– Nie poddam się! – dowódca kompanii nadbiegł w moim kierunku, wymachując pistoletem maszynowym i wykrzykując te słowa, po czym zniknął w zaroślach, wciąż krzycząc o odmowie złożenia broni. Gotlob Biderman, niemiecki żołnierz zamknięty w kotle kurlandzkim, nigdy nie zapomniał tego widoku. Dopiero później dowiedział się, że jego dowódca popędził na tyły, próbując zmusić oficera do ruszenia na pierwszą linię z całą ciężką bronią.

Ostatecznie jeden z żołnierzy ogłuszył go kolbą karabinu. W obozie jenieckim nawet dla Rosjan stanowił swego rodzaju przypadek psychiatryczny. To ledwie jedna z niezliczonych relacji ukazujących ostatnie podrygi Wehrmachtu. Gdy przyjrzymy się szczegółowo pierwszym dniom maja 1945 roku, zobaczymy, że Rzesza, a razem z nią Wehrmacht, dogorywała niesynchronicznie.
30 kwietnia Adolf Hitler odebrał sobie życie. Nie oznaczało to jednak natychmiastowego końca wojny. Dopiero 2 maja Armia Czerwona odtrąbiła zdobycie Berlina, choć w stolicy wciąż tliły się liczne ogniska oporu. Dopiero 6 maja upadła tak zwana twierdza Wrocław.
Na drugim końcu kontynentu 4 maja doszło do kapitulacji sił niemieckich w północno-zachodniej Europie, w tym garnizonu w tej części Holandii, która w 1944 roku pozostała niezdobyta przez aliantów. Te dni przynosiły Niemcom upokorzenie za upokorzeniem. Naczelne dowództwo Wehrmachtu musiało kapitulować nie raz, a dwa razy. Najpierw 7 maja w Reims.
Ale ten układ nie został uznany przez stronę radziecką. Cała procedura została powtórzona 8 maja. Nic dziwnego, że dopiero przełom 8 i 9 maja uznaje się za właściwy koniec II wojny światowej. Ale jak naprawdę z perspektywy niemieckich żołnierzy wyglądały ostatnie 24 godziny Wehrmachtu?
Co działo się po zawieszeniu broni i kapitulacji? 8 maja 1945 roku tereny znajdujące się jeszcze pod kontrolą niemieckich sił zbrojnych obejmowały ogromne obszary. W polu nadal pod bronią znajdowały się setki tysięcy żołnierzy w niemieckich mundurach. Formalny rozkład wszystkich struktur Wehrmachtu wymagał ciężkiej pracy na szczeblu administracyjnym.
Co może dziwić, to fakt, że choć kapitulacja wisiała w powietrzu, tak wielu żołnierzy zostało zaskoczonych wieściami o końcu wojny. Naczelne Dowództwo Wehrmachtu 8 maja o godzinie 20:00 nadało przez radio komunikat. Od 9 maja godziny 00 wszystkie składniki Wehrmachtu muszą zaprzestać wrogich działań wobec dotychczasowego przeciwnika. Każde zniszczenie lub uszkodzenie broni, amunicji, samolotów czy statków jest sprzeczne z podpisanymi warunkami i należy mu zapobiec.
Ale faktyczny przebieg kapitulacji był całkowicie zależny od sytuacji, w jakiej znalazły się niemieckie jednostki. Na zachodzie i w Norwegii panował bezruch garnizonów niemieckich pozostawionych na boku planów militarnych aliantów. Na wschodzie jednak, mimo teoretycznego finału wojny, Wehrmacht znajdował się w ledwie zauważalnym ruchu – ruchu na zachód. Wielu niemieckich żołnierzy było wówczas na morzu, czy to służąc w Kriegsmarine, czy też będąc transportowanym, jak niejaki William Lubek.
Ten żołnierz w nocy z 8 na 9 maja znalazł się na pokładzie niszczyciela, który opuścił port na Helu. – Heobe Lutnant, The Creek is for by. – Taką wiadomością powitał go poważny marynarz rankiem 9 maja, kilka godzin po wyjściu niszczyciela z Helu. Bezwarunkowa kapitulacja Niemiec weszła w życie oficjalnie 8 maja o godzinie 23:01 czasu środkowo-europejskiego.
W tym specyficznym momencie wielu Niemców z rozpędu próbowało dostać się na zachód. Lubek tak wspominał wyścig o poddanie się Anglosasom:
– Ignorując sowieckie wezwania, byśmy udali się wprost do jednego z kontrolowanych przez nich portów, dowódca naszego małego konwoju skontaktował się z Brytyjczykami, prosząc o instrukcję. Niemcy otrzymali zgodę na skierowanie się do Kopenhagi. Doszło w ten sposób do ostatniego starcia.
Zignorowanie przez nas rosyjskich wezwań sprowadziło na nas rankiem atak grupy sowieckich kutrów torpedowych. Niemieccy marynarze otworzyli ogień ze wszelkiej broni na pokładzie niszczycieli. Wtedy nieprzyjacielskie jednostki szybko przerwały atak i skryły się we mgle. Był to ostatni raz, gdy słyszałem wystrzały z działa w walce.
Tymczasem nieco dalej na wschodzie, w łotewskiej Kurlandii, nadal na nogach trzymało się 180 tysięcy żołnierzy w niemieckich mundurach. Nie byli to wyłącznie Niemcy, ale też na przykład łotewscy ochotnicy tworzący tak zwany legion łotewski Waffen-SS. Jeden z tych weteranów, Peteris Stabulnie, wspominał powrót z pięciodniowej przepustki. – Popołudniu 8 maja zostaliśmy zaskoczeni wiadomością o zawarciu pokoju między dwiema walczącymi stronami.
Chociaż czekaliśmy na tę wiadomość od dłuższego czasu, fakt, że wreszcie nadeszła, był niewiarygodny. Nie wierzyliśmy nawet posłańcowi, który ją przyniósł. Nasze rozkazy brzmiały tak: jeśli rosyjscy żołnierze przyszliby nieuzbrojeni, nie mieliśmy im robić krzywdy, ale nadal mieliśmy się bronić w wypadku ataku. Popołudniu cisza zapadła na liniach frontu i tylko rosyjskie samoloty łamały zasady pokoju, ostrzeliwując żołnierzy na tyłach.
Tej nocy żołnierze opuścili swoje dotychczasowe pozycje i wycofali się na tyły. Rankiem dowódca jednostki zakomunikował im koniec wojny. – Wczoraj o północy podpisano porozumienie pokojowe. Wszystkie działania wojenne muszą się zakończyć.
Jesteście zwolnieni z obowiązków i nie musicie już wykonywać rozkazów. Teraz możecie wybrać własną drogę. Ci, którzy mają domy tutaj w Kurlandii, postarajcie się wrócić do domu tak szybko, jak to możliwe. A co do reszty – albo poddajcie się Rosjanom, albo ukryjcie się w lesie.
Wiemy, że z Rosjanami nie będzie przyjemnie, więc ktokolwiek chce, może pójść z nami. Nie zamierzamy się poddać. Postaramy się dotrzeć do Dundagi. Upewnijcie się, że zabierzecie ze sobą broń i amunicję.
Jednocześnie dochodziło do licznych oddolnych akcji niszczenia sprzętu, wbrew wcześniejszym rozkazom. Amunicję do dział przeciwlotniczych po prostu wystrzeliwano w powietrze, a żołnierze mijali porzucone pojazdy wysadzone przez załogi. – Nie wolno nam było niszczyć tego, co otrzymaliśmy od Niemców w czasie wojny, ale nikt nie chciał dać Rosjanom tak cennych rzeczy jak czołgi i pojazdy wojskowe. Przypadek Łotyszy był o tyle wyjątkowy, że pozwalał im wtopić się w krajobraz, dosłownie udać się do domów, choć dziesiątki tysięcy z nich ostatecznie zdecydowało się na prowadzenie wojny partyzanckiej.
Niemcy zamknięci w kotle kurlandzkim nie mieli większego wyboru. Gotlob Biderman, służący w 132 Dywizji Piechoty, opisywał ostatnie przygotowania do kapitulacji. Obejmowały one między innymi selekcję niewielkiej grupy ludzi, która miała zostać ewakuowana z kotła. Tylko czy na tym etapie ewakuacja była bezpieczniejsza niż pozostanie na miejscu?
Bezpośrednio z Norwegii przyleciało 35 starych samolotów Ju 52, aby zabrać na pokład wytypowanych ludzi. Ci, którzy zostawali w Kurlandii, żegnali je z wilgotnymi oczami. Nikt nawet nie wyobrażał sobie, jaki los spotka ten ostatni lot z Kurlandii. Wkrótce po odlocie samoloty zostały zaatakowane przez grupę rosyjskich myśliwców, które zestrzeliły 32 z tych powolnych, bezbronnych transportowców.
To były ostatnie samoloty Luftwaffe, jakie spadły w płomieniach, wraz ze wszystkimi pasażerami, którzy znaleźli grób na cudzej ziemi i w zimnych wodach Morza Bałtyckiego. Te ostatnie dni prowadziły do nie mniej tragicznych dylematów niż te z najgorszych walk na froncie wschodnim. Rankiem 9 maja informacje o kapitulacji docierały z poważnym opóźnieniem na czołowe pozycje na froncie. Sporadyczny ostrzał trwał po obu stronach nieustannie.
Działało także lotnictwo. Około godziny 9:00 nad pozycjami batalionu Bidermana przyleciała grupa samolotów szturmowych i od ich błyszczących srebrnych kadłubów oderwały się bomby. – Wysunięci obserwatorzy zameldowali o wzmożonym ruchu nieprzyjacielskich pododdziałów na zapleczu brygady piechoty, która stała naprzeciwko nas. Sprawdziliśmy broń i czekaliśmy na kolejny atak nieprzyjaciela.
Punktualnie w południe otrzymaliśmy przez radio rozkaz ze sztabu pułku, który poraził nas jak grom z jasnego nieba. O godzinie 14:00 Armia Kurlandii będzie kapitulować. Wzdłuż linii frontu należy wywiesić białe flagi. Cały personel ma pozostać pod bronią na zajmowanych stanowiskach.
Broń należy rozładować, wyjąć magazynki i opróżnić zamki. Nie wszyscy weterani potrafili tak od razu przyjąć to do wiadomości. – Cisza, która zapadła nad linią frontu, została gdzieś nieopodal przerwana wystrzałem z pistoletu. Po zbadaniu incydentu odkryłem, że jeden z naszych oficerów na wieść o rozkazie kapitulacji wyciągnął z kabury swojego Lugera, położył go na mapniku i w swym notatniku zapisał: „Bez armii nie ma honoru”.
Następnie spokojnie przyłożył pistolet do skroni i pociągnął za spust. Od tej pory sprawy potoczyły się już gładko. – O godzinie 14:00 na naszych stanowiskach pojawiły się wystrzępione koszule, skarpetki i kawałki bandaży zatknięte w lufach karabinów. Na widok tych dowodów kapitulacji z lasu naprzeciwko nas wyrwała się fala zielonobrązowych postaci i Rosjanie zalali nasze stanowiska.
Ich nowe mundury i odżywione ciała były rażącym kontrastem dla naszych wynędzniałych i wychudzonych z niedożywienia żołnierzy o twarzach bladych od miesięcy wysiadywania w podziemnych schronach. Jednym punktem wspólnym wielu rozrzuconych geograficznie opowieści o końcu Wehrmachtu było to porównanie stanu żołnierzy niemieckich do przeciwnika. Temat pożywienia zaprzątał myśli niemieckich żołnierzy nieraz bardziej niż polityczne przetasowania. Przenieśmy się na teren protektoratu Czech i Moraw, do regionu, który miał w miniaturze ukazywać ten ostatni dylemat żołnierzy Wehrmachtu.
Ze wschodu naciskani przez Armię Czerwoną, z ulgą przyjęliby szybsze postępy wojsk anglosaskich. Günter Koszorek trafił na początku maja do szpitala w mieście znanym Niemcom jako Eger, czyli czeskiego Chebu. 5 maja do miasta wkroczyli amerykańscy żołnierze, ku wielkiej uldze Niemców. 6 maja zakazano żołnierzom opuszczać szpital.
8 maja Koszorek zapisał:
– Wszystkich ozdrowieńców i żołnierzy w AfSS Amerykanie załadowali na ciężarówki i gdzieś wywieźli. W rezultacie szpitale nie są już tak przepełnione. 9 maja skończyła się sól, więc cienką zupkę, którą dostajemy, ledwie daje się przełknąć. Podobno Czesi skonfiskowali zapas soli.
Pewnie chcą nas w ten sposób ukarać. A poza tym oficjalnie skończyła się wojna, bo podpisano akt kapitulacji. W tym wpisie uderza specyficzna kolejność, te priorytety. Najpierw zupa, później sól, a na końcu kapitulacja.
Również w Chebie znajdował się wtedy Helmut Shibel i wspominał pewien kruczek umów między aliantami zachodnimi a Rosjanami. – Mieliśmy to szczęście, że dotarliśmy do linii amerykańskich przed wstrzymaniem walk 9 maja 45 roku. Wszystkie niemieckie jednostki, które dostały się tam po tym terminie, były bezlitośnie przekazywane Rosjanom. Małe grupki żołnierzy, które chciały przekraść się na zachód, wpadały w ręce czeskich band, które powstawały z szybkością błyskawicy i często ich mordowały.
To było tym bardziej tragiczne, że działo się już po zakończeniu wojny. Zgodnie z ustaleniami konferencji jałtańskiej żołnierze niemieccy mieli trafiać w ręce tej siły, z którą po raz ostatni byli w kontakcie bojowym. Prawie 400 kilometrów na południe, na terenie Austrii, ten wyścig do linii amerykańskich przybrał bardzo zorganizowaną postać. Generał Hermann Balck wspominał lokalne porozumienie z amerykańskim dowódcą.
– 7 maja otrzymaliśmy drogą radiową tekst warunków zawieszenia broni. Wszystkie niemieckie jednostki miały zostać wzięte do niewoli przez stronę, z którą ostatnio walczyły. Oznaczało to, że musieliśmy odwrócić się i rozpocząć atak pro forma na Amerykanów, aby uzasadnić poddanie się im, a nie Rosjanom. Balck twierdził, że do porozumienia doszło tylko dzięki sympatii generała Horace’a L.
McBride’a, dowódcy amerykańskiej 80. Dywizji Piechoty. Niemieckie siły miały przed sobą jednak ostatni forsowny marsz. Wycofywały się od strony Grazu przez Alpy Wschodnie na północ.
Celem Niemców był most w miasteczku Liezen na rzece Enns, wyznaczający limit zasięgu amerykańskich jednostek. – Wieczorem 9 maja, kiedy rosyjskie czołgi nadjechały nad Enns, niemal wszystko mieliśmy już po drugiej stronie. Pomniejsze jednostki, które wciąż musiały przeprawić się przez rzekę, zboczyły w góry i skorzystały z innych dróg. Trudno było utrzymać wojska w ruchu, ponieważ nie miały pojęcia o powadze sytuacji.
Oficerowie sztabu generalnego raz po raz jechali w kierunku Rosjan wzdłuż linii konwoju, aby popędzać marsz. Nawet w tej sytuacji było trochę humoru. – Około 400 żołnierzy zamiast bezpiecznie przejść przez most na Enns, wylegiwało się na trawie, opalało i kąpało się w rzece po stronie rosyjskiej. Gdy tylko pojawiły się rosyjskie czołgi, wszystkich 400 przepłynęło rzekę.
Następnie zgłosili się do mnie całkowicie nadzy, prosząc o ubranie, którego po prostu nie miałem. Jedyne, co można było zrobić, to wydać im rozkaz odzyskania mundurów poprzez przepłynięcie z powrotem. Udało się, ponieważ Rosjanie nie mieli czystego pola obserwacji tego sektora brzegu rzeki. W tym czasie 60 kilometrów na zachód część Niemców nadal była pod bronią w Tyrolu, tworząc tak zwany Korpus Ochrony Alp.
Znajdował się tam chociażby Otto Skorzeny. Po wojnie pisał:
– Kiedy Dönitz wydał rozkaz złożenia broni 8 maja o północy, schroniłem się z moimi najbliższymi współpracownikami w górach. Ostatnie moje oddziały znajdowały się w pobliskich dolinach, podzielone na małe jednostki. Miały czekać na moje rozkazy.
Kolejne dni spędził ze swoimi oficerami w górskiej kryjówce w Dachstein. Losy tych ostatnich żołnierzy Wehrmachtu właściwie zależały tylko i wyłącznie od szczęścia oraz od możliwości wykorzystania chaosu ostatnich dni wojny czy też pierwszych dni pokoju. Ktoś 9 maja kąpał się w rzece, ktoś inny zaszył się w jakiejś chatce w Alpach. Ale część żołnierzy nie miała takiej możliwości.
Na przykład najsłynniejsi piloci Luftwaffe byli zbyt dobrze znani po obu stronach frontu. Dietrich Anton Hrabak twierdził, że z poślizgiem dowiedział się o końcu wojny. – Otrzymałem telefon z rozkazem ewakuacji następnego ranka pozostałych samolotów JG 54, jeśli tylko pogoda na to pozwoli. My piloci wyrzuciliśmy z naszych myśliwców cały niepotrzebny sprzęt, co pozwoliło nam zabrać ze sobą dwóch ludzi.
Po usunięciu płyty pancernej i radia jeden człowiek kucał za siedzeniem, a drugi montował się w kadłubie. Wojna się skończyła, ale o tym nie wiedzieliśmy. Nadal walczyliśmy. Dowiedziałem się dopiero, kiedy byłem w powietrzu.
Myśleliśmy, że to plotka. Mieliśmy lecieć do Flensburga na granicy duńskiej. A ponieważ utrzymywałem dobre stosunki z niemiecką marynarką, zgodzili się zabrać statkiem jak najwięcej personelu naziemnego. Dla nas stał się to ostatni i najdłuższy lot w naszym życiu.
Ale co najmniej 90 moich ludzi uciekło przed sowiecką niewolą. Popatrzmy na Europę 9 maja z lotu ptaka. Tego dnia dochodziło do kapitulacji niemieckich bastionów oddalonych od siebie o tysiące kilometrów. Ponad 150 tysięcy żołnierzy z Armii Prusy Wschodnie broniło jeszcze Helu i Mierzei Wiślanej.
Historia zataczała koło, bo przecież Hel, broniony przez siły polskie, trzymał się też wyjątkowo długo – do 2 października 1939 roku. Jak bumerang wracały nazwy geograficzne sprzed pięciu i pół lat. Też 9 maja siłom pierwszej czechosłowackiej brygady pancernej poddał się garnizon bunkrów liczący około 15 tysięcy ludzi. Nadal niejasny był los Sambii bronionej przez niemal 30 tysięcy Niemców.
Jedno jest pewne: pomimo oficjalnego końca wojny istniało jeszcze bardzo poważne ryzyko dla żołnierzy obu stron. Czy to poślizg w otrzymywaniu rozkazów, czy upór lokalnych dowódców, a może chęć ucieczki przed Armią Czerwoną. Wszystko to w chaosie 9 maja oznaczało ryzyko śmierci. William Lubek powtarzał zasłyszaną historię.
– Wiele lat później podpułkownik Ebeling opowiedział mi, że został ewakuowany mniej więcej w tym samym czasie na pokładzie holownika ciągnącego barkę z około 200 żołnierzami. W czasie rejsu przez Morze Bałtyckie zdarzył się sztorm. Holownik ocalał. Jednak wszyscy płynący na barce utonęli.
Była to jedna z niezliczonych tragedii ostatnich dni wojny. Ale z drugiej strony rozbrajanie poddających się i nie mających ochoty do walki Niemców niosło poważne ryzyko. Anglików przede wszystkim interesowały dwa nadal okupowane przez Niemców terytoria: Norwegia, obstawiona przez około 350 tysięcy niemieckich żołnierzy, oraz wyspy normandzkie. Region na wielu poziomach kuriozalny.
Był przecież pod samym nosem Wielkiej Brytanii, a do tego był jedynym terytorium brytyjskim zdobytym przez siły niemieckie. Wyspy normandzkie jeszcze rozkazem samego Hitlera z 20 października 1941 roku miały być traktowane jako forteca. Zakładano budowę chociażby 22 wież obserwacyjnych, z czego ukończono dziewięć. Mogły one naprowadzać ogień przede wszystkim baterii czterech armat kalibru 305 mm, przejętych z francuskich arsenałów i umieszczonych na wyspie Guernsey.
Ich skuteczny zasięg Niemcy wymierzyli na 32 kilometry. Wyspy normandzkie obstawione były przez około 25 tysięcy Niemców spędzających dość spokojnie czas okupacji, nie licząc pewnych wypadów brytyjskich komandosów. Rosnąca izolacja tego bastionu na Atlantyku miała dla garnizonu poważne konsekwencje. Racje żywnościowe żołnierzy zostały obcięte z czasem do poziomu 1125 kalorii, a epidemia gruźlicy dręczyła na równi cywilów jak i Niemców.
W pewnych szacunkach lekarze Wehrmachtu zakładali, że jedynie co dwudziesty żołnierz na wyspach normandzkich nadawał się realnie do walki. Dowodzący garnizonem wiceadmirał Friedrich Hüffmeier początkowo mocno zadzierał nosa, ale akt kapitulacji podpisał o pierwszej w nocy z 8 na 9 maja. Tego dnia na wyspę Guernsey, na której stacjonowało niemal 10 tysięcy niemieckich żołnierzy, przybyło ledwie kilkudziesięciu nieuzbrojonych Brytyjczyków, aby przeprowadzić inspekcję sprzętu i zasobów garnizonu. Jednym z pierwszych objawów końca wojny na wyspach normandzkich było przywrócenie lewostronnego ruchu drogowego.
Niemieccy żołnierze powoli szykowali się do pójścia do niewoli, ale wymagająca logistyka morskich operacji przedłużyła tam niemiecką okupację. Pewien brytyjski żołnierz wspominał kuriozalną atmosferę tego dnia, gdy w niemieckiej kwaterze, w niemieckim towarzystwie, odsłuchał przemówienie premiera Wielkiej Brytanii. – Gdy słuchałem Churchilla mówiącego: „Nasze drogie wyspy normandzkie zostały wyzwolone”, bezmyślnie rozejrzałem się dookoła. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że moi więźniowie wciąż byli uzbrojeni w Lugery, Mausery i Beretty, podczas gdy ja byłem bezbronny.
Jednak pojawienie się butelki brandy z napisem „zarezerwowany dla Wehrmachtu” pomogło ukoić moje nerwy. Ale nie każdy brytyjski żołnierz miał przeżyć ten specyficzny dzień 9 maja. Wewnętrzne raporty OKW z końca wojny wskazywały na Norwegię jako jeden z najbardziej spokojnych zakątków Europy. Pomimo pewnych działań norweskiego ruchu oporu, statystycznie dla żołnierza Wehrmachtu służba w Norwegii oznaczała bardzo nikłe ryzyko śmierci.
Pewnie częściowo stąd wynikała niska gotowość niemieckiego garnizonu w Norwegii do dalszego nadstawiania karku. Brytyjczycy na potrzeby rozbrojenia sił niemieckich w Norwegii mieli skierować siły złożone zaledwie z 35 tysięcy żołnierzy. Jednym słowem, na jednego Brytyjczyka miało przypadać dziesięciu Niemców. Ale w pierwszym rzucie w Norwegii mieli pojawić się spadochroniarze z 1.
Dywizji Powietrznodesantowej, tej samej, która została właściwie rozbita w trakcie operacji Market Garden. Teraz przed Czerwonymi Diabłami stanęło ostatnie zadanie: przypilnowanie porządków w okupowanej Norwegii przed przybyciem głównych sił. Pierwszy transport spadochroniarzy planowano na 8 maja, ale wojna przeciągała się nawet tutaj. Kiedy 9 maja spiętrzono lądowania z dwóch dni, doszło do serii tragedii.
Operacje powietrznodesantowe są niebezpieczne nawet bez aktywnie działającego przeciwnika i kilka samolotów transportowych przepadło w trakcie lotu w czasie złej pogody. Do 11 maja doliczono się w sumie 34 zabitych spadochroniarzy i kolejnych sześciu lotników RAF-u. Wszystko to już oficjalnie w czasie pokoju. Pewnie także wielu anglosaskich żołnierzy podzieliłoby ten zdystansowany sąd Williama Lubecka, który twierdził, że wojna skończyła się tylko oficjalnie.
W rzeczywistości przemoc nie mogła zostać zakończona prostą jedną decyzją, nie licząc nawet wszystkich konsekwencji obecności Armii Czerwonej w Europie środkowej i wschodniej. Tak nawet z perspektywy Wehrmachtu wojna w pewnych punktach nie chciała wygasnąć. Przecież na holenderskiej wyspie Texel niemieckie jednostki, złożone również ze spieszonych marynarzy Kriegsmarine, nadal polowały na gruzinów ze zbuntowanego Ostbataillonu. Niemcy pałali chęcią zemsty za potajemne wymordowanie kilkuset kolegów na początku kwietnia i nie uznawali wydarzeń na Texel za część wojny, a raczej właśnie za czyszczenie własnych szeregów.
Gruzini również nie brali jeńców, choć lider tego powstania zginął w potyczce już 26 kwietnia. 9 maja 1945 roku Gruzini w sile około 200 ludzi nadal ukrywali się w dwóch punktach: w rejonie miejscowości De Koog i na północy w regionie De Slufter. Wedle późniejszego kanadyjskiego raportu ostatnie starcia wygasały tam jeszcze do 20 maja. Choć Eric Lee, specjalizujący się w historii Gruzji, autor książki „Night of the Bayonets”, twierdzi, że ostatnią ofiarą był holenderski cywil 17 maja, postrzelony przypadkiem przez gruzińskiego żołnierza.
Ale nie dość tego. Ograniczone walki o Sany toczyły się do 11 maja. W Czechach ostatnie niemieckie jednostki broniły się przed Armią Czerwoną, byle tylko w zamian dostać się w ręce Anglosasów. Pewien porucznik Armii Czerwonej, cytowany wielokrotnie przez Maxa Hastingsa w książce „Armageddon”, wspominał atak przeprowadzony 20 maja przez niemiecki oddział ukrywający się w węgierskich lasach.
– Nasi ludzie opuścili gardę. Sporo ludzi zginęło w ten sposób po tym, jak wszystko miało się już skończyć. Ale tak jak i wojna światowa tylko oficjalnie skończyła się w 1918 roku i przeszła w fazę kolejnych licznych konfliktów, tak i druga wojna światowa była zbyt mocnym wstrząsem, by wszystko mogło się poukładać ot tak po 9 maja. William Lubek trafił bezpiecznie do Kopenhagi, gdzie w porcie już czekali brytyjscy żołnierze.
Ten pierwszy dzień niewoli był specyficzny. Brytyjczycy powierzyli niemieckim oficerom obowiązek utrzymania porządku wśród żołnierzy. – Pozwolili nam nawet nosić broń boczną, wyraźnie nie dbając o to, jak udało nam się ją zachować. Otto Skorzeny w górach zasiedział się długo.
Dopiero 20 maja udał się z oficerami do miasteczka Annaberg, by tam znaleźć amerykańską jednostkę. Siły brytyjskie na wyspach normandzkich przeprowadziły lądowania w dniach od 12 do 17 maja. Przegapiono przy tym kompanię Wehrmachtu z malutkiego archipelagu Mezier, i dopiero 23 maja Niemcy przypadkiem nawiązali kontakt z francuskim rybakiem.


