Tej nocy nie spałem ani minuty. Wróciłem właśnie z siedmiu miesięcy w górach i marzyłem o jednym – o zwykłym śnie w pociągu. Ale zanim zamknąłem oczy, młoda konduktorka wciągnęła mnie do swojej…

Tej nocy nie spałem ani minuty. Wróciłem właśnie z siedmiu miesięcy w górach i marzyłem o jednym – o zwykłym śnie w pociągu. Ale zanim zamknąłem oczy, młoda konduktorka wciągnęła mnie do swojej...

Zimowy wiatr smagał peron w Gdańsku, gdy wsiadałem do nocnego pociągu do Przemyśla. Grudzień 1996 roku, śnieg zasypywał miasto, a mróz szczypał w policzki. Wracałem z ekspedycji geologicznej w górach, siedem miesięcy spędzonych na czytaniu historii zapisanej w warstwach skał. Wiozłem tylko zniszczoną kurtkę sztormową, ciężkie buty i nawyk milczenia.

Thumbnail

W środku pachniało rozżarzonym węglem i tanim tytoniem. Marzyłem o jednym – żeby wreszcie się wyspać. W przedziale naprzeciwko usiadł mężczyzna około czterdziestki, w dobrej tweedowej marynarce, o spokojnych, inteligentnych oczach. Przedstawił się jako Konrad.

Wymieniliśmy kilka zdań o pogodzie i długiej zimie. On czytał gazetę, ja patrzyłem w okno. Godzinę po odjeździe ciszę korytarza rozdarł pijacki krzyk. Walisty osiłek, zataczając się, szedł wąskim przejściem, szturchając pasażerów.

Gdy zaatakował jednego z nich, z przedziału służbowego wyskoczyła młoda konduktorka. Ewelina. Próbowała interweniować, ale pijak odwrócił się w jej stronę, górując nad nią masą. – Wynoś się, myszko!

– warknął, unosząc ciężką łapę. Konrad w naszym przedziale tylko westchnął i przewrócił kartkę gazety. Wstałem i bezszelestnie wyszedłem na korytarz. Gdy ręka osiłka poszła w dół, przechwyciłem ją przy nadgarstku.

Twardy chwyt, lekkie obrócenie. Mężczyzna stracił równowagę i osunął się na kolano. – Przeszkadza pan innym odpoczywać? – powiedziałem cicho, równym głosem.

Pijak zwiotczał i odszedł, rozcierając nadgarstek. Ewelina patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. W jej spojrzeniu było coś więcej niż wdzięczność. Gorączkowe przeczucie.

Wróciłem do przedziału, a Konrad złożył gazetę. – Robi wrażenie – przyznał z lekkim uśmiechem. – Mało kto dziś odważa się interweniować. – To fizyka – odparłem.

– Każdą masę można przesunąć, jeśli wie się, gdzie przyłożyć siłę. Piliśmy herbatę, rozmawiając o gospodarce. Konrad wspomniał o wrogim przejęciu kombinatu metalurgicznego i o człowieku nazwiskiem Bogusław Gołąbek, który zbił majątek na skupowaniu długów. Słuchałem, kiwałem głową, ale po pewnym czasie wyszedłem na papierosa do przedsionka.

Drzwi cicho się uchyliły. W progu stała Ewelina, blada, z wargami pogryzionymi niemal do krwi. – Błagam pana – wyszeptała drżącym głosem. – Proszę, niech pan nic nie mówi i idzie za mną.

Zaprowadziła mnie do swojej klitki służbowej, zamknęła drzwi na zasuwę. Uklękła, otworzyła wielką skrzynię na pościel i z samego dna wyciągnęła zawiniątko. Służbowa kurtka konduktora. Prawy rękaw i część piersi nasiąkły ciemną, gęstą cieczą.

Zapach nie kłamał. Krew. – Czyja to kurtka? – spytałem.

– Macieja – wyjąkała. – Konduktora z sąsiedniego wagonu. Miał się zgłosić na zmianę, ale nie przyszedł. Znalazłam to wepchnięte pod rury ogrzewania.

Ewelina opowiedziała, że w przedsionku podsłuchała rozmowę dwóch mężczyzn. Mówili o „kurierze”, który wsiadł w Gdańsku i wiezie „przedmiot” w bagażu. Mówili, że „sprzątacz już pracuje”, że nie zna twarzy, więc sprawdzi każdego. I że „przez kawałek żelaza zatrzymali całą fabrykę.

Jeśli matryca nie dojedzie do Przemyśla, Gołąbek nas wszystkich zakopie”. Matryca. Klisza drukarska. Dzikie lata dziewięćdziesiąte – kto ma oryginalną matrycę, ma fałszywe weksle, a z nimi długi i całe fabryki.

Kawałek metalu wart miliony. I ten kawałek jedzie w naszym pociągu, ukryty w rzeczach człowieka, który prawdopodobnie nie ma o tym pojęcia. Ślepy kurier. A po pociągu chodzi zawodowy egzekutor, który już zlikwidował konduktora.

– Dlaczego mówi pani to właśnie mnie? – spytałem. – Jest pan geologiem – wskazała na przywieszkę bagażową. – Nie przestraszył się pan tamtego osiłka.

Umie pan myśleć na chłodno. Błagam, niech pan pomoże. Do Przemyśla zostało siedem godzin. Głęboka zima, zamieć, brak łączności.

Zatrzymanie pociągu w lesie oznacza, że morderca rozpłynie się w ciemności. – Niech pani zamknie skrzynię – rozkazałem. – Kurtka zostaje w środku, na wierzchu świeża pościel. Od tej chwili pani nic nie wie.

Jeśli ktoś zapyta o Macieja – wysiadł na stacji w sprawach osobistych. A ja znajdę kuriera wcześniej niż zrobi to on. Wróciłem do przedziału. Konrad nie spał, patrzył w ciemne okno.

– Długo pan palił – zauważył z półuśmiechem. – Zagadałem się z konduktorką – odparłem. Obserwowałem go uważnie. Zadbane ręce, spokojna twarz, żadnego cienia napięcia.

Po plecach przeszedł mi dreszcz. Żeby znaleźć kuriera, trzeba było myśleć jak zleceniodawca. Ciężki, metalowy przedmiot. Ktoś, kto ma legalny powód, by wieźć coś takiego.

Przypomniałem sobie starszego pasażera w szarym płaszczu, który z trudem wnosił na półkę ciężkie pudło. Mówił, że wiezie stary zegar do renowacji. Masywne, mosiężne obciążniki. Idealny kontener na matrycę.

Konrad wstał. – Chyba się przejdę, rozprostuję nogi – powiedział aksamitnym głosem. – Nie będę już panu przeszkadzał, Romanie. Niech pan odpoczywa.

Wyszedł. Zamek szczęknął za jego plecami. Odczekałem trzy minuty i ruszyłem do Eweliny. Potrzebowałem listy pasażerów.

Drżącymi rękami wyjęła z kieszeni złożoną kartkę. Przejrzałem nazwiska. Siódmy przedział, miejsce dwadzieścia pięć. Pan Henryk.

Samotny staruszek z ciężkim, łatwym do wytłumaczenia ładunkiem. – Kto z nim jedzie? – spytałem. – Nikt.

Czwarte miejsce wykupione, ale puste – odpowiedziała. Najgorszy scenariusz. Izolowana przestrzeń. Jeśli Konrad dotrze tam pierwszy, staruszek po prostu zniknie, tak jak zniknął konduktor.

– Niech pani się zamknie i nie otwiera nikomu poza mną. Jeśli ktoś spróbuje wejść kluczem konduktorskim – niech pani krzyczy. Zrozumiała pani? Skinęła głową.

Poszedłem do siódmego przedziału. Delikatnie uchyliłem drzwi, udając, że pomyliłem przedział. Pan Henryk siedział przy stoliku, nad częściami mechanizmu zegarowego w okularach w rogowej oprawie. Na półce nad jego głową leżało podłużne, drewniane pudło.

Zwykła skrzynka na narzędzia, ale jej lewa krawędź wciskała się w skajowe obicie półki. Zbyt mocno jak na lekką zawartość. Gęstość stali narzędziowej. Ciężar piętnastu kilogramów na małej powierzchni.

– Bardzo przepraszam – powiedziałem. – Pomyliłem przedziały po ciemku. – Nic nie szkodzi, młody człowieku – zaskrzypiał Henryk. – W tych pociągach wszystkie drzwi wyglądają tak samo.

Nic nie wiedział. Ślepy kurier, któremu podłożono śmiercionośny ładunek. Człowiek skazany na śmierć w chwili, gdy kupiono bilet. Wyszedłem na korytarz.

Teraz znałem cel. Pozostało przejąć inicjatywę. Nie mogłem zaatakować Konrada wprost – jeden błąd i dostałbym kulę. Musiałem zmusić go, by grał według moich reguł, na moim terenie.

Wykorzystując jedyną broń, której nie miał – znajomość systemów technicznych i chłodną inżynierię. W nieczynnym przedsionku otworzyłem tablicę rozdzielczą. Wyjąłem scyzoryk. Poluzowałem bezpiecznik odpowiedzialny za dyżurne światło w części korytarza przy siódmym przedziale.

Lampy zaczęły ledwo dostrzegalnie migotać, rzucając długie, poszarpane cienie. Potem podszedłem do zaworu głównej rury ogrzewania parowego. Owinąłem rękę grubym materiałem i zablokowałem zawór, przekierowując ciśnienie do innego obiegu. Wiszący obok warnik zaczął wypełniać się nadmiernym ciśnieniem.

Miałem około dwudziestu minut, zanim zadziała zawór bezpieczeństwa. Przeszedłem do wagonu bagażowego. Stalowe drzwi uległy mojemu nożowi bez trudu – standardowe zamki są przystosowane do uczciwych ludzi. W środku panował lodowaty półmrok.

Wąskie przejście między dwoma masywnymi kontenerami. Idealne wąskie gardło. Podszedłem do grubej rury ogrzewania, która biegła tranzytem przez cały skład. Stare połączenie kołnierzowe, ściągnięte czterema śrubami.

Wyjąłem stalowy łom bagażowy i naruszyłem szczelność połączenia. Metal zgrzytnął, uszczelka zaczęła cicho syczeć. Naciągnąłem gruby brezentowy pas między kontenerem a ścianą na wysokości kolan – niewidoczna zapora w ciemności. Drugi pas podwiesiłem u góry przesuwną pętlą.

Kalkulacja była prosta: człowiek idący w ciemności potknie się, runie do przodu, a resztę dokończą para i moje ręce. Wróciłem na korytarz pasażerski. Światło na drugim końcu migotało dokładnie tak, jak zaplanowałem. I w tych cieniach zobaczyłem sylwetkę.

Konrad stał przy przedziale numer siedem, przyłożywszy ucho do drzwi. Jego prawa ręka powoli wsunęła się pod połę marynarki. Znalazł to, czego szukał. Dzieliło nas dziesięć metrów.

Zatrzymałem się przy warniku. Wskazówka manometru drgała w czerwonej strefie. Konrad chwycił klamkę drzwi. Uniosłem rękę i uderzeniem krawędzią dłoni strąciłem dźwignię awaryjnego zrzutu ciśnienia.

Przenikliwy, syczący ryk wypełnił korytarz białą, nieprzeniknioną chmurą pary. Konrad oderwał rękę od drzwi, instynktownie cofając się. W tej samej chwili otworzyły się drzwi sąsiedniego przedziału. – Psia krew!

Co tu się dzieje?! – krzyknął zaspany pasażer. Z innych przedziałów zaczęli wyglądać ludzie. Chaos, hałas, para – zniszczyły idealne warunki do cichej roboty.

Wejście do Henryka teraz oznaczało dziesięciu świadków. Biała mgła opadła. Spotkałem wzrok Konrada. Jego oczy były zimne jak lód za oknem.

Zrozumiał. Powoli wyjął rękę spod marynarki, poprawił klapę i ledwo dostrzegalnie skinął mi głową. Uznanie. Pojawił się drugi drapieżnik.

Obudzeni ludzie tłoczyli się w drzwiach. Wyjaśniłem, że to awaria zaworu na warniku. Spokojny głos zadziałał. Ludzie w latach dziewięćdziesiątych byli przyzwyczajeni do usterek na kolei.

Zaczęli wracać na miejsca. Zapukałem do siódmego przedziału. Henryk siedział w tej samej pozie. – Drobna awaria ogrzewania – powiedziałem.

– Ale pana pudło jest dociążone z jednej strony. Środek ciężkości przesunięty. Jeśli skład gwałtownie zahamuje, ześlizgnie się i roztrzaska panu głowę. – Ma pan rację – przyznał zmęczonym głosem.

– Tam są obciążniki do chronometru podłogowego. Klient prosił, żeby przewieźć je razem z obudową. Sam się zdziwiłem, jakie są ciężkie. Nie kłamał.

Nie rozumiał, co wiezie. – Pozwoli pan, że przeniosę pudło do swojego przedziału? – zaproponowałem. – Mam metalową skrzynię na próbki skalne.

Rano oddam panu w całości. Zgodził się bez wahania. Przeniosłem pudło do siebie, zamknąłem drzwi, zaciągnąłem zasłonę. Konrada nie było – jego rzeczy zniknęły.

Rozumiał, że maski opadły. Otworzyłem pudło. W środku, w zagłębieniach z gęstej gąbki, leżały dwa masywne, cylindryczne obciążniki. Zeskrobałem czubkiem noża żółty nalot.

Pod farbą błysnęła matowa, zimna stal narzędziowa. Na jednym z końców gwint. Odkręciłem zaślepkę-atrapę. W środku, owinięta w naoliwiony papier, leżała prostokątna sztabka.

Kawałek metalu wielkości niewielkiej książki, ale tak ciężki, że ręka mimowolnie opadła. Powierzchnię pokrywał misterny grawerunek – monogramy, znaki wodne, suma wypisana słownie. Klisza. Ta, dla której Gołąbek wynajął egzekutora.

Owinąłem matrycę z powrotem i schowałem do wyprawowego plecaka, wrzucając go w głąb skrzyni pod siedzeniem. Puste obciążniki wypełniłem próbkami bazaltu i kwarcytu. Staruszek przestał być celem. Teraz przyjdzie po mnie.

Poszedłem do Eweliny. – Znalazłem to, czego szuka. Kurier nie jest już celem. Proszę wziąć klucz konduktorski, zaklinować drzwi siódmego przedziału od zewnątrz, żeby nie dało się ich otworzyć.

Jeśli staruszek się dobije, proszę powiedzieć, że zamek się zaciął i że wezwie pani ślusarza na porannej stacji. Potem niech pani zamknie się tutaj i nie wychodzi, nawet jeśli usłyszy krzyki. Zrozumiała pani? Gwałtownie skinęła głową.

Przeszedłem przez zimne przedsionki do wagonu restauracyjnego. W pustej sali przy skrajnym stoliku siedział Konrad. Twidową marynarkę miał rozpiętą, kołnierzyk rozluźniony. Przed nim termos i szklanka.

Podszedłem i usiadłem naprzeciwko. – Nocna zmiana, Konradzie. W moim zawodzie nocne zmiany to codzienność – powiedziałem, kładąc ręce na stole, pokazując puste dłonie. – Obsunięcie to proces naturalny, Romanie – odparł, mieszając herbatę srebrną łyżeczką.

– Słabe ustępuje silnemu. Gołąbek po prostu przyspiesza dobór naturalny. – Sprzątanie często zostawia po sobie brudne ślady – odparłem. – Na przykład kurtkę konduktora ukrytą za rurami ogrzewania.

Łyżeczka znieruchomiała na ułamek sekundy. – Bierze pan na siebie zbyt wiele, inżynierze – głos zszedł do szeptu. – Wtrącił się pan w proces, który pana nie dotyczy. – Zabrałem przedmiot, Konradzie.

Staruszek jest czysty. Jeśli tknie pan jego albo kogokolwiek innego, straci pan czas, a przedmiotu pan nie znajdzie. Konrad odchylił się na oparcie. – Rozumie pan, że właśnie podpisał sobie pan wyrok śmierci?

– spytał uprzejmie. – Nie docenia pan fizyki przestrzeni. Pociąg to nie ulica. Stąd nie da się po prostu odejść.

Obaj jesteśmy zamknięci w stalowej rurze. A w tej rurze obowiązują moje reguły. Wstałem. – Matryca jest dobrze ukryta.

Będzie pan musiał przyjść po mnie. Czekam na swoim terenie. Odwróciłem się i wyszedłem. Czułem jego spojrzenie na plecach – człowieka, który już wyliczał trajektorię ciosu.

Przekroczywszy próg swojego wagonu, od razu poczułem, że coś jest nie tak. Korytarz pogrążył się w absolutnej, nieprzeniknionej ciemności. Zniknął szum ogrzewania. Powietrze gwałtownie stygło.

Konrad nie tracił czasu. Odciął zasilanie wagonu i zamknął główną magistralę parową. Taktyka oblężenia. W ciemności i chaosie łatwiej mu działać.

Wyziębienie wywoła panikę. Zamknął oczy. Wzrok był tu bezużyteczny. Słuch i dotyk.

Wychwyciłem ledwo dostrzegalny szelest tkaniny o ścianę. Konrad był tutaj, na korytarzu. Szedł ku mnie w ciemności, uzbrojony. Opadłem na jedno kolano, zlewając się z podłogą.

Wyjąłem z kieszeni ciężki kawałek bazaltu. Zaczekałem, aż wagon przechyli się na łuku, i puściłem kamień po chodniku, celując w ścianę cztery metry przed sobą. Kamień głucho uderzył o drewno. Cichy, suchy trzask.

Błysk płomienia z lufy na ułamek sekundy wyrwał z mroku zarys twarzy i długą rurę tłumika. Zdradził pozycję i chybił. Już byłem w ruchu. Nie prostowałem się – rzuciłem się do przodu i w dół.

Ramię wbiło się w jego kolana. Wybiłem podporę poniżej środka ciężkości. Konrad runął do tyłu, uderzając plecami o ścianę. Drugi trzask – kula poszła w sufit.

Moja lewa ręka znalazła jego prawy nadgarstek. Twardy chwyt, krótki przechwyt. Palce pistoletu rozluźniły się, metal głucho stuknął o podłogę. Ale on był zawodowcem.

Zamiast wyrywać uszkodzoną rękę, rzucił się do przodu. Ledwo zdążyłem odchylić głowę. Nóż ceramiczny ukryty w rękawie rozpruł tkaninę mojej kurtki na ramieniu. Piekący chłód, potem ciepło.

Zadraśnięcie, nie głębokie, ale otrzeźwiające. Odepchnąłem go obiema nogami w klatkę piersiową. Konrad odleciał w stronę przedsionka. Drzwi odsunęły się z metalicznym szczękiem.

Buchnęło arktycznym chłodem. Wycofał się w przestrzeń między wagonami, rozpływając się w szumie zamieci. Zostałem sam w lodowatym korytarzu. Opadłem na kolana i po włosiu chodnika znalazłem rękojeść pistoletu.

Czeska modyfikacja z tłumikiem. Szybko odłączyłem magazynek, wyrzuciłem nabój z komory. Magazynek do jednej kieszeni, nabój do drugiej, sam pistolet wcisnąłem w szczelinę pod grzejnikiem. Egzekutor stracił główną broń.

Teraz trzeba było odzyskać kontrolę. Otworzyłem tablicę rozdzielczą. Konrad nie łamał sprzętu – po prostu wyjął ceramiczny bezpiecznik. Wyjąłem nóż, wyrwałem kawałek miedzianego drutu ze skrętki i spięłem obwód, z pominięciem bezpiecznika.

Pstryknąłem przełącznikiem. Korytarz zalał się przyćmionym żółtym światłem. Potem przekręciłem zawór magistrali parowej. Rury zasyczały, metal zaczął się nagrzewać.

Życie wracało do stalowej skrzyni. Z czwartego przedziału wyjrzała kobieta z puchową chustą. – Co się dzieje? Dlaczego jest tak zimno?

– Drużyna trakcyjna przełączała obiegi ogrzewania – skłamałem gładko. – Za dziesięć minut będzie ciepło. Zapukałem do Eweliny umówionym rytmem. Uchyliła drzwi.

– Pan Henryk – powiedziała. – Zaklinowałam mu drzwi od zewnątrz. Śpi. – Świetnie.

Niech pani siedzi cicho. Niedługo świt. Zamknąłem jej drzwi. Konrad wycofał się, żeby się przegrupować, nastawić wybity nadgarstek.

Nie miał wyjścia. Powrót do Gołąbka bez matrycy oznaczał śmierć znacznie gorszą. A matrycę miałem ja. Wróciłem do swojego przedziału.

Wziąłem z plecaka mosiężny kompas w skórzanym futerale i położyłem dokładnie na środku stolika. Moja wizytówka. Wiadomość, którą Konrad odczyta bez słów. Wiem, że przyjdziesz.

Czekam w innym miejscu. Drzwi zostawiłem lekko uchylone. Poszedłem do nieczynnego przedsionka, otworzyłem drzwi wagonu bagażowego i celowo nie domknąłem ich do końca. Lodowaty przeciąg pociągnie do środka.

Konrad wyczuje ten strumień i zrozumie. Wagony bagażowy powitał mnie przemarzniętą ciszą. Sprawdziłem zaporę – pas naciągnięty na wysokości kolana, górna pętla wisiała nad przewidywanym miejscem upadku. Zająłem pozycję za stalową szafą trzy metry od pułapki.

Zdjąłem kurtkę, zostając w grubym wełnianym swetrze. Ramię odezwało się bólem, ale spowolniłem oddech, zapadając w kontrolowany trans. W myślach prześledziłem każdy krok Konrada. Wszedł na korytarz, dotarł do mojego przedziału.

Zobaczył kompas, zrozumiał, że go przechytrzono. Ale nie mógł zrezygnować. Ruszył w stronę nieczynnego przedsionka. Zgrzyt odsuwanych drzwi.

Skrzypienie gumowego przejścia. Był tutaj. Drzwi powoli skrzypnęły, otwierając się szerzej. W progu pojawiła się sylwetka.

Konrad wpatrywał się w mroźny mrok wagonu bagażowego. Zrobił krok do środka. Pociąg zaczął hamować przed łukiem, a zgrzyt klocków hamulcowych zagłuszyłby nawet strzał. Ruszył wąskim przejściem między kontenerami.

Szukał mnie na wysokości oczu. Nie patrzył na podłogę. Jego stopa dotknęła naciągniętego pasa. Noga zablokowała się na wysokości goleni.

Środek ciężkości poszedł do przodu. Zaczął upadać. W tej samej chwili uderzyłem łomem w poluzowaną nakrętkę kołnierza. Z rury z rykiem wyrwał się potężny strumień gorącej pary, chlusnął prosto w wąskie przejście, wypełniając je parzącą mgłą.

Konrad instynktownie wyrzucił zdrową rękę, zasłaniając twarz. Ceramiczne ostrze wyleciało z palców. Oślepł, ogłuchł, stracił orientację. Rzuciłem się ku niemu i zarzuciłem pętlę na jego ramiona.

Szarpnięcie – szeroki brezentowy pas ściągnął mu ręce, przyciskając do tułowia. Runął na lodowatą podłogę, zaklinowany między kontenerami. Od dołu pas, od góry martwa pętla. Im mocniej się szarpał, tym ciaśniej zaciskał się węzeł.

Ludzkie mięśnie są bezsilne wobec przemysłowych pasów transportowych. Przykucnąłem obok, przeciągnąłem wolny koniec pasa przez metalowe ucho w podłodze i zacisnąłem węzłem żeglarskim. Teraz był przykuty do podłogi. – Mówił pan, że obsunięcie to proces naturalny – powiedziałem, przebijając się głosem przez ryk pary.

– Tyle że tym razem słabą skałą okazał się pan. – Gołąbek pana znajdzie – wycharczał, spluwając krwią. – Ta matryca nie przyniesie panu nic poza śmiercią. – Tryby to mechanika – odparłem.

– A mechanikę zawsze da się zepsuć, jeśli rzuci się między koła zębate dostatecznie twardy kamień. Para opadała, skraplając się na ścianach. Gwizd lokomotywy rozdarł ciszę. Za oknami zamigotały światła stacyjnych latarni.

Zbliżaliśmy się do Przemyśla. Wygrałem wyścig. Rozpiąłem boczną kieszeń jego marynarki. Wyjąłem gruby skórzany portfel.

Fałszywe prawo jazdy, karty bankowe na różne nazwiska, legitymacja inspektora nadzoru sanitarnego. Idealna przykrywka. – Nie wyniesie pan tej matrycy z dworca – wysyczał. – Gołąbek ma tam ludzi.

Miejscowa policja mu z ręki. Zejdzie pan na peron, wezmą pana. – Nie wszyscy są kupieni – powiedziałem bez emocji. – Są ludzie, do których Gołąbek nie dosięgnął.

Schowałem portfel do kieszeni, sprawdziłem węzeł. Całość trzymała jak jeden kawałek metalu. Wyszedłem, zasuwając stalowe drzwi. Szczęk zamka zabrzmiał jak dźwięk zatrzaśniętego wieka.

Wagon pasażerski budził się. Za oknem szarzał świt. Podszedłem do przedziału Eweliny. Zapukałem.

Otworzyła natychmiast, blada, wymizerowana. – Wszystko się skończyło – powiedziałem cicho. – Ten człowiek jest związany w wagonie bagażowym. Przycisnęła dłonie do twarzy.

– Niech pani słucha uważnie. Kiedy pociąg się zatrzyma, nie wzywa pani nikogo. Otwiera pani drzwi, wypuszcza pasażerów, uśmiecha się i nic nie wie. Godzinę po przyjeździe wejdą ludzie w cywilu.

Podadzą hasło: północny szyb. Tylko im odda pani klucz od skrzyni. Zrozumiała pani? – A pan?

– wyszeptała. – Niech pani odblokuje drzwi siódmego przedziału. Zegarmistrz musi wysiąść jak z najzwyklejszej podróży. Wróciłem na swoje miejsce.

Kompas wciąż leżał na stoliku. Wyjąłem plecak. W środku owinięta w papier leżała matryca. Kawałek stali zdolny odmienić losy tysięcy pracowników kombinatu metalurgicznego.

Zarzuciłem plecak na ramię. Na korytarzu Ewelina odblokowała siódmy przedział. Pan Henryk stał w drzwiach, rozcierając krzyż. – Dzień dobry, panie Romanie – zaskrzypiał.

– Wyobraża pan sobie, zamek zaciął się na amen. Stare wagony, metal się od mrozu kurczy. – Prawa fizyki, panie Henryku – uśmiechnąłem się. – Jak się panu spało?

– Wspaniale. Bez tego przeklętego pudła nad głową po raz pierwszy od lat nie bałem się, że przygniecie mnie we śnie. Postawiłem przed nim drewniane pudło, wypełnione próbkami bazaltu. – Pański ładunek, mistrzu.

W całości i nienaruszony. Henryk skinął z wdzięcznością, chwycił pudło za skórzaną rączkę. Nie podejrzewał, że tej nocy był o włos od śmierci. Pociąg zatrzymał się przy zaśnieżonym peronie.

Pasażerowie ruszyli do wyjść. Ewelina stała przy drzwiach, blada, ale z profesjonalną maską na twarzy. Minąłem ją, kiwając ledwo dostrzegalnie głową. Na peronie skierowałem się nie do głównego wyjścia, ale do strefy technicznej, gdzie stały automaty telefoniczne.

Konrad miał rację – miejscowa policja mogła być kupiona. Ale lata szacowania państwowych zasobów geologicznych zetknęły mnie z ludźmi, którzy chronili bezpieczeństwo ekonomiczne kraju. Ich numer miałem w pamięci. Wsunąłem kartę telefoniczną, wybrałem numer.

– Słucham – suchy głos po drugiej stronie. – Tu Zaręba. Przepraszam za wczesny telefon, majorze Przybylski. Potrzebuję pomocy urzędu ochrony państwa.

Major Antoni Przybylski nie zadawał zbędnych pytań. Pracowaliśmy razem trzy lata temu, kiedy udaremniliśmy dziką sprzedaż kopalni miedzi. – Gdzie jesteś, Romanie? – Przemyśl, dworzec główny.

Przywiozłem przedmiot. Oryginalną kliszę do weksli Gołąbka. Usłyszałem, jak gwałtownie wciągnął powietrze. – I jeszcze jedno – dodałem.

– W wagonie bagażowym pociągu z Gdańska leży związany zawodowy egzekutor. W nocy zlikwidował konduktora. Ciało prawdopodobnie wyrzucono na szlaku, ale w przedziale służbowym piątego wagonu jest zakrwawiona kurtka. Zabierzcie go, zanim miejscowa policja zacznie obchód.

– Rozumiem – major mówił szybko, wydając polecenia komuś w tle. – Mam grupę operacyjną w Przemyślu. Będą na dworcu za dwanaście minut. – Zostawię matrycę i dokumenty w automatycznej przechowalni bagażu.

Schowek 47. Kurtkę odbierzecie od dziewczyny o imieniu Ewelina. Hasło: północny szyb. – Romanie – głos złagodniał.

– Rozumiesz, że właśnie złamałeś kręgosłup jednej z najgroźniejszych grup w kraju. Ryzykowałeś głową. – Po prostu znalazłem słabe ogniwo i nacisnąłem. Majorze, zabierajcie śmieci.

Odłożyłem słuchawkę. W budynku dworca pachniało świeżym pieczywem. Podszedłem do automatycznej przechowalni. Otworzyłem drzwiczki numer 47, wyjąłem z plecaka owiniętą matrycę i portfel Konrada.

Położyłem je na zimnym metalu. Zamknąłem drzwiczki, wybrałem cztery cyfry na tarczowym mechanizmie. Szczęk. Stalowy rygiel zabezpieczył tajemnicę.

Przy szklanych drzwiach zatrzymałem się. Na peron, piszcząc oponami po oblodzonym asfalcie, wpadły dwa czarne terenowe samochody bez oznaczeń. Wysypali się krzepcy mężczyźni w cywilu, o wojskowej postawie. To nie była miejscowa policja.

Grupa operacyjna UOP. Widziałem, jak odsuwają zdezorientowanych policjantów, jak ruszają do piątego wagonu i do wagony bagażowego. Kilka minut później drzwi wagonu bagażowego odsunęły się. Agenci wyprowadzili Konrada.

Ręce w kajdankach na plecach, marynarka pomięta, twarz z otarciami, włosy sklejone od pary. W jego sylwetce nie zostało ani krzty dawnej arystokratycznej swobody. Wyglądał jak mechanizm, z którego wyjęto główną sprężynę. Brutalnie wepchnęli go na tylne siedzenie.

Drzwi piątego wagonu otworzyły się. Agent zszedł na peron, trzymając przezroczysty worek. W środku leżała zmięta służbowa kurtka z bordowymi plamami zakrzepłej krwi. Dowody zostały zebrane.

Łańcuch się zamknął. Na drugim końcu peronu dostrzegłem pana Henryka. Brnął do postoju taksówek, troskliwie przyciskając do piersi drewniane pudło z kamieniami. Jutro otworzy pudło, znajdzie kawałki bazaltu i uzna, że padł ofiarą dworcowego złodzieja.

Nigdy się nie dowie, że te kamienie ocaliły mu życie. Odwróciłem się, pchnąłem szklane drzwi i wyszedłem na plac przed dworcem. Zamieć ucichła. Przemyśl się budził.

Finału tej historii nie pokażą w wieczornych wiadomościach. Major Przybylski otrzyma matrycę, a za kilka dni antyterroryści wpadną do biura Gołąbka. Cały układ runie. Kombinat będzie dalej pracował.

Konrad złamany zacznie mówić, byle tylko uniknąć dożywocia, i pociągnie za sobą całą siatkę. Ewelina dalej będzie sprawdzać bilety w nocnych pociągach, ale w jej spojrzeniu nie będzie już zwierzęcego strachu. Postawiłem kołnierz kurtki sztormowej i ruszyłem zaśnieżoną ulicą, wtapiając się w poranny tłum. Ręce, które jeszcze kilka godzin temu łamały stawy zawodowemu mordercy, teraz spokojnie spoczywały w kieszeniach.

Konrad był przekonany, że reguły w tym pociągu ustala on. Mylił się. Śnieg skrzypiał pod podszwami. Przede mną czekały góry, cisza głębokich szybów i długa, spokojna praca.

Szedłem naprzód, zostawiając za sobą miasto i tę długą noc.