Samochód stanął na środku pustej drogi, a deszcz bębnił o dach. Ewa nie zdążyła nawet dokończyć zdania, gdy Marek warknął, żeby się nie wierciła i zapięła płaszcz. Spędziła dwie godziny przed lustrem, walcząc z cieniami pod oczami i sukienką, która po porodzie opinała się na biodrach. Chciała mu zrobić niespodziankę.

W kieszeni płaszcza ściskała kopertę, a w niej kupon loterii, który kupiła za ostatnie oszczędności. Kumulacja wynosiła czterdzieści milionów złotych. Marek jednak nie patrzył na nią z czułością. Patrzył z pogardą.
Powiedział, że inne kobiety po miesiącu od porodu wyglądają jak modelki, a ona jak wieloryb wciśnięty w kondom. Powiedział, że wstyd mu z nią wchodzić do restauracji, bo szef będzie tam z nową narzeczoną. Ewa próbowała się tłumaczyć, mówiła, że nie śpi po nocach, karmi, stara się. A on krzyknął, żeby przestała się tłumaczyć.
Odblokował zamki i kazał jej wysiadać. Była noc, ulewa, do domu dziesięć kilometrów. Ewa wysiadła w eleganckich butiach, w kałużę. Marek ruszył, ochlapując ją błotem i nawet nie spojrzał w lusterko.
Szła poboczem przez ponad trzy godziny, płacząc, a łzy mieszały się z deszczem. Każde światła nadjeżdżającego auta dawały jej nadzieję, że to on zawraca, że przeprosi. Nikt się nie zatrzymał. W domu matka już spała.
Ewa zdjęła mokry płaszcz i rzuciła go na krzesło. Z kieszeni wypadła różowa koperta. Marek zawsze narzekał na pieniądze, powtarzał, że jest dla niej za dobry, a ona siedzi na bezpłatnym urlopie macierzyńskim. Dlatego kupiła ten kupon.
Chciała mu go dać przy kolacji, żeby pomarzyć razem o lepszym życiu. Teraz trzymała go w dłoniach i czuła tylko obrzydzenie. Chwyciła kupon, żeby go podrzeć, gdy w telewizji rozpoczęło się losowanie. Pierwsza liczba pasowała do daty ich ślubu.
Druga do dnia urodzin syna Jasia. Trzecia do jej wieku. Serce zaczęło bić jej szybciej. Z każdą kolejną kulą oddech stawał się płytszy.
Wszystkie liczby się zgadzały. Ewa osunęła się na podłogę, ściskając bilet do wolności. Czterdzieści milionów złotych. To nie były pieniądze na nowe auto dla Marka.
To były pieniądze na nowe życie dla niej i dla Jasia. Wtedy usłyszała zgrzyt klucza w zamku. Marek wracał z kolacji, pijany. Ewa szybko wsunęła kupon pod dywan.
Stanął w drzwiach, zachwiał się i zarechotał, że spacer dobrze jej zrobił, a wygląda jeszcze gorzej niż w aucie. Kazał jej zrobić kawę i nie ryczeć, bo głowa go boli. Ewa wstała powoli. Nie płakała.
Spojrzała na niego ze spokojem, którego nigdy wcześniej u niej nie widział. – Nie zrobię ci kawy, Marku – powiedziała cicho. – I nie będę już płakać. Idę spać do pokoju dziecka.
A rano mnie tu nie będzie. – Ta, jasne – mruknął, kładąc się na kanapie w butach. – Gdzie pójdziesz? Do mamusi?
Nie masz grosza przy duszy, kobieto. Beze mnie jesteś zerem. Zasnął w minutę, chrapiąc. Nie wiedział, że to zero właśnie stało się najbogatszą kobietą w ich mieście.
Tydzień później mieszkanie Marka wyglądało jak pobojowisko. Zlew pełen brudnych naczyń, sterty prania na fotelach. Ewa naprawdę odeszła. Zabrała Jasia i zniknęła rankiem, gdy on jeszcze trzeźwiał.
Marek był wściekły, ale pewny siebie. Mówił kolegom w pracy, że wróci, że skończą jej się pieniądze na pieluchy i przyleci z płaczem. Zablokował jej dostęp do wspólnego konta. Siedział przed telewizorem, jedząc odgrzewaną pizzę, gdy w lokalnych wiadomościach pojawił się reportaż.
– Sensacja w naszym regionie – mówiła podekscytowana reporterka. – Główna wygrana w loterii została odebrana. Szczęśliwa zwyciężczyni zgłosiła się po czek na czterdzieści milionów złotych. To młoda matka z naszego miasta.
Na ekranie pokazano nagranie z monitoringu kolektury. Kobieta stała tyłem. Miała na sobie stary, beżowy płaszcz. Ten sam płaszcz, który Marek wyśmiał tydzień temu.
Ten sam, w którym wyrzucił ją na deszcz. Kawałek pizzy wypadł mu z ręki. W tej samej chwili telefon zawibrował. Na ekranie pojawiło się imię „Ewa”.
– Ewa, kochanie, gdzie jesteś? Tak się martwiłem – wydukał, a głos mu się łamał. – Naprawdę, Marku? – Głos Ewy był inny – silny, zimny, profesjonalny.
– Martwiłeś się, czy zablokowałeś mi kartę, żebym nie miała za co kupić mleka dla syna? – To było nieporozumienie. Byłem w stresie – zaczął się pocić. – Widziałem wiadomości.
To ty wygrałaś? Wracaj do domu. Kupimy willę, będziemy żyć jak królowie. Kocham cię.
W słuchawce zapadła cisza, a potem usłyszał cichy śmiech. – Wygraliśmy? Nie, Marku. Spotkajmy się za godzinę w restauracji Panorama.
Musimy podpisać dokumenty. Rozłączył się i zaczął skakać po pokoju. Czterdzieści milionów. Był ustawiony do końca życia.
Wiedział, że Ewa jest miękka. Wystarczy, że kupi kwiaty, popłacze, przeprosi i pieniądze będą jego. Przecież są małżeństwem, wszystko jest wspólne. Wziął prysznic, wylał na siebie pół butelki perfum i pobiegł do samochodu.
Nie wiedział, że jedzie na swoją egzekucję. W restauracji Panorama od razu ją zauważył. Siedziała przy stoliku przy oknie. Ale to nie była ta sama szara myszka, którą wyrzucił z auta.
Miała na sobie dopasowaną czerwoną sukienkę, idealnie ułożone włosy, profesjonalny makijaż. Wyglądała jak milion dolarów, a właściwie jak czterdzieści milionów. Podszedł z bukietem zwiędłych róż kupionych na stacji benzynowej. – Ewa, wyglądasz niesamowicie – wydukał.
– Tak bardzo cię przepraszam. Byłem głupi. Teraz wszystko naprawimy z tymi pieniędzmi. Próbował chwycić ją za rękę, ale cofnęła dłoń.
Obok niej siedział mężczyzna w garniturze. Prawnik. Położył na stole teczkę. – Dzień dobry, panie Marku.
Przejdźmy do rzeczy – powiedział. – To jest pozew rozwodowy z orzeczeniem o pana winie. Mamy nagrania z kamery samochodowej, na których widać i słychać, jak znęca się pan psychicznie nad żoną i wyrzuca ją z auta w nocy. Marek zbladł, ale zaraz zaśmiał się nerwowo.
– Rozwód? Dobrze. Ale połowa wygranej należy do mnie. Jesteśmy małżeństwem.
Nie mieliśmy rozdzielności majątkowej. Ewa uśmiechnęła się, sięgnęła do torebki i wyciągnęła pożółkły dokument. – Jesteś pewien, Marku? Spojrzał na papier i poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła.
– To… intercyza – wykrztusił. – Tak – powiedziała spokojnie. – Pamiętasz?
Twoja matka zmusiła mnie do jej podpisania tydzień przed ślubem. Bała się, że taka biedaczka czycha na twoje wspaniałe zarobki i mieszkanie na kredyt. Podpisałam. Majątek nabyty w drodze gier losowych wchodzi do majątku osobistego małżonka.
Czytał te słowa, a litery rozmazywały mu się przed oczami. Jego własna chciwość i nieufność właśnie pozbawiły go fortuny. – Ewa, błagam cię, mamy syna – osunął się z krzesła na kolana, na oczach całej restauracji. – Nie możesz mnie zostawić z niczym.
Ewa wstała i spojrzała na niego z góry. – Nie zostawiam cię z niczym, Marku. Zostawiam ci twoją dumę i twoje auto. Będziesz go potrzebował, żeby dojeżdżać do pracy, bo alimenty, które zasądzi sąd, będą bardzo wysokie.
Nachyliła się i szepnęła:
– A co do mojej wagi… w tym tygodniu zrzuciłam dziewięćdziesiąt kilogramów. Tyle dokładnie ważysz ty. Odwróciła się i wyszła, stukając szpilkami.
Marek został na podłodze, płacząc. Nie za żoną, nie za synem. Za pieniędzmi, które miał na wyciągnięcie ręki, a które wyrzucił w deszczową noc na pobocze drogi.


