Sierpień 1938 roku. Hitler wydaje rozkaz, który definiuje, czym są formacje SS-Verfügungstruppe, czyli SS-VT. Czytamy w nim wprost: nie są częścią Wehrmachtu ani policji, lecz uzbrojoną jednostką pozostającą do dyspozycji führera. Członkowie mają być ochotnikami, wybieranymi według standardów ustalonych dla NSDAP i Schutzstaffel.

Zastrzeżenie jest jednak takie, że w razie potrzeby można sięgnąć po młodszych, nawet jeśli ci wówczas jeszcze nie mogli nosić tej nazwy. Heinrich Himmler, niepozorny okularnik, chorowity marzyciel o karierze wojskowej, w latach dwudziestych sprawdził się nie jako urzędnik, lecz jako agitator. To na prowincji widział przyszłość silnych Niemiec. I to on miał urzeczywistniać rasowe i polityczne ideały partii.
SS miało być wyznacznikiem nazistowskiego ideału – w tym ideału antychrześcijańskiego. Podczas gdy żołnierze Wehrmachtu wciąż nosili na paskach napis „Bóg z nami”, SS pod opieką Himmlera miało pokazywać prawdziwą przyszłość Rzeszy. Na początku rekrutacja rzeczywiście opierała się na ostrych standardach. Ochotnik musiał mieć ukończone 17 lat, ale nie więcej niż 22.
Wzrost minimalny 172 centymetry, choć do pułku Leibstandarte wystarczało 170. Trzeba było wykazać się aryjskim rodowodem sięgającym 1800 roku, mieć dobry wzrok, wyleczone zęby i niekaralność. Niepełnoletni chłopcy musieli dodatkowo przedstawić zgodę rodziców. Zgodnie z koncepcją Himmlera rekrutacja opierała się przede wszystkim na terenach wiejskich – to tam szukano silnych mężczyzn przyzwyczajonych do ciężkiej pracy fizycznej, których SS miało przekuć w najlepszych wojowników „zakonu SS”.
Tyle że te wysokie progi bardzo szybko zaczęły się sypać. W 1937 roku Himmler chwalił się, że tylko piętnaście procent chętnych dostaje się do Waffen-SS. Trzy lata później, w sierpniu 1940, okazało się, że formacja nie może się rozwijać bez zarzucenia własnych standardów. Za proces powiększania kadr odpowiadał Gottlob Berger i to on doszedł do wniosku, że jedyną drogą rozwoju jest sięgnięcie po ludzi, których Wehrmacht po prostu nie chciał.
Już wtedy znaczna część Waffen-SS składała się z Austriaków, a nie Niemców. Jedne dane wskazują, że wiosną 1940 roku na 125 tysięcy żołnierzy Waffen-SS aż 40 tysięcy pochodziło spoza terytorium dawnej Republiki Weimarskiej. Berger postanowił sięgnąć po rekrutów z niemieckich mniejszości poza granicami Rzeszy. Skutek był natychmiastowy – Theodor Eicke, dowodzący dywizją Totenkopf, narzekał wprost: „Większość młodych mężczyzn, których mi wysyłasz, to przestępcy, rasowo nieodpowiedni, niezdolni do dyscypliny i niegodni munduru SS”.
We wrześniu Himmler precyzyjnie określił cztery grupy, z których miała składać się przyszła populacja Niemiec. Szczególnie interesująca dla SS była grupa „etnicznych Niemców” – potomków niemieckich kolonizatorów z Europy Środkowej i Wschodniej, których nieraz trzeba było na nowo germanizować. W ten sposób wyparowały wszelkie złudzenia co do rasowej wyższości żołnierzy Waffen-SS. Poluzowanie standardów bywało wręcz śmieszne.
W Belgii Himmler początkowo uznawał za Aryjczyków jedynie Flamandów. Ochotniczy Legion Waloński pod wodzą Leona Degrelle’a został podporządkowany Wehrmachtowi, bo nie spełniał wysokich rasowych wymogów. Dopiero na przełomie 1942 i 1943 roku SS uznało Walonów za przedstawicieli rasy germańskiej i latem 1943 roku legion trafił pod skrzydła SS jako Brygada Szturmowa SS „Wallonien”. Pod presją nazizm okazywał się szalenie elastycznym światopoglądem.
Rosnące straty na froncie wschodnim zmuszały do szukania kolejnych rezerw. W 1941 roku w ataku na Związek Radziecki wzięło udział około czterech milionów żołnierzy państw Osi, z czego Waffen-SS liczyło wówczas 160 tysięcy. Nawet przy tak realnie niewielkim wkładzie ludzkim szybko wyszło na jaw, że o elitarności całej formacji nie może być mowy. Najgorsze dywizje SS ponosiły ciężkie straty z powodu braku doświadczenia, a najlepsze musiały być rzucane do walki na wyniszczenie z przeciwnikiem, który nie chciał odpuścić.
Straty były tak duże, że SS zaczęło rezygnować nie tylko z rasowych standardów, ale i z szeroko pojętej ochotniczości. Rzesza zbudowała skomplikowaną siatkę paramilitarnych struktur. Jednym z poważniejszych elementów była Służba Pracy Rzeszy – Reichsarbeitsdienst, w skrócie RAD. W latach trzydziestych pomagała walczyć z bezrobociem i przygotowywała młodych Niemców do służby wojskowej.
Mężczyźni w wieku 18 lat odbywali przymusową półroczną służbę. Himmler żywo zainteresował się tym rezerwuarem sił. Początkowo SS korzystało z wyjątku, na który zgodził się Robert Ley – młodzieńcy między 18 a 20 rokiem życia mogli otrzymać zwolnienie ze służby w RAD, jeśli zgłosili się na ochotnika do Waffen-SS na co najmniej cztery i pół roku. Berger prowadził wśród nich szeroką akcję propagandową.
Plakaty wzywały młodzież z Hitlerjugend i mężczyzn z RAD do wstępowania w szeregi SS. Fotorelacje z frontu ukazywały kapitalne wyposażenie i nowoczesność formacji. Efekt wśród nieco starszych odbiorców był rozczarowujący. Akcja trafiła przede wszystkim do bardzo młodych chłopców, wychowanych już w mundurkach Hitlerjugend.
Część kandydatów stawała przed komisją mając ledwie szesnaście, siedemnaście lat. Sprawą zainteresowało się naczelne dowództwo Wehrmachtu, zaniepokojone, czy SS nie uderza do chłopców przed osiągnięciem wieku poborowego, podkopując tym samym rekrutację do armii. W lutym 1942 roku Hitler pozwolił Himmlerowi złamać jedną z zasad z 1938 roku – od tej pory młodzi członkowie Hitlerjugend mogli zaciągać się do Waffen-SS już bez zgody rodziców. W 1943 roku doszło do dalszego rozwodnienia zasad.
W wyniku porozumienia z RAD komisje SS ruszyły na łowy do obozów pracy, aby zdobyć 35 tysięcy rekrutów w ciągu zaledwie dwóch tygodni. Przebieg tej rekrutacji był szybki i bezprecedensowy. Uznaje się, że tysiące młodych Niemców zostało po prostu siłą wcielonych do Waffen-SS. Sprawa dotarła aż do kwatery głównej Hitlera.
Martin Bormann opisywał zapłakanych młodzieńców, którym wpychano długopisy do rąk i grożono, że odmowa będzie traktowana jak zdrada. Rodzice składali skargi. Himmler ten nowy narybek nazwał „mimowolnymi ochotnikami”. Raporty Bergera wskazywały, że aż czterdzieści procent tych przymusowych rekrutów nie nadawało się do jednostek bojowych.
Wielu z nich należało do kościołów chrześcijańskich, co przeczyło koncepcji neopogaństwa. Naczelne dowództwo Wehrmachtu żądało oficjalnego śledztwa, ale SS było już na tym etapie nie do ruszenia. Równolegle trwała rekrutacja „etnicznych Niemców” spoza granic Rzeszy. Pod koniec 1943 roku w Waffen-SS znalazło się między innymi 54 tysiące Niemców z Rumunii, 22 tysiące z Węgier, 18 tysięcy z Chorwacji, 5 tysięcy ze Słowacji i 1300 z Północnego Szlezwiku.
Większość z nich nie była ochotnikami, lecz podlegała nowym prawom obowiązkowej służby w niemieckim mundurze. Ci mężczyźni trafiali do SS tylko dlatego, że Himmler poza granicami kraju miał realnie więcej możliwości niż w Rzeszy, gdzie przepływ rekruta kontrolowały struktury Wehrmachtu. Kluczowa zmiana nastąpiła po zamachu na Hitlera z 20 lipca 1944 roku. Uprzedzenia führera wobec oficerów Wehrmachtu znalazły namacalne potwierdzenie.
Struktury rekrutacyjne SS stopniowo mieszano ze strukturami armii. SS miało otrzymywać nawet do dwudziestu procent poborowych i ochotników, którzy zgłaszali się do służby w Wehrmachcie. Tym samym pod koniec wojny trudno w ogóle mówić o Waffen-SS jako o formacji ochotników. Cios w mit ochotniczości miał swoje konsekwencje – przymusowa służba w SS odpowiada za tysiące ponurych historii ludzi, którzy po wojnie z automatu traktowani byli jako nazistowscy fanatycy.
Podczas gdy żołnierze Wehrmachtu, nieraz nie mniej brutalni, mogli pozycjonować się jako „normalni żołnierze”. Im bliżej maja 1945 roku, tym ścieżki Wehrmachtu i Waffen-SS coraz bardziej się plątały. Ale ten rozdział pokazuje też, że SS nie miało przez lata aż takiej siły przebicia, aby skutecznie podkopać system poboru – przynajmniej nie do 1944 roku. Rekruterzy SS i sam Himmler musieli uciekać się do sztuczek, aby obchodzić oryginalne założenia z lat trzydziestych.
Ta słabość w walce o rekruta przekładała się również na słabość technologiczną. Czy dywizje SS były naprawdę traktowane lepiej niż dywizje Wehrmachtu? To jedno z najczęściej powtarzanych wyobrażeń – żołnierz Waffen-SS miał być nowocześnie uzbrojony, zmotoryzowany, używał kamuflażu, a dywizje pancerne SS otrzymywały więcej czołgów i priorytet w testowaniu nowinek. Prawda jest znacznie bardziej skomplikowana.
Przede wszystkim Waffen-SS przez lata pełniło rolę podległą naczelnemu dowództwu Wehrmachtu, przynajmniej na froncie. Jednostki SS-VT miały mieć strukturę dokładnie taką samą jak jednostki armii. W warunkach bojowych miały podlegać OKW, a tylko w przypadku użycia wewnątrz kraju ogólnemu SS i szefowi policji. Rozwój jednostek bojowych SS przyspieszył dopiero po kampanii wrześniowej.
To, co mogło robić wrażenie, to szybkie przyjęcie kamuflażu. Waffen-SS samodzielnie pracowało nad własnym wzorem już od 1935 roku, wprowadzając system dwustronnych materiałów – z jednej strony zielony wzór letni, z drugiej brązowy jesienny. Wehrmacht pracował nad swoim wzorem od 1931 roku, ale powszechnie wprowadził go dopiero w 1940. W kwestii uzbrojenia piechoty sprawy wyglądały jednak zupełnie inaczej.
Ofiarowie SS przywiązywali dużą wagę do mocniejszego nasycenia jednostek pistoletami maszynowymi, ale nie byli w stanie zdobyć odpowiednich przydziałów MP38 i MP40. Jeszcze w czasie kampanii we Francji żołnierze Waffen-SS korzystali ze starszych typów – przede wszystkim MP28 i MP35. SS stało się też głównym odbiorcą sprzętu przejmowanego od przeciwnika. Bardzo często używano MG26 zamiast MG34 – a pod tym oznaczeniem krył się po prostu czechosłowacki karabin ZB26, prekursor brytyjskiego BREN-a.
Korzystano też z czeskich karabinów. Ta broń była niezła, ale pokazuje, że SS musiało omijać oficjalne kanały dystrybucji, by dozbroić nowe jednostki. Zabiegi SS szły tak daleko, że Himmler starał się budować osobiste kontakty z ministrem uzbrojenia Fritzem Todtem, aby otrzymać priorytet w dostawach. W zamian oferował dostęp do taniej siły roboczej z obozów koncentracyjnych.
Dostarczył między innymi przymusowych robotników do fabryki Volkswagena prowadzonej przez Ferdinanda Porsche, w zamian za co ten obiecał dostarczenie dywizjom SS pływających samochodów. Himmler ciągle szukał sposobu, jak bez pomocy OKW szybciej zmotoryzować SS. Za każdym razem, gdy te intrygi wychodziły na jaw, były hamowane – przez OKW, ale też przez nowego ministra uzbrojenia, Alberta Speera, prywatnego przyjaciela Hitlera. To Speer ostatecznie decydował o priorytetach w uzbrojeniu i wielokrotnie bezpośrednio hamował zapędy SS.
Trudno też obronić mit preferencyjnego traktowania dywizji pancernych SS. Jeśli przyjrzymy się, gdzie trafiały nowe czołgi – od 1942 roku tygrysy w pierwszym rzucie trafiały do Wehrmachtu, do armii lądowej. Jesienią 1942 roku wzmocniono nimi 503. batalion czołgów ciężkich, liczący w szczytowym momencie 45 maszyn.
W drugim rzucie – do 501. batalionu, znowu armii. SS na swój pierwszy batalion ciężkich czołgów czekało aż do lipca 1943 roku, a i on nie różnił się niczym od armijnych odpowiedników. Elitarna formacja otrzymała czołgi ciężkie znacznie później niż Wehrmacht, a jej oddziały działały dokładnie na tej samej zasadzie.
Podobnie było z panterami. Na potrzeby operacji pod Kurskiem w armii utworzono dwa na wpół samodzielne bataliony czołgów, każdy z 96 panterami. Ostatecznie połączono je w specjalny pułk pancerny, który pochłonął większość dostępnych latem 1943 roku maszyn. Jedynie 1.
Dywizja Pancerna SS Leibstandarte otrzymała wsparcie w postaci pułku pancernego SS z około 70 panterami. Drugi pułk pancerny SS przesiadał się na pantery z opóźnieniem, bo główny rzut 55 czołgów otrzymał dopiero w sierpniu. Już na tym przykładzie widać, że nawet podczas tak późnej bitwy jak Operacja Cytadela dywizje pancerne SS nie były najlepiej uzbrojone. Nawet legendarne Tygrysy Królewskie – Panzer VI w wersji B – latem 1944 roku najpierw trafiły do ciężkich batalionów czołgów armii, a nie SS.
Na froncie zachodnim debiutowały w 503. batalionie czołgów ciężkich, na wschodnim – w 501. Dopiero w 1944 roku Himmler mógł wykorzystać zamieszanie po zamachu na Hitlera. Po 20 lipca został dowódcą Armii Rezerwowej, co oznaczało, że w dużej mierze otrzymał kontrolę nad tyłami machiny wojennej – szkoleniem, zaopatrzeniem i uzupełnieniami.
Dopiero wtedy, podczas ofensywy w Ardenach, 1. Dywizja Pancerna SS otrzymała najwięcej sprzętu spośród wszystkich dostępnych formacji – aż 124 czołgi, w tym 37 Panzer IV, 42 pantery i 45 Tygrysów Królewskich. Dopiero na tak późnym etapie wojny można jednoznacznie stwierdzić, że jakaś jednostka SS została potraktowana lepiej niż jednostki armii. Pytanie, czy SS-mani potrafili tak późno wykorzystać tę przewagę.
A jak było ze skutecznością bojową? Sam początek wojny dla pułków SS był rozczarowujący. Leibstandarte poniósł poważne straty w kampanii polskiej, a oficerowie Wehrmachtu narzekali na nikły wkład SS-manów w przebieg działań. Poważnym ciosem dla prestiżu pułku był fakt, że podczas walk o Pabianice musiał być ratowany przez żołnierzy armii.
Jednostki bojowe SS uchodziły wówczas za „policjantów przebranych w wojskowe mundury”. W kolejnych kampaniach pułk odgrywał rolę podporządkowaną formacjom Wehrmachtu. Himmler wiedział, że rzucenie tak szybko oddziałów SS na front jest rzuceniem ich na front prestiżowy, a nie militarny. Największe sukcesy odnosiły wtedy dywizje Wehrmachtu – to one przecierały szlak przyszłym formacjom SS rozwijanym intensywnie w latach 1941–1942.
Wraz z powiększaniem się Waffen-SS dochodziło do wewnętrznych podziałów. Jednostki takie jak Leibstandarte mogły zbierać doświadczenia. Inne formacje były po prostu chłopcami do bicia. 6.
Dywizja Górska SS już od pierwszych dni operacji Barbarossa ujawniła niski poziom wyszkolenia i została rozbita latem 1941 roku podczas karkołomnej operacji „Srebrny Lis” na dalekiej północy. Najgorsza opinia dotarła do samego Himmlera. Oczywiście to był tylko jeden koniec kija – oddziały SS sprawdzały się też dobrze, zwłaszcza na froncie wschodnim. Trudno jednak nie zauważyć, że nawet największe wyczyny dywizji SS były bardzo zbliżone do wyczynów najlepszych dywizji Wehrmachtu.
Legenda skuteczności Waffen-SS pojawiła się tak naprawdę dopiero w 1943 roku. Wynikało to z wejścia tych formacji w miejsce armijnych dywizji pancernych, które zostały dosłownie wykończone operacjami na froncie wschodnim od czerwca 1941 do zimy 1942 roku. Dywizje SS były przy tym większe od typowych dywizji pancernych armii, średnio o kilka tysięcy żołnierzy, głównie za sprawą dodatkowego pułku grenadierów pancernych. Oznaczało to mocniejsze dywizje, które porównywano jeden do jednego z formacjami nawet o dwadzieścia, trzydzieści procent mniejszymi.
Co ciekawe, to kolejny argument przeciwko mitowi preferencyjnego traktowania SS – dywizje pancerne SS mogły być bardziej liczebne, ale nie otrzymywały więcej ciężarówek ani więcej czołgów. Odbicie Charkowa w 1943 roku propaganda potraktowała szalenie niepoważnie, w czym był też jasny personalny cel Hitlera. Führer miał coraz mniej zaufania do dowódców Wehrmachtu – porażka pod Stalingradem udowodniła, że nawet Paulus nie potrafił walczyć do ostatniego naboju. Dywizje SS coraz częściej stawiano za przykład tego, jak powinny walczyć nazistowskie formacje.
Ale tak naprawdę nawet najlepsze dywizje pancerne SS przechodziły podobny cykl życia jak dywizje pancerne armii. Pod Kurskiem Drugi Korpus Pancerny SS, złożony z trzech topowych dywizji, wdał się w wyniszczającą walkę z przeważającymi siłami przeciwnika. SS-mani mogli chwalić się zadanymi stratami, ale niemieckie pancerne ostrze po prostu się stępiło. W lutym 1944 roku 1.
Dywizja Pancerna SS była już kompletnie wyczerpana. Gdy wiosną starano się doprowadzić ją do porządku, okazało się, że brakuje maszyn, amunicji i ludzi. Na potrzeby Leibstandarte przekierowano do niej dwa tysiące młodych grenadierów ze średnią wieku osiemnastu lat, którzy początkowo mieli trafić do dywizji Hitlerjugend. Elitarna formacja dostawała zastrzyk fanatycznej młodzieży bez żadnego doświadczenia.
Część oficerskich kadr Leibstandarte przekierowano z kolei do nowej 12. Dywizji Pancernej SS Hitlerjugend, która sprawdziła się po raz pierwszy dopiero w Normandii – i tam potwierdziła stereotypowe wyobrażenia o umiejętnościach żołnierzy SS. Dywizja może i udowadniała wytrwałość w obronie, ale ponosiła przy tym nieadekwatnie wysokie straty. Kanadyjska 3.
Dywizja mocno odpłacała młodej nazistowskiej elicie, ale mało kto powiedziałby, że Kanadyjczycy należą do elity sił alianckich. Symbolem zbliżającego się końca wojny były porażki kontrofensyw, w których główną rolę powierzano dywizjom SS. Jeszcze w Normandii, 7 sierpnia 1944 roku, dywizje pancerne Wehrmachtu i Waffen-SS razem starały się przełamać amerykańskie linie pod Mortain. Wbrew pozorom to nie tylko lotnictwo okazało się niebezpieczeństwem dla niemieckich czołgów – 2.
Dywizja Pancerna SS nie potrafiła przełamać oporu nieopierzonej amerykańskiej 30. Dywizji Piechoty na Wzgórzu 314. Po porażce we Francji dywizje SS na Zachodzie mogły cieszyć się tylko takimi sukcesami jak ten w Holandii, gdzie pancerne dywizje SS rozbiły alianckich spadochroniarzy, którzy nigdy nie mieli stawać do długotrwałej walki z niemieckimi czołgami. W czasie walk w Ardenach to właśnie dywizje SS – w tym 1.
i 12. Dywizja Pancerna – miały poprowadzić atak na północnym odcinku frontu. Uzbrojone po zęby formacje nie potrafiły złamać oporu przede wszystkim niepozornej, niedoświadczonej amerykańskiej 99. Dywizji Piechoty.
Dywizje SS nie osiągnęły swoich celów nawet wtedy, gdy dysponowały pod sam koniec wojny lepszymi czołgami. Elitarne dywizje SS spotkał ten sam los co wcześniej elitarne dywizje Wehrmachtu – musiały poczuć na sobie gniew Hitlera po kolejnej nieudanej kontrofensywie na Węgrzech w marcu 1945 roku. Goebbels pozostawił bardzo kwaśny wpis: „Nasze formacje SS spisywały się tu marnie. Również Leibstandarte nie jest już tym samym oddziałem, gdyż poległo dowództwo i żołnierze.
Oddział nosi jedynie nominalnie to honorowe nazwisko. Führer zdecydował, że formacje SS mają zostać przykładnie ukarane”. Z jego upoważnienia na Węgry poleciał Himmler, aby odebrać tym formacjom prawo do noszenia pasków na rękawach. Historia elity SS to prawdziwy rollercoaster.
Na początku była to niewielka, rasowo dobrana gwardia, która odstawała od nawet przeciętnych jednostek armii. Doprowadzenie dywizji pancernych SS do najwyższej skuteczności w 1943 roku przeprowadzono ogromnym kosztem – i faktycznie w odpowiednim momencie wypadały one świetnie na tle typowych dywizji piechoty. Ale z czasem to okienko wybitnej skuteczności się zamknęło. Wraz z rozrostem Waffen-SS coraz trudniej mówić o jakimś SS-mańskim monolicie.
Elitarność została rozmyta przez szeroką akcję rekrutacyjną. Poziom rekruta spadał nie tylko w jednostkach cudzoziemskich, ale nawet w tych, które Himmler traktował jako niemieckie. Na samych szczytach władzy zdawano sobie z tego sprawę. Jeden z niemieckich oficerów podsumował ten paradoks wprost: „To sytuacja wojenna.
Ci żołnierze mogliby równie dobrze nosić mundur Wehrmachtu, wszystko jedno. Jak do nas trafiają, są tylko środkiem prowadzącym do celu. Po wojnie odbierzemy im mundur”. Tak ostatecznie rozpuszczała się koncepcja elitarnej gwardii, rozwadnianej już od 1940 roku.
Trudno nie zgodzić się z żołnierzami Wehrmachtu, którzy kolegów z Waffen-SS w 1944 roku uważali za nadgorliwych i zbyt pewnych siebie – zbyt pewnych tego, co widzieli na propagandowych plakatach. Ale Waffen-SS doczekało się mitologizacji także w oczach innych niemieckich żołnierzy, którzy dopatrywali się w jednostkach SS czegoś wyjątkowego. Ostatecznie historia ta była znacznie bardziej skomplikowana. Pod koniec wojny formacje Waffen-SS i Wehrmachtu były do siebie szalenie podobne – technicznie i ideologicznie.
A te krzyżujące się ścieżki to temat na zupełnie inną opowieść.


