Weszliśmy na pokład jako goście honorowi, a kilkanaście godzin później siedzieliśmy w ciemności, słysząc tylko chlupot wody i cudze oddechy. Kiedy pierwsze uderzenia w kadłub oznaczyły, że…

Weszliśmy na pokład jako goście honorowi, a kilkanaście godzin później siedzieliśmy w ciemności, słysząc tylko chlupot wody i cudze oddechy. Kiedy pierwsze uderzenia w kadłub oznaczyły, że...

Kapitan Herbert rozejrzał się po raz ostatni i zamknął właz kiosku. Wydał rozkaz zanurzenia. Prawie natychmiast wszyscy zrozumieli, że coś poszło nie tak – wskaźniki głębokości pokazywały, że okręt tonie znacznie szybciej, niż zakładano. Wydano rozkazy, by opróżnić zbiorniki balastowe i wypłynąć na powierzchnię.

Thumbnail

Pomimo to statek nadal szybko opadał. Woda wdzierała się do tylnych przedziałów, obciążając rufę. To na niej K13 osiadł na dnie zatoki Gareloch. W środku zostało uwięzionych 48 ludzi.

Na pokładzie tego dnia znajdowało się wielu obserwatorów i szacownych gości, w tym Percy Archibald Hillhouse, konstruktor okrętowy. To dzięki jego relacji, spisanej po latach, znamy szczegóły tego koszmaru – zamknięcia w podwodnej trumnie. Po uszczelnieniu grodzi okręt podzielił się na dwie części: zalaną i niezalaną. Pogodzono się natychmiast ze śmiercią wszystkich w części rufowej.

Ci, którzy przeżyli, nie wierzyli w pozytywny scenariusz. Pan Hepworth podszedł do Hillhouse’a i powiedział:
– To wygląda na koniec. Hillhouse odpowiedział tylko:
– Obawiam się, że tak jest. Łączność z powierzchnią została zerwana.

Dookoła była tylko stal, woda i wszechogarniająca ciemność. Światło elektryczne wciąż działało, ale ujawniało jedynie grozę sytuacji. Czterdzieści osiem osób stłoczono w niewielkiej, zagraconej przyrządami przestrzeni. Hillhouse wyliczył, że początkowo każdy miał tyle tlenu, by przy braku wysiłku przeżyć około piętnastu godzin.

Dzięki kontrolowanej wymianie powietrza z zalanymi przedziałami udało się wywalczyć znacznie więcej czasu. Sam proces duszenia się miał koszmarne niuanse. Wraz ze zużywaniem tlenu w powietrzu rosło stężenie dwutlenku węgla. Najpierw pojawiała się trudność w oddychaniu, potem każdy oddech stawał się bolesny.

Równocześnie dochodziło do intelektualnego regresu – upośledzeniu ulegała umiejętność logicznego myślenia i trzeźwej oceny sytuacji. Hillhouse opisywał stan uwięzionych:
– Niektórzy oddychali tylko z wielką trudnością, odczuwając ból. Wielu uważało, że stanie jest najłatwiejszą pozycją, podczas gdy nasz pilot, kapitan Duncan, niemal cały czas chodził tam i z powrotem po sterowni, jakby wciąż dowodził na mostku nawodnego statku. Zdecydowana większość była mniej lub bardziej bezwładna i apatyczna.

Kładła się gdziekolwiek, półśpiąca, półprzytomna, oddychając w męczarniach. Kilka przezornych dusz odkryło, że pod stołem jadalnym rzadziej się je depcze. Rankiem następnego dnia, po szesnastu godzinach, okrętowi ratowniczemu HMS E50 udało się nawiązać kontakt z uwięzionymi. Użyto alfabetu Morse’a, wybijanego bezpośrednio na kadłubie.

Hillhouse wspominał:
– Około ósmej rano usłyszeliśmy ciężkie tąpnięcia i stukanie na zewnątrz kadłuba, ale byliśmy tak odurzeni złym powietrzem, że spotkało się to z niemal obojętnością. Świadomość, że pomoc jest na wyciągnięcie ręki, nie wzbudziła żadnego entuzjazmu ani okrzyków radości. Operacja ratunkowa, polegająca na uniesieniu dziobu ponad linię wody, pozwoliła wydobyć ludzi dopiero po pięćdziesięciu siedmiu godzinach. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie bliskość bazy marynarki i płytkość akwenu.

Seria wypadków okrętów podwodnych trwała jednak dalej. Sami Brytyjczycy do 1925 roku doliczyli się prawie dwustu ofiar od zakończenia pierwszej wojny światowej. Jeden z polityków grzmiał, że okręt podwodny to śmiercionośna maszyna, która zdradziecko niszczy tych, którzy jej używają, i zadaje powolne tortury. Wizja tortury uwięzienia na dnie akwenu trafiła do powszechnej świadomości po kolejnym wypadku.

Siedemnastego grudnia amerykański okręt S-4 wynurzył się około półtora kilometra od brzegu, nieopodal Provincetown w Massachusetts. Wody przybrzeżne patrolował wówczas niszczyciel Paulding. Doszło do przypadkowego zderzenia. S-4 nie miał szans i poszedł na dno, osiadając na głębokości około trzydziestu metrów.

Scenariusz powtarzał się. Część załogi zginęła na miejscu, reszta utknęła w przednim przedziale torpedowym. Szybka reakcja służb i bliskość wybrzeża dawały jednak realną szansę na ratunek. Po dwudziestu dwóch godzinach pierwsi nurkowie dotarli do wraku.

Nurek Tom Eadie uderzył kilkakrotnie młotkiem w kadłub. W odpowiedzi usłyszał tąpnięcia – część załogi wciąż żyła. Dzięki oscylatorowi Fessendena, zainstalowanemu na trałowcu Falcon, nawiązano komunikację z uwięzionymi. Ustalono sposób przekazywania uderzeń na kod Morse’a.

Zapisy tej szarpanej rozmowy do dziś budzą grozę. Falcon pytał:
– Czy ulatnia się gaz? S-4 odpowiedział:
– Nie, ale powietrze jest złe. – Ilu was jest?

– Sześciu. Pospieszcie się, proszę. Sześciu podwodniaków tkwiło w przedziale torpedowym, do którego powoli wdzierała się woda o temperaturze zaledwie dwóch stopni Celsjusza. Nie mieli światła, powietrze się kończyło, a każdy oddech sprawiał ból.

Jedyne dźwięki to chlupotanie wody i dziwne odgłosy morza, wcześniej zagłuszane pracą maszyn. Gazety opisywały warunki panujące na dole. Przedział przesiąkł przenikliwym chłodem. Zimno szybko przenikało przez stalowe ściany, a sześciu wciąż żyjących mężczyzn marzło do szpiku kości.

Osiemnastego grudnia o 23:31 ekipa ratunkowa pytała, czy poziom wody się podnosi. – Powoli – odpowiedziano. – Pospieszcie się. Trzydzieści jeden minut później zapytano, czy mają światło.

– Nie mamy światła. Powietrze jest bardzo złe. Tymczasem na powierzchni wszystko szło nie tak. Pogoda się pogarszała.

Jeden z nurków niemal przypłacił życiem podłączanie przewodu z powietrzem do przedziału torpedowego. Został odratowany przez Toma Eadiego, który za swoje poświęcenie otrzymał później Medal Honoru. Przewód z powietrzem udało się podpiąć, ale uwięzieni twierdzili, że przecieka. Nie wszystko było jeszcze stracone – w przedziale znajdował się dodatkowy zapas powietrza w systemach napędowych torped.

Komunikację przejął inny okręt podwodny, S-8. Nadawano coraz więcej sygnałów, by upewnić się, że uwięzieni wciąż żyją, i podtrzymać ich morale. Dziewiętnastego grudnia o szóstej rano S-8 zapytał:
– Jak wysoko sięga woda? – Woda ma osiemnaście cali głębokości.

Powietrze jest bardzo złe. Uwięzieni nie pytani o to, wciąż podkreślali, że powietrze się kończy. Ten ponury komunikat – „powietrze jest złe” – powracał z głębin wielokrotnie. O 9:38 zapytano:
– Butla z tlenem pusta.

Możecie kilka wysłać? Na pokładzie Falcona starano się oszacować, ile powietrza zostało szóstce ludzi. Komunikacja zmieniała jednak charakter – stawała się niemal pożegnalna. O 12:50 S-8 poprosił o podanie nazwisk.

Z głębin odpowiedziano:
– Fitch, Short, Grabfelder, Pelmer, Nisnek, Stevens. Po południu odpowiedzi dochodziły coraz rzadziej i były coraz krótsze. O 17:45 S-8 przekonywał:
– Jest jeszcze nadzieja. Czy dostałeś ostatnią wiadomość?

W odpowiedzi zanotowano uderzenia, które nie układały się w sensowny komunikat. Radio-telegrafista na S-8 usłyszał w słuchawkach jedynie odgłos szurania czymś po kadłubie. Potem głębiny zamilkły. Wcześniej szacowano, że powietrza wystarczy do końca dnia dziewiętnastego grudnia.

Akcja ratunkowa wciąż trwała – na miejsce kierowano najnowocześniejszy sprzęt, w tym wielkie pontony, którymi planowano unieść wrak. Nic z tego nie wychodziło. Sztorm nie ustawał i uniemożliwiał przeprowadzenie jakiegokolwiek planu ewakuacji. Dwudziestego grudnia o 6:20 rano z dołu zabrzmiały serie uderzeń.

S-8 zapytał, czy wszystko w porządku. Z dna morza przyszło potwierdzenie – trzy uderzenia. Tak, wszystko było w porządku. W ciągu kolejnych dwudziestu czterech godzin warunki poprawiły się na tyle, że możliwa stała się operacja wymiany powietrza w przedziale torpedowym.

Na podstawie próbek pobranych z wnętrza ustalono, że stężenie dwutlenku węgla sięgnęło siedmiu procent. Uznano, że wszyscy na dole stracili już przytomność, ale istniał cień szansy, że przy poprawie jakości powietrza ktoś się obudzi. W ciągu dwunastu godzin stężenie dwutlenku węgla obniżono do dwóch procent, a po dwudziestu czterech – do pół procenta. Nikt jednak nie odzyskał przytomności.

S-4 milczał. Operację podniesienia wraku przeprowadzono dopiero wczesną wiosną. Dziewiętnastego marca 1928 roku okręt wydobyto na powierzchnię. W oczy rzucała się potężna rana przecinająca kadłub prostopadle – efekt uderzenia, które doprowadziło do zatonięcia.

Inspektorzy, którzy zbadali wrak, stanęli przed trudną prawdą. Część załogi w innych przedziałach również przetrwała zderzenie. Podwodniacy rozstawili tam coś na kształt namiotów, zapewne dla resztek prywatności. Zapasy żywności zostały splądrowane, a na jednej z grodzi zauważono ślady uderzeń – w ten sposób komunikowano się z szóstką uwięzioną w przedziale torpedowym.

W samym przedziale odnaleziono sześciu zmarłych, miejsce, w którym wybijano sygnały, oraz użyte do tego narzędzie – klucz nasadowy. Oznaczało to, że uwięzieni byli świadkami gaśnięcia kolegów po drugiej stronie. Wizja wymierania przedział po przedziale. Przy jednym z ciał znaleziono karteczkę z prośbą o odesłanie zwłok na adres w mieście Omaha w Nebrasce.

W cynowym pudełeczku odnaleziono pięćdziesiąt dwa dolary i ważne dokumenty, w tym dowody ubezpieczenia. Dołączono notkę: „W wypadku mojej śmierci proszę o wysłanie zawartości pudełka do mojej matki”. Inspektorów szczególnie zaniepokoiły jednak pewne szczegóły. Pogarszająca się jakość powietrza prowadzi do dezorientacji i upośledzenia oceny sytuacji.

Uwięzieni nie wykorzystali wszystkich rezerw tlenu. Co gorsza, nieprawidłowo oceniali stan przewodu, którym ratownicy dostarczali powietrze – przewód wcale nie był uszkodzony. Prawdopodobnie przy jego otwarciu wylało się trochę zassanej wody i uwięzieni, w obawie przed zalaniem, przedwcześnie uznali, że w ten sposób wpuszczą wodę do środka. Wniosek był tylko jeden: ludzie uwięzieni na dnie oceanu z czasem stają się coraz mniej wiarygodnym źródłem informacji.

Przypadek S-4 przyspieszył opracowanie metod ratowania załóg okrętów podwodnych. Analiza niemal nienaruszonego wraku pozwoliła nakreślić najczarniejsze scenariusze śmierci setek podwodniaków w przypadku konfliktu. Śmierć nie była ani gwałtowna, ani krwawa – była wielką torturą wygasania i intelektualnego otumanienia. Benjamin Bryant, dowódca HMS Sealion, wspominał swój najgorszy patrol w 1940 roku, gdy przez wiele godzin nie mógł wynurzyć się i przewietrzyć okrętu bez ryzyka zniszczenia przez niemieckie lotnictwo.

Godziny dłużyły się, wszyscy odczuwali bóle głowy. Sen był niemożliwy, ciało zimne i wilgotne. – Zawsze wyobrażałem sobie, że jeśli ktoś utknie na okręcie podwodnym i zabraknie mu powietrza, zapadnie w odrętwiającą drzemkę i po prostu się nie obudzi. Wygląda na to, że tak nie jest.

Nie da się spać. Weterani drugiej wojny światowej wielokrotnie opisywali wpływ złego powietrza na podejmowanie decyzji podczas ewakuacji. Dziewiętnastego lipca 1941 roku HMS Perseus został staranowany przez sojuszniczy okręt i osiadł na głębokości około osiemnastu metrów. Ta niewielka głębokość pozwoliła na częściowo skuteczną ewakuację, ale proces wymagał użycia specjalnego luku ratunkowego mieszczącego jedną osobę.

Wyrównanie ciśnienia wydłużało ceremonię do około pięciu minut na człowieka. Na dole czekało siedemnaście osób. Gdy na pokładzie zostało ostatnich czterech ludzi, trzech nagle uznało, że lepiej zostać i poczekać do następnego dnia. Czwarty zachował resztki przytomności i zmusił pozostałych do opuszczenia wraku.

To otumanienie było cichym mordercą. Piątego lipca 1943 roku Brytyjczycy wydobyli wrak HMS Untamed, który kilka tygodni wcześniej zatonął w tajemniczych okolicznościach podczas manewrów w zatoce Firth of Clyde. Inspektorzy szukali odpowiedzi, dlaczego nikt z załogi nie wykorzystał nowoczesnych mechanizmów ewakuacyjnych. Okręt osiadł na głębokości czterdziestu pięciu metrów, a podczas akcji ratunkowej nadano sygnał: „Pomoc nadciąga.

Ewakuujcie się natychmiast”. Po inspekcji wyszło na jaw, że do przecieku doszło z powodu wady produkcyjnej. Dalsze działania załogi stanowiły jednak dowód wpływu zatrutego powietrza na racjonalne myślenie. Zamiast ewakuować się, ludzie godzinami próbowali najpierw zatrzymać przeciek.

Przy lukach ratunkowych wada konstrukcyjna zaworu spowodowała zamieszanie – wskaźnik pokazywał nieprawidłowe ustawienie, a oficer, widząc brak efektu, nie spróbował przełączyć na drugą opcję. Zamiast tego załoga traciła kolejne godziny, próbując samodzielnie doprowadzić wodę do luku. Komisja uznała, że seria wad okrętu była nie do przyjęcia, ale kilka błędnych decyzji podjętych pod presją i w warunkach zatrucia dwutlenkiem węgla ostatecznie pogrzebało szansę na uratowanie załogi. Po wojnie Amerykanie przeanalizowali statystyki strat wśród podwodniaków, którzy przeżyli moment zniszczenia okrętu.

Dane były wstrząsające: aż osiemdziesiąt sześć procent z nich ostatecznie zginęło, mimo wprowadzenia po katastrofach z lat dwudziestych licznych metod ewakuacji. Jednocześnie ci, którym udało się wydostać z okrętu, ponieśli straty na poziomie dziesięciu procent. Okazało się też, że dzięki rozszerzaniu się powietrza w płucach podczas wynurzania, marynarze bez specjalnych przyrządów mieli porównywalne szanse na przeżycie z tymi wyposażonymi w sprzęt. Zalecono używanie aparatów oddechowych jeszcze w trakcie ewakuacji, aby zachować jasność myślenia.

Po katastrofie Kurska w 2000 roku świat przypomniał sobie o grozie służby podwodniaków. Wśród ostatnich zapisków uwięzionych marynarzy znaleziono notkę:
„Jest zbyt ciemno, ale spróbuję pisać po omacku. Chyba nie ma szans. 10–20 procent.

Mamy nadzieję, że ktoś to jednak przeczyta. Poniżej jest lista ludzi z załogi innych przedziałów, którzy zgromadzili się w dziewiątym i będą próbowali wyjść. Pozdrowienia dla wszystkich. Nie trzeba rozpaczać”.

To rosyjskie dowództwo zachowywało się jednak tak, jakby ktoś odciął mu dopływ tlenu. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.