie liczba czołgów, które faktycznie wzięły udział w walkach w 44 roku, była minimalna.

Trudno powiedzieć, by najcięższy czołg zrobił na aliantach jakiekolwiek trwałe wrażenie. W nielicznych przypadkach walk Brytyjczycy mylili go z Panterą. Znacznie częściej, po uzyskaniu przewagi strategicznej, alianccy żołnierze mijali po prostu wraki czołgów wysadzone przez własne załogi. Na wschodzie sprawa miała się nieco inaczej, ale znowu liczne problemy ciążyły dosłownie Königstigerowi w osiągnięciu znaczących sukcesów.

Armia Czerwona była znacznie lepiej przygotowana do niszczenia nawet najcięższych pojazdów przeciwnika. Teoretycznie wszystko się spinało. To powinien być najcięższy, najbardziej potężny czołg II wojny światowej. Tak naprawdę pozostawał najcięższym rozczarowaniem.

Do końca wojny pozostało jeszcze kilka miesięcy i błędem byłoby przedwczesne skreślenie Königstigera. Ale o ostatnim zrywie tygrysów bengalskich – to już zupełnie inna historia.