W 1978 roku pewien amerykański weteran powiedział: „Umarłem w Wietnamie, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem”. Nazywał się Paul Ruan, miał zaledwie 28 lat i właśnie zdiagnozowano u niego raka trzustki. Zmarł 14 grudnia 1978 roku. Według rodziny choroba nowotworowa była wynikiem kontaktu z substancją znaną powszechnie jako Agent Orange, czyli „środek pomarańczowy”.

Była to część tak zwanych tęczowych herbicydów, których Amerykanie używali w Wietnamie. W ramach tej „tęczy” powstało siedem mieszanek chemicznych, ale to właśnie środek pomarańczowy przeszedł do historii wojny chemicznej. Co kryły te groźnie wyglądające, oznaczone na pomarańczowo beczki pełne ciemnobrązowej mazi? I jak amerykański rząd przez długie lata ukrywał, że truł własnych żołnierzy?
Zacznijmy od początku. Amerykański rząd, jeszcze za kadencji prezydenta Kennedy’ego, był żywo zainteresowany sytuacją w Wietnamie Południowym. W 1961 roku, po rozmowach z dyktatorem Sajgonu Ngô Đình Diệmem, skłonił się ku opcji wytoczenia wojny dosłownie dżungli. Wietnamska prowincja, z dala od rządowych placówek, wydawała się przerażająca – gruba warstwa liści skrywała partyzantów.
Amerykanie już podczas II wojny światowej rozważali użycie herbicydów na froncie pacyficznym, ale dopiero doświadczenia brytyjskie potwierdziły skuteczność tych środków. W 1960 roku zwycięstwem sił brytyjskich zakończyło się powstanie malajskie. Brytyjczycy stosowali taktyki, które miały pozbawić partyzantów oparcia w prowincji – jedną z nich było rozpylanie substancji chemicznych powodujących obumieranie roślin i zrzucanie liści przez drzewa. Na bazie tych doświadczeń Amerykanie uznali, że w Wietnamie należy powtórzyć wszystkie kroki Brytyjczyków.
Przede wszystkim zniszczyć roślinność, co miało utrudnić działania partyzantów, ale też pozbawić ich żywności poprzez atakowanie terenów uprawnych. Przy okazji liczono się z tym, że chłopi dotknięci destrukcją środowiska będą musieli uciec na tereny kontrolowane przez rząd sajgoński. Do bazy lotniczej Tân Sơn Nhất dotarła pierwsza dostawa amerykańskich herbicydów. Był to wielce symboliczny ruch, bo między 1961 a 1962 rokiem liczba amerykańskich żołnierzy i konsultantów w Wietnamie Południowym wzrosła z 3000 do 11 000.
Już na tym etapie dochodziło do pierwszych przypadków ukrywania faktów przed opinią publiczną. Początkowo przedstawiano rolę Amerykanów jako ledwie doradczą. Na pokład każdego samolotu brano Wietnamczyka, jakoby akcje były szkoleniowe i prowadzone rękami Wietnamu Południowego. W rzeczywistości Amerykanie już od początku 1962 roku obok bombardowań prowadzili operacje regularnego niszczenia roślinności, nazwane operacją Ranch Hand.
Zlecenia rządowe na produkcję potrzebnych specyfików otrzymało aż dziewięć ogromnych firm chemicznych. W dłuższej perspektywie chodziło między innymi o wypryskanie na Wietnam Południowy około 41 milionów kilogramów, czyli 41 000 ton samego Agent Orange. Rząd federalny mocno dofinansował też chociażby Uniwersytet Pensylwanii, który w 1962 roku otrzymał 25 milionów dolarów dofinansowania i rozpoczął specjalistyczne badania chemiczne pokrywające się z zainteresowaniem rządu środkami do wojny chemicznej. Cała koncepcja użycia tych środków opierała się jednak na ważnym rozróżnieniu.
Herbicydy w Wietnamie miały być narzędziami, ale nie miały być bronią. W planach środki roślinobójcze nie miały być szkodliwe dla ludzi – przynajmniej nie bezpośrednio i nie przy użytych zakładanych ilościach na hektar. Po co to rozróżnienie między bronią a środkiem? Oczywiście wsparcie rozwoju broni chemicznej i jej użycie mogło kojarzyć się bardzo źle w kontekście I i II wojny światowej, zwłaszcza że w 1925 roku Stany Zjednoczone podpisały Protokół Genewski zakazujący użycia gazów oraz broni chemicznej i biologicznej.
Amerykanie chwalili się jednak, że nowe technologie zapewnią wojnę bez śmierci. Rządowe kontrakty i dofinansowania oznaczały jedno – zarówno chemiczni potentaci, jak i akademickie autorytety zarabiały krocie na wojnie w Wietnamie. Firma Dow Chemical w 1958 roku miała 53 miliony dolarów zysku, w 1965 – 100 milionów, a w 1970 – 150 milionów. W Wietnamie stopniowo wprowadzano kolejne mieszanki.
Coraz częściej używano wersji pomarańczowej, w składzie bardzo zbliżonej do fioletowej. Co znalazło się w środku tych beczek? Kwas 2,4-dichlorofenoksyoctowy i kwas 2,4,5-trichlorofenoksyoctowy. W Niemczech już w 1956 i 1957 roku chemicy zanotowali dwa ważne odkrycia.
W trakcie produkcji kwasu 2,4,5-T powstawała substancja nazwana TCDD, a właściwie dioksyna. Była to dioksyna o bardzo dużej toksyczności. Po jej przebadaniu wyszło na jaw, że to ona może odpowiadać za dziwne objawy u pracowników zakładów chemicznych – przede wszystkim tak zwany trądzik chlorowy, czyli uszkodzenia skóry twarzy. Do tego dochodziły przypadki uszkodzenia wątroby, zapalenia trzustki i ogólne zmniejszenie odporności na choroby.
Pierwsze takie przypadki opisywano już w 1949 roku. Po II wojnie światowej herbicydów używano nie tylko do ochrony upraw, ale też rozpylano je w miastach, aby zniszczyć między innymi ambrozję. W gazetach pisano entuzjastycznie o „operacji Ambrozja”, obiecując koniec szkodliwych pyłków w powietrzu. 27 września 1962 roku do księgarń trafiła książka „Silent Spring” Rachel Carson.
Badaczka przedstawiała w niej bardzo zły wpływ pestycydu DDT na środowisko naturalne, w tym populację ptaków – stąd „cicha wiosna” bez śpiewających ptaków. Carson ukazywała też wzrost zachorowań na raka i niebezpieczeństwa nadużywania takich substancji. Szczególnym wątkiem w książce było trzymanie się przez rząd zasady, że jeden funt substancji DDT na jeden akr jest nieszkodliwy. Carson udowadniała jednak, że kolejne pryskania nasycają glebę i prowadzą do akumulacji toksyn.
W tym czasie w najlepsze trwała już operacja Ranch Hand. Najbardziej powszechną formą było spryskiwanie terenu przez samoloty i śmigłowce, ale też wykorzystywano natrysk instalowany na pojazdach opancerzonych i łodziach. Od początku zakładano bardzo precyzyjne wykorzystanie herbicydów, ale praktyka była kompletnie inna. Chmura substancji zachowywała się różnie w zależności od terenu, wiatru i temperatury.
Mimo to na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się działać prawidłowo. Pewien pilot biorący udział w akcjach wspominał: „Kiedy po sześciu tygodniach powracaliśmy nad spryskany obszar, był on całkowicie pozbawiony liści”. Raporty wskazywały, że widoczność z powietrza na wybranych terenach wzrastała o 90–95 procent. Ta akcja musiała się jednak wiązać z wyzwaniami wizerunkowymi.
Blok komunistyczny błyskawicznie wykorzystał temat rozpylania substancji chemicznych w swojej antyamerykańskiej propagandzie. Głosy nadchodziły też od wewnątrz. Na przełomie 1962 i 1963 roku filozof Bertrand Russell wdał się w ciągnącą się miesiącami polemikę na łamach „New York Timesa”, zwracając uwagę między innymi na zbrodniczy charakter wojny poprzez użycie napalmu i broni chemicznej. Amerykanie faktycznie długo uznawali te środki za nieszkodliwe dla ludzi i w efekcie pryskali nimi też okolice swoich baz.
Choć początkowo mogli truć swoich żołnierzy nieumyślnie, z czasem pojawiły się bardzo niepokojące badania. W czerwcu 1966 roku amerykański Narodowy Instytut Raka otrzymał kluczowy raport. Potomstwo samic myszy wystawionych na działanie kwasu 2,4,5-T miało znacznie podwyższone ryzyko wad wrodzonych. W przypadku szczurów, przy większych dawkach substancji, potomstwo po prostu rodziło się martwe.
Przedstawiciele instytutu natychmiast powiadomili administrację federalną o ryzyku. Dowiedzieli się też producenci chemikaliów. Ale raport został schowany w głębokiej szufladzie. Zakładano, że w normalnych warunkach, w trakcie pieczołowitego procesu przygotowywania kwasu 2,4,5-T, można było otrzymać dość czystą substancję ze stężeniem dioksyny na poziomie zaledwie 0,05 części na milion.
Wzrastające zapotrzebowanie wojska oznaczało jednak konieczność obniżania standardów produkcji. Dopiero później wyszło na jaw, że niektóre najgorsze partie Agent Orange miały nawet stężenie 50 części na milion, czyli tysiąc razy groźniejsze. Średnio wynosiło około 2,5 części na milion, czyli 50 razy groźniej niż w najczystszej partii kwasu. Dopiero w 2015 roku opublikowano badania, które udowodniły, że we wnętrzu samolotu biorącego udział w operacji Ranch Hand zbierała się z czasem coraz groźniejsza warstwa dioksyny TCDD.
Na bazie próbek pobranych jeszcze w 1994 roku wyszło na to, że stężenie substancji przekraczało 182 razy przyjęty przez wojsko bezpieczny limit. Wedle tych kalkulacji załogi samolotów mogły mieć nawet dwukrotnie większą szansę na zachorowanie na raka. Przez długie dekady amerykańscy lotnicy wspominali specyficzny chemiczny zapach otaczający samoloty transportowe. Pomimo badań z 1966 roku pryskania trwały w najlepsze.
W 1962 roku dostosowane do akcji samoloty transportowe C-123 przeprowadziły 107 lotów w ramach operacji Ranch Hand. W 1967 roku było to już 1600 lotów. I właśnie w tym roku Bertrand Russell zorganizował tak zwane trybunały zbrodni wojennych w Sztokholmie i Roskilde. Te wydarzenia po części były finansowane przez państwa komunistyczne, ale to w ramach tych obrad japońscy badacze udowadniali destrukcyjny wpływ substancji takich jak 2,4-D na plony.
Japońska delegacja potwierdzała, że tak użyte herbicydy zabijają każdy typ upraw. Trudno było przewidzieć długofalowe efekty na terenach dotkniętych pryskaniem. W 1966 roku amerykańscy studenci ujawnili, czego dotyczą chemiczne projekty chociażby na Uniwersytecie Pensylwanii. Nic dziwnego, że rząd i armia rozpoczęły kontrkampanię propagandową mającą na celu przedstawienie środków chemicznych jako bezpiecznych dla ludzi i zwierząt.
Po południowowietnamskich wioskach rozjechały się specjalne grupy, które organizowały pokazy nakładania niewielkich próbek herbicydów na skórę, aby udowodnić, że nie mają żadnych negatywnych skutków. Ta szarlataneria opierała się na bardzo kontrolowanym sposobie użycia herbicydów. Ale pokazy nie mogły zmienić ogólnego zniechęcenia rolników z Wietnamu Południowego. Do 1967 roku całe regiony zostały wytrute.
Amerykański leśniczy J. Craven, który miał ocenić skutki wykorzystania herbicydów, podsumował: „Poważnym skutkiem ubocznym tych zniszczeń było rozgoryczenie rolników lojalnych wobec rządu Wietnamu Południowego. Wielu stało się zwolennikami Wietkongu”. Podobnie karcące raporty przygotowywali członkowie think tanku RAND, przede wszystkim Daniel Ellsberg.
Zwracał uwagę na to, jak użycie herbicydów faktycznie szkodziło interesom rządu w Sajgonie. U wietnamskich cywilów strach przed zatruciem szedł w parze z przeświadczeniem, że rząd sajgoński jest marionetką Amerykanów. We wrześniu 1967 roku sekretarz obrony Robert McNamara otrzymał list od Dona Price’a, dziekana Harvard Kennedy School i prezydenta Amerykańskiego Towarzystwa Postępu Naukowego. Price apelował o powołanie specjalnej niezależnej komisji, która zbadałaby krótko- i długofalowe skutki wykorzystania środków chemicznych w Wietnamie.
Ten list powędrował do głębokiej szuflady. Komisja nie została powołana. Politycy przygotowali jedynie szablon odpowiedzi dla mediów. Rząd Stanów Zjednoczonych nie uznawał herbicydów za broń przeciwko ludziom, ale jednocześnie podkreślał, że cały program jest nieustannie monitorowany, a użycie prowadzone w bardzo precyzyjny sposób.
Rok 1968 przyniósł zmiany. Stanowisko stracił sekretarz obrony Robert McNamara, a ofensywa Tết długofalowo pozbawiła Amerykanów złudzeń co do sensu obecności w Wietnamie Południowym. Ostatecznie wydano zgodę, aby do Wietnamu udali się amerykańscy naukowcy i zbadali efekt działania herbicydów. W 1969 roku ukazał się raport komisji, która skupiła się na efekcie na środowisko i perspektywach odbudowy ekosystemów.
Raport potwierdzał założenia programu – dżungla w dalszej perspektywie nie zmieni się w sawannę, ale z czasem wróci do naturalnego wyglądu. Czyli co, wiele hałasu o nic? Otóż nie. Latem tego samego roku prezydent Lyndon B.
Johnson otrzymał wyniki innego, bardzo ważnego badania. Było ono ściśle tajne i przeprowadzone przez doktora Marvina Legatora, członka Agencji Żywności i Leków. Raport potwierdzał poprzednie badania – substancja mogła być szalenie niebezpieczna nie tylko dla ludzi wystawionych na działanie dioksyn, ale też, a może przede wszystkim, dla ich potomstwa. Na trop tego raportu wpadł William H.
Haskell, wówczas 25-letni student Harvardu. Po raz kolejny to obywatele musieli wydzierać z rąk władz potargane kartki tajnego raportu. W styczniu 1970 roku ukazał się artykuł Haskella ujawniający, jak amerykański rząd ukrywał przed opinią publiczną prawdę. Świadomość wojskowych i samego prezydenta, że środki chemiczne nie są w pełni bezpieczne dla ludzi i zwierząt, przeczyła całej obranej linii obrony od 1961 roku.
Co nawet bardziej przerażające – mogłoby to oznaczać, że tęczowe herbicydy są właściwie faktycznie bronią i że Stany Zjednoczone świadomie złamały protokół z 1925 roku. Nad koncepcją wojny chemicznej bez jednej śmierci zbierały się czarne chmury. Kolejny potajemny raport ujawnił, że nawet wystawienie myszy na regularne dawki czystego kwasu 2,4,5-T ma negatywny skutek na płody. Dopiero z tą wiedzą Departament Obrony zdecydował się grać rolę spóźnionego gapy, który – gdyby tylko wiedział wcześniej o konsekwencjach – na pewno wycofałby się z używania herbicydów.
W październiku 1969 roku Agent Orange miał być używany już tylko z dala od zamieszkanych miejsc. Wiosną 1970 roku rozpoczęto finalnie wygaszanie operacji Ranch Hand. Ostatni lot przeciwko dżungli miał miejsce w maju tego roku. Atakowano jednak nadal uprawy, które mogły karmić siły partyzanckie.
Faktycznie ostatni raz zgody na lot z herbicydami wydano 31 października 1971 roku. Tak kończyła się historia użycia tęczowych herbicydów na wojnie. Wydawało się, że rząd odrobił lekcję. 10 kwietnia 1972 roku Stany Zjednoczone podpisały konwencję o broni biologicznej, która weszła w życie 26 marca 1975 roku, na miesiąc przed upadkiem Sajgonu.
Niech nie zmyli nas jednak ten nagły przypływ humanitaryzmu. Historia ukrywania skutków ubocznych Agent Orange wcale się nie kończyła. Dioksyna odkładała się w ludzkich organach – zarówno amerykańskich żołnierzy, jak i wietnamskich cywilów z terenów ogarniętych pryskaniem. W latach 70.
rząd i chemiczni potentaci nadal umniejszali znaczenie szkodliwości Agent Orange. W obronie mogli zawsze użyć bardzo szerokich badań na wszystkich weteranach Wietnamu. Przez Wietnam Południowy przewinęło się 2 700 000 Amerykanów, z których większość mogła nigdy nie mieć do czynienia z herbicydami. Do tego różne herbicydy mogły mieć różny efekt, a nawet partie Agent Orange różniły się stężeniem TCDD.
Sama nieregularność przypadków powikłań mogła zostać wykorzystana jako dowód, że toksyczność środków była mocno przesadzona. A jednak była to bomba z opóźnionym zapłonem. Pierwsze odszkodowania wypłacono weteranom po sprawach sądowych na przełomie lat 70. i 80.
Znamienne, że weterani walczący o uznanie, że zostali otruci przez własny rząd, wielokrotnie musieli podsumowywać swoje stanowisko. Jak to miało miejsce w 1981 roku, cytując „New York Timesa”, jeden z weteranów podkreślał: „Nie jesteśmy antyamerykanami”. U dzieci weteranów ostatecznie potwierdzono dwukrotnie zwiększone ryzyko poronienia i dwu-, trzykrotnie większe ryzyko wad rozwojowych i wystąpienia poważnych chorób. W pierwszej połowie lat 80.
sprawa zaczęła wyglądać tak poważnie, że posypał się sojusz rządu i koncernów chemicznych. W 1984 roku firma Dow Chemical, mimo zwiększenia zysków trzykrotnie w czasie wojny w Wietnamie, oficjalnie przerzucała odpowiedzialność na rząd, twierdząc, że to on był świadom skutków zdrowotnych użycia Agent Orange. Mimo to w tym samym roku korporacja zgodziła się przekazać 180 milionów dolarów na rzecz poszkodowanych weteranów. Dzisiaj na stronie Dow znajdziemy informację, że firma została przymuszona przez rząd do produkcji herbicydów.
Dzięki wynikom sądowych batalii dzisiaj organizacje rządowe, takie jak Departament do spraw Weteranów, wyliczają choroby, za które przysługują weteranom Wietnamu dodatkowe świadczenia: rak pęcherza, przewlekła białaczka limfatyczna, cukrzyca typu 2, chłoniak Hodgkina, niedoczynność tarczycy, choroba Parkinsona, rak prostaty, rak płuc i wiele innych. Nie oznaczało to jednak, że rząd odpuszczał obronę kolejnych bastionów. Agencje federalne opierały się w dużej mierze na działalności takich ludzi jak doktor Alvin L. Young.
Był to poważny lobbysta i wielki obrońca herbicydów, który uznawał wręcz, że atak na Agent Orange jest sprytnym sposobem na wyciągnięcie odszkodowań od państwa. Sprawa może wydawać się stara, ale jeszcze w 2004 roku doktor Young napisał artykuł naukowy, do którego badania zostały sfinansowane przez dwóch chemicznych potentatów – Dow i Monsanto. Badania miały ostatecznie ukazywać nieszkodliwość herbicydów, przynajmniej jeśli mowa o amerykańskich żołnierzach. Przez kolejne 10 lat wielokrotnie sam cytował swoje badania, ignorując dziesiątki prac, które powstały od 1956 roku.
Dopiero w 2015 roku ostatecznie obalono linię obrony budowaną przez Younga. Badania Narodowej Akademii Medycznej wskazały, że nie tylko załogi samolotów były wystawione na krytycznie wysokie stężenie dioksyny TCDD, ale też członkowie naziemnej obsługi technicznej. Dopiero wtedy Departament do spraw Weteranów uznał roszczenia tych grup i rozpoczął wypłatę kolejnych świadczeń – prawie 45 lat po ostatnich akcjach pryskania. Gra na czas po prostu mogła się opłacać, bo ubywało weteranów wojny w Wietnamie.
Ale amerykański rząd miał jeszcze więcej trupów w szafie. W 2010 roku brytyjski dziennikarz rozpoczął śledztwo w sprawie chemicznego zatrucia Okinawy i szacował, że w wyniku amerykańskich działań związanych z wojną w Wietnamie aż 600 000 osób na wyspach Pacyfiku mogło zostać wystawionych na działanie szkodliwych substancji. Co wręcz groteskowe – Amerykanie niezużyte szkodliwe substancje zakopywali na terenie między innymi Okinawy. Niegdyś Japonia uniknęła ataku chemicznego, by teraz być podstępnie podtruwana.
Wewnętrzne śledztwa Departamentu Obrony z lat 2018–2019 ujawniły, że niby na Okinawie nie mogło dojść do wystawienia weteranów na działanie Agent Orange, ale praktyka mówi coś innego. Weterani wielokrotnie zeznawali, że Agent Orange wyciekał do oceanicznych wód i był transportowany przez okinawskie porty i lotniska. Otrzymywali też odszkodowania za służbę na tej japońskiej wyspie. Tak późne przyznawanie odszkodowań kolejnym grupom weteranów wskazuje na głęboką niechęć rządu do przyznania, jak trujące były substancje wykorzystane w Wietnamie Południowym.
W tej sprawie nadal brakuje domknięcia. Jaki koszt ponieśli mieszkańcy samego Wietnamu Południowego? Zwycięzcy komuniści twierdzili, że około 400 000 osób zmarło w Wietnamie w wyniku chorób i wad wywołanych przez użycie toksycznych herbicydów.
Jeśli amerykańskim weteranom tak trudno było walczyć o swoje prawa, to jakie szanse mieliby obywatele kraju, który wpadł w orbitę wpływów komunizmu?


