Siedziałam przy stole w kuchni, gdy w radiu powiedzieli, że ktoś, kogo znałam, zostanie powieszony publicznie na wzgórzu w Gdańsku. Przed sądem stała kobieta, która codziennie biła dzieci, a potem…

Siedziałam przy stole w kuchni, gdy w radiu powiedzieli, że ktoś, kogo znałam, zostanie powieszony publicznie na wzgórzu w Gdańsku. Przed sądem stała kobieta, która codziennie biła dzieci, a potem...

1 września 1939 roku nazistowskie Niemcy napadły na Polskę, rozpoczynając II wojnę światową. Polska armia została pokonana, a niemal natychmiast po klęsce władze okupacyjne wprowadziły starannie zaplanowany system represji. Z domów wywlekano nauczycieli, księży, urzędników i działaczy społecznych. Znikali w więzieniach, obozach albo ginęli rozstrzelani.

Thumbnail

Machina terroru opierała się na sile policyjnej, ideologii rasowej i zorganizowanej przemocy. Jednym z jej pierwszych skutków było otwarcie obozu koncentracyjnego w pobliżu Gdańska, na południowym wybrzeżu Morza Bałtyckiego. Niemcy uruchomili go 2 września 1939 roku, zaledwie dzień po wybuchu wojny. Nazwali go Stutthof.

W kolejnych latach strażnicy torturowali, głodzili i mordowali w nim dziesiątki tysięcy niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci. Po wojnie jedenastu odpowiedzialnych za tę zbrodnię stanęło przed sądem i zostało publicznie powieszonych przed tłumem liczącym niemal 200 000 osób. Egzekucję zapamiętano ze względu na jej brutalność. Obóz powstał w ramach nazistowskiego planu zniszczenia polskiego społeczeństwa, a później eksterminacji europejskich Żydów.

Początkowo miał służyć jako miejsce internowania cywilów, ale szybko przekształcił się w pełnoprawny obóz koncentracyjny pod kontrolą SS, nazistowskich oddziałów paramilitarnych odpowiedzialnych między innymi za pilnowanie obozów i egzekwowanie polityki rasowej. Więźniowie zostali zmuszeni do samodzielnego zbudowania obozu. Wycinali drzewa, stawiali baraki i otaczali teren drutem kolczastym. Od pierwszego dnia przemoc była tutaj codziennością.

Strażnicy bili więźniów za zbyt wolne poruszanie się, za rozmowy albo bez żadnego powodu. Głód, choroby i wyczerpanie stały się ich nieodłącznymi towarzyszami. Wraz z eskalacją działań wojennych obóz się rozrastał. Do 1942 roku Stutthof został w pełni włączony do nazistowskiego systemu obozów koncentracyjnych oraz niemieckiej gospodarki wojennej.

Więźniowie pracowali przymusowo w warsztatach, fabrykach, rolnictwie i przy produkcji zbrojeniowej. Ci, którzy stawali się zbyt słabi, byli usuwani. Jednych rozstrzeliwano, innym wstrzykiwano śmiercionośny fenol prosto w serce. Od 1944 roku w obozie zaczęto korzystać z komory gazowej.

W Stutthofie zamordowano tysiące ludzi, w tym kobiety i dzieci. W przepełnionych barakach szalały epidemie tyfusu, a sytuację pogarszało celowe zaniedbanie i odmowa udzielenia pomocy medycznej. Ocaleni opisywali później ciała układane w stosy jak drewno na opał oraz chorych zostawianych na podłodze na pewną śmierć. Strażnicy, którzy rządzili tym systemem, nie byli kimś odległym.

Byli obecni każdego dnia, siejąc terror własnymi rękami i bronią. Brutalność w Stutthofie nie ograniczała się do chwil egzekucji czy selekcji decydujących o tym, kto przeżyje, a kto trafi do komory gazowej. Wpisana była w codzienną rutynę obozowego życia. Więźniów poddawano nieustannym upokorzeniom, mającym zniszczyć ich poczucie godności i tożsamości.

Apele trwały godzinami, niezależnie od pogody. Więźniowie musieli stać w bezruchu, podczas gdy strażnicy bili tych, którzy się poruszali, upadali albo próbowali wspierać się nawzajem. Kary miały charakter zbiorowy. Jeśli jednego więźnia oskarżono o wykroczenie, grupy osadzonych bito lub pozbawiano jedzenia.

Fizyczne tortury stosowano powszechnie. Więźniów bito kijami, gumowymi pałkami i kolbami karabinów. Bicie trwało tak długo, że dochodziło do złamań kości lub utraty przytomności. Strażnicy kopali więźniów ciężkimi butami i wykorzystywali psy do zastraszania i atakowania.

Niektórych wieszano za ręce związane z tyłu i pozostawiano w tej pozycji na wiele godzin, co powodowało ogromny ból i trwałe obrażenia. Innych zmuszano do czołgania się po błocie, jednocześnie ich bijąc. Głód używano również jako broni. Racje żywnościowe były celowo niewystarczające i niskiej jakości.

Chleb mieszano z trocinami i innymi wypełniaczami. Zupa często składała się z brudnej wody z resztkami zgniłych warzyw. Więźniowie walczyli o jedzenie i byli bici za próby kradzieży lub dzielenia się nim z innymi. Głód osłabiał organizmy i uniemożliwiał opór.

Wielu umierało powoli, chudnąc tak bardzo, że nie byli już w stanie stać podczas apelów. Zaniedbania medyczne miały charakter systematyczny. Obózowa izba chorych nie była miejscem leczenia, tylko miejscem śmierci. Chorym odmawiano opieki albo badano ich wyłącznie po to, by ustalić, czy nadają się do pracy.

Osoby uznane za bezużyteczne zabijano zastrzykiem fenolu do serca, bez uprzedzenia. Ofiary padały w ciągu kilku sekund, a ich ciała natychmiast usuwano. Innych zostawiano bez opieki, aż dopadła ich choroba lub wyczerpanie. Jeden z ocalałych wspominał, że jego matka, która urodziła dziecko w obozie, została zmuszona do patrzenia, jak jej noworodek trafia do pieca krematoryjnego.

Ta systematyczna brutalność nie wynikała z chaosu ani z indywidualnych ekscesów. Była efektem funkcjonowania systemu obozowego, którego celem było fizyczne i psychiczne zniszczenie ludzi. Strażników szkolono tak, by postrzegali więźniów jako wrogów, pasożytów lub przedmioty. Przemoc była nagradzana, a miłosierdzie karane.

W 1945 roku, gdy III Rzesza upadała, SS próbowało zlikwidować obóz poprzez ewakuację. 25 stycznia 1945 roku komendant Stutthofu, SS-Obersturmbannführer Paul Werner Hoppe, wydał rozkaz ewakuacji. W pierwszej fazie około 11 600 więźniów zmuszono do opuszczenia obozu głównego i wyruszenia w marsz śmierci na zachód, z dala od nadciągającej Armii Czerwonej. Po tym wydarzeniu w obozie pozostało jeszcze 33 948 osób, w tym 11 863 w samym Stutthofie i 22 085 w obozach satelitarnych.

Podczas marszu SS zmuszało więźniów do tworzenia kolumn liczących od 1000 do 1500 osób, oddalonych od siebie o około 7 kilometrów. Każdą grupę nadzorowało mniej więcej 40 strażników. Więźniowie, którzy nie nadążali, byli rozstrzeliwani na miejscu. Marsze odbywały się w głębokim śniegu i przenikliwym zimnie, przy niemal całkowitym braku pożywienia.

Planowano, że potrwają 7 dni. Tym, którzy przetrwali brutalne warunki i okrucieństwo strażników, zajęło to 10 dni. 31 stycznia 1945 roku doszło do masakry w Palmnicken. Około 3000 żydowskich więźniów ze Stutthofu zapędzono nad Morze Bałtyckie i rozstrzelano z broni maszynowej – w wodzie lub na dziedzińcu fabryki bursztynu w Palmnicken, dzisiejszym rosyjskim Jantarnym w obwodzie kaliningradzkim.

Uważa się, że masakrę przeżyło jedynie około 15 osób. Przez system obozów Stutthof przeszło ponad 100 000 osób. Co najmniej 60 000 z nich zginęło w wyniku zagazowania, głodu, chorób, egzekucji, przymusowej pracy i marszów ewakuacyjnych. Gdy 9 maja 1945 roku żołnierze radzieccy wkroczyli w końcu do Stutthofu, znaleźli jedynie garstkę ocalałych ukrywających się wśród ruin.

Po wojnie niemal natychmiast rozpoczęto dochodzenie. Polskie i radzieckie komisje zbierały dowody oraz zeznania ocalałych. W kwietniu 1946 roku w Gdańsku rozpoczął się pierwszy proces załogi Stutthofu. Na ławie oskarżonych zasiedli byli strażnicy – zarówno mężczyźni, jak i kobiety – oskarżeni o zbrodnie przeciwko ludzkości.

Świadkowie opisywali pobicia, zabójstwa i selekcje do komór gazowych. Zachowanie niektórych oskarżonych zszokowało obserwatorów. Wśród oskarżonych znalazła się Jenny-Wanda Barkmann, strażniczka w Stutthofie, znana z bicia więźniów, w tym dzieci, niektórych nawet na śmierć – gołymi rękami i batem. Podczas procesu mało przejmowała się własnym losem, bardziej dbała o wygląd.

Codziennie nosiła modne ubrania i zmieniała fryzurę, podobno flirtując ze strażnikami więziennymi. Kolejną oskarżoną była Wanda Klaff, która zasłynęła w Stutthofie z brutalnego traktowania więźniów. Bez powodu biła i kopała ich tak długo, aż leżeli nieruchomo. Kiedy była w szczególnie złym humorze, topiła więźniarki w błocie albo zabijała je pałką.

Podczas procesu powiedziała: „Jestem bardzo inteligentna i byłam bardzo oddana swojej pracy w obozach. Codziennie biłam co najmniej dwóch więźniów”. Była chyba jedyną osobą, która uważała się wtedy za inteligentną. Na ławie oskarżonych zasiadła też Elisabeth Becker.

Biła dzieci i ich matki, a następnie bez cienia skruchy wysyłała je do komory gazowej. Kolejną strażniczką była Ewa Paradies, która w mroźną zimę często kazała grupie więźniarek rozebrać się i stać na śniegu. Potem polewała nagie kobiety zimną wodą, a gdy się poruszały, biła je. Wśród oskarżonych znaleźli się również kapo – Polacy, którzy zostali aresztowani w czasie wojny, osadzeni w obozie, a następnie służyli Niemcom i prześladowali własnych rodaków.

Jednym z kapo w pierwszym procesie załogi Stutthofu był Wacław Kozłowski, z zawodu rzeźnik i weteran, który w 1939 roku walczył w obronie Gdyni przeciwko Niemcom. W Stutthofie bez skrupułów mordował cywilów, przemierzając wszystkie podobozy z przenośną szubienicą, a następnie każąc sobie grać na akordeonie żałobne melodie. 31 maja 1946 roku ogłoszono wyroki. Jedenastu oskarżonych skazano na śmierć przez powieszenie.

Wśród nich znalazło się pięć strażniczek: Jenny-Wanda Barkmann, Elisabeth Becker, Wanda Klaff, Ewa Paradies i Gerda Steinhoff. Skazano także komendanta strażników Johanna Paulsa oraz pięciu polskich kapo: Jana Breita, Tadeusza Kopczyńskiego, Józefa Reyera, Wacława Kozłowskiego i Franciszka Szopińskiego. Ich nazwiska stały się symbolami okrucieństwa panującego w obozie. Dopiero gdy rzeczywistość stała się nieunikniona, część z nich załamała się, płacząc i błagając o litość.

Było jednak zbyt późno. Egzekucję przeprowadzono publicznie 4 lipca 1946 roku na Biskupiej Górce, wzgórzu w Gdańsku. Była to jedna z nielicznych publicznych egzekucji nazistowskich zbrodniarzy wojennych w powojennej Polsce. Gazety zapowiadały wydarzenie z kilkudniowym wyprzedzeniem.

Pracodawcy udzielili pracownikom wolnego, a pociągi i autobusy przywoziły ludzi z całego regionu. Późnym popołudniem zgromadził się ogromny tłum liczący około 200 000 osób. Wielu z nich to byli więźniowie obozu w Stutthofie. Dokładnie o 17:00 przyjechało 11 otwartych ciężarówek, każda wiozła skazanego ze związanymi rękami i nogami.

Byli więźniowie Stutthofu, ubrani w pasiaste mundury obozowe, zgłosili się na ochotników do roli katów. Na szyjach skazanych zawiązano proste pętle z lin. Zastosowano metodę powieszenia z krótkim spadkiem, która nie powodowała złamania karku. Gdy ciężarówki podjeżdżały jedna po drugiej, każdy skazany pozostawał zawieszony na końcu liny, walcząc o życie.

Śmierć przez uduszenie nadchodziła powoli i trwała od 10 do 20 minut w przypadku każdego z jedenastu skazanych. Świadkowie opowiadali później o ciałach, które wyginały się i drżały w czymś, co nazywali tańcem na linie. Gdy ostatnie ciało zwiotczało, tłum ruszył do przodu. Ludzie rozrywali ubrania, kopali zwłoki i próbowali zabrać fragmenty odzieży na pamiątkę egzekucji.

Siły bezpieczeństwa w końcu oczyściły miejsce i usunęły ciała. Spektakl grozy miał również niepokojące skutki uboczne. Niektóre dzieci zaczęły wieszać swoje zabawki, a zdarzył się nawet przypadek, w którym dziecko powiesiło rówieśnika po obejrzeniu publicznej egzekucji. Egzekucja strażników Stutthofu nie cofnęła cierpień, jakie zadali.

Ale po upadku systemu, który dawał im władzę, stała się momentem, w którym ci, którzy rządzili terrorem, zostali zmuszeni zmierzyć się z jego konsekwencjami.