W nocy z 6 na 7 grudnia 1942 roku Werner Henke, kapitan U-Boota U-515, wydał rozkaz ataku na pojedynczy statek pasażerski aliantów. SS „Ceramic” płynął z ponad sześciusetoma osobami na pokładzie, a sztormowa pogoda czyniła go łatwym celem dla doświadczonej załogi. Niemcy jednak nie spodziewali się, co zobaczą po trafieniu. Setki ludzi walczyło w czarnej wodzie o życie, a jednego z nich wyłowiono pospiesznie, tylko po to, by zdobyć informacje.

Tym jedynym ocalałym okazał się Eric Monday, saper brytyjskich marines. Reszta utonęła. Rozkaz, który zmienił wszystko, wydano jednak znacznie wcześniej. 17 września 1942 roku Karl Dönitz, dowódca Kriegsmarine, ogłosił, że należy zaprzestać wszelkich prób ratowania rozbitków z zatopionych statków.
Nie wolno było wyławiać ludzi z wody, stawiać przewróconych łodzi ratunkowych ani przekazywać żywności i wody. „Musimy być twardzi na tej wojnie” – brzmiał rozkaz. Jednak zanim wojna podwodna stała się tak bezwzględna, istniały zasady, które wydawały się sensowne. Po traumie I wojny światowej, gdy niemieckie U-Booty zatapiały cywilne statki bez ostrzeżenia, zwycięskie mocarstwa postanowiły uregulować te kwestie.
W 1930 roku Wielka Brytania, USA, Francja, Japonia i Włochy podpisały traktat londyński, który miał ograniczyć zbrojenia morskie. Najważniejszy był jednak zapis o wojnie podwodnej. Okręty podwodne, tak jak nawodne, miały przestrzegać prawa pryzowego — zatapiać statki handlowe dopiero po przeszukaniu i zapewnieniu bezpieczeństwa załogom. Zasady były jednak tak nieprecyzyjne, że aż śmieszne.
Co jeśli statek pasażerski przewoził żołnierzy? Co jeśli handlowiec utrzymywał wroga przy życiu? Pytania mnożyły się, a odpowiedzi nie było. 18 czerwca 1935 roku II Rzesza podpisała układ morski z Wielką Brytanią.
Oficjalnie ograniczono rozwój Kriegsmarine do 35% tonażu floty brytyjskiej, a dla okrętów podwodnych limit wyniósł 45%. Nie był to jednak przejaw dobrej woli. Wszystkie potęgi wierzyły, że w dobie radia i lotnictwa U-Booty nie zdołają podejść niezauważenie do większych celów. Bezpieczeństwo floty cywilnej miała zapewnić zgoda Niemców na zakaz nieograniczonej wojny podwodnej.
Hitler wtedy wierzył w sojusz z Anglią, więc rozwój marynarki widział w wielkich okrętach, nie w podwodnych drapieżnikach. Jednak U-Booty powstawały, a w 1938 roku Niemcy zdecydowali o budowie 249 okrętów. Kontradmirał Werner Föringer ostrzegał jednak, że blokada Anglii przez U-Booty ma małe szanse powodzenia, a angażowanie w nią cennych załóg byłoby nieodpowiedzialne. Oficerowie Kriegsmarine zakładali więc ścisłe trzymanie się prawa pryzowego.
To stało się wręcz elementem ich tożsamości – marynarka miała być inna niż lotnictwo czy wojska lądowe. Nawet Goebbels powtarzał: „Mamy narodowo-socjalistyczne lotnictwo, pruskie wojska lądowe i cesarską marynarkę”. Gdy wybuchła wojna, początkowo te złudzenia mogły trwać. 5 września 1939 roku kapitan Herbert Schultze dowodzący U-48 zatopił brytyjski statek „Royal Sceptre”, ale zorganizował ratunek dla rozbitków, przekazując ich innej brytyjskiej jednostce.
Wysłał nawet wiadomość radiową do Churchilla z pozycją zatopienia, by pierwszy lord mógł uratować załogę. Zginęła tylko jedna osoba z 33 członków. Jednak już 3 września U-30 przypadkowo zatopił statek pasażerski „Athenia”, zabijając 118 osób, w tym 28 Amerykanów. To był wizerunkowy cios, więc dowództwo zakazało atakowania statków pasażerskich.
Dopiero później pozwolono atakować te z mniej niż 120 osobami na pokładzie. Zasady dosłownie pływały. 7 września Günter Prien z U-47 zaatakował brytyjski frachtowiec „Gartavon”. Według Niemców załoga ustawiła maszynerię, by statek staranował U-Boota.
Prien zapewnił rozbitkom zaopatrzenie, ale odmówił nadania radiowego komunikatu o pomoc. Mimo to widać było, że w pierwszym miesiącu wojny kapitanowie wierzyli, iż ich celem jest niszczenie statków, nie zabijanie ludzi. Gdy Niemcy stracili dwa U-Booty, wszyscy członkowie załóg trafili do niewoli zamiast śmierci. W październiku padli pierwsi zabici podwodniacy, a zasady znów się zaostrzyły.
Od 24 września wolno było atakować statki handlowe, które nadały sygnał alarmowy, ale nadal należało próbować ratować załogę. Jednak na przełomie listopada i grudnia dowódcy otrzymali rozkaz numer 154: „Nie ratujcie nikogo, nie zabierajcie nikogo ze sobą, nie dbajcie o żadne szalupy. Warunki pogodowe i bliskość lądu nie mają znaczenia. Skupcie się na bezpieczeństwie własnego okrętu.
W tej wojnie musimy być bezwzględni”. Sprawa wydawała się jasna, ale kontakt z rozbitkami utrudniał wykonywanie tego rozkazu. Przez cały 1940 rok U-Booty przyłapywano na zaopatrywaniu rozbitków w wodę, jedzenie i papierosy. Nie miejmy jednak złudzeń – straty wśród załóg cywilnych były ogromne.
W 1941 roku ginęło aż 39% brytyjskich marynarzy. To była faza bezradności, która prowadziła do zaostrzenia metod niszczenia U-Bootów. W lipcu 1942 roku Kriegsmarine straciła 12 okrętów podwodnych, a tylko siedem osób przeżyło z 571 marynarzy. Zatopienie U-Boota przeżywał zaledwie 1% załogi.
Te statystyki kontrastowały z niezbyt krwawym początkiem wojny. Dönitz przyznawał, że wojna podwodna stanie się ciężka, bo alianci zdobyli doświadczenie, nowoczesne narzędzia i wiedzę o działaniu Enigmy. A świeże, niedoświadczone niemieckie załogi wypływały na coraz trudniejsze patrole. W tej atmosferze 12 września 1942 roku kapitan Werner Hartenstein dowodzący U-156 namierzył na południowym Atlantyku statek pasażerski „Laconia”, wykorzystywany do transportu wojska.
Śledził go do zmroku, a potem wypuścił dwie torpedy. Obie trafiły. Statek o wyporności niemal 20 000 ton zaczął tonąć, a w wyniku przechyłu stracił wiele łodzi ratunkowych. Setki ludzi znalazło się w wodzie.
Rozpętało się piekło. Hartenstein, wynurzając się, usłyszał wołanie o pomoc po włosku. Laconia przewoziła około 2700 osób, w tym 1800 włoskich jeńców wojennych, pilnowanych między innymi przez polskich żandarmów. Na pokładzie były także kobiety i dzieci.
Jim McLoughlin, Anglik, który znajdował się na pokładzie, tak wspominał chaos: „Hałas był ogłuszający. Zgasły światła i zapadła niesamowita cisza, która trwała może kilka sekund. Wszyscy przepychali się, deptali i przeklinali w ciemnościach, próbując dotrzeć do schodów. Wspiąłem się prosto w górę jak małpa.
Nie było czasu na mówienie. Ludzie chwytali mnie za nogi, ale niektórzy spadali z powrotem w ciemność, krzycząc. Trudno było wyrwać się z uścisku tych wszystkich rąk”. W chaosie zwrócił uwagę na dziwne wybuchy, jakby strzelano fajerwerkami.
To włoscy więźniowie przedarli się na pokład, a polscy strażnicy próbowali utrzymać ich w ryzach, strzelając z broni ręcznej. W tym czasie państwa Osi miały się nieźle. Rommel stał pod El Alamein, a zdobycie Tobruku przykryło wcześniejsze upokorzenia. Włosi służyli na froncie dońskim.
Hartenstein mimo nazwiska nie miał w sobie tyle bezwzględności, by opuścić setki ludzi na otwartym morzu. Wysłał zapytanie do dowództwa: „Co dalej? ” I tak rozpoczęła się wyjątkowa akcja ratunkowa. Dönitz zgodził się wysłać w ten region kolejne siedem U-Bootów, ku oporom Hitlera i Ericha Raedera.
13 września Hartenstein z własnej inicjatywy nadał nieszyfrowany komunikat po angielsku: „Jeśli jakiś statek udzieli pomocy załodze zatopionego statku Laconia, nie będę go atakował, pod warunkiem że sam nie zostanę zaatakowany. Wyłowiłem 193 ludzi”. Najbliższym portem był Freetown w Sierra Leone, ale alianci byli podejrzliwi. Na prośbę Niemców ruszyły jednak okręty Francji Vichy z Gwinei i Dahomeju.
To była akcja kuriozalna na wielu poziomach. Kapitanowie U-Bootów, korzystając z ogromnej odległości od Berlina, ignorowali instrukcje o porzuceniu łodzi ratunkowych. Jim McLoughlin trafił na pokład U-156 i tak opisał Hartensteina: „Z tymi łodziami ratunkowymi będziemy pracować na zmiany. Niektórzy z was wrócą do łodzi, aby tamci mogli wejść na pokład odpocząć.
Tak będziemy działać, dopóki nie przybędą Francuzi. Byłem pod ogromnym wrażeniem. Naprawdę troszczył się o ludzi w łodziach, nawet o wrogów. Wiedział, że są tam kobiety i dzieci”.
Brytyjczycy ostrożnie przygotowali do akcji statek „Empire Haven”. Na wyspie Wniebowstąpienia stacjonowały niewielkie amerykańskie siły lotnicze. To stamtąd miał polecieć bombowiec B-24 Liberator, by eskortować statek ratunkowy. 16 września załoga bombowca zauważyła jednak wynurzony U-Boot z mostkiem przykrytym flagą Czerwonego Krzyża, holujący cztery wypełnione ludźmi łodzie ratunkowe.
Kapitan samolotu zdębiał i poprosił o instrukcje. Odpowiedź brzmiała: zatopić okręt podwodny. Liberator zrzucił bomby, które wywróciły kilka szalup i uszkodziły U-156. Jim McLoughlin wspominał: „Nie mogłem uwierzyć w to, co się działo.
Okręt podwodny podskoczył i zatrząsł się. W uszach mi dzwoniło, a strach niemal mnie dusił. Bombardowano nas. Raus, raus!
– krzyczeli Niemcy. Popychali nas po drabinie. Nie mogłem się szybko poruszać z powodu bólu w nodze, ale dotarłem na górę, a tam był Hartenstein. Nie mogę narażać okrętu – powiedział”.
Hartenstein usunął z pokładu wszystkich rozbitków, pozostawił łodzie ratunkowe i oddalił się. Francuzi uratowali część rozbitków, ale usłyszeli od Włochów o barbarzyństwie aliantów, którzy najpierw nie wypuścili z ładowni setek jeńców, a później zaatakowali okręty ratunkowe. Ostatecznie wyłowili około tysiąca osób– w większości Brytyjczyków, ale też 373 Włochów i 70 Polaków. Amerykanie tymczasem rozkręcili polowanie na U-Booty.
Narzekania niemieckich dowódców ucięła wypowiedź Dönitza: „Podjęcie akcji było błędem. Okręt został wysłany, by ratować włoskich aliantów, a nie Anglików i Polaków”. A jednak w środku brutalnego konfliktu niemieckie dowództwo musiało powtórzyć to, co wydaje się oczywiste. Część kapitanów U-Bootów operowała w bezosobowej wojnie, gdzie sukcesy mierzono tonami wyporności, a nie liczbą ofiar.
Wrzesień 1942 roku przypominał o prawdziwym koszcie każdej celnej torpedy. Kobiety, dzieci, Brytyjczycy, Polacy, Włosi na pokładzie Laconii musieli budzić konsternację. Nic dziwnego, że losy tego statku stały się pretekstem dla Dönitza do przypomnienia zasad. 17 września rozesłał rozkaz znany później jako „Laconia-Befehl”: „Należy zaniechać wszelkich prób ratowania załóg zatopionych statków, a więc również wyławiania ludzi pływających w wodzie i umieszczania ich w łodziach ratunkowych, stawiania przewróconych łodzi, przekazywania rozbitkom żywności i wody.
Ratunek ten sprzeczny jest z elementarnymi zasadami wojny. Ratowanie rozbitków może mieć miejsce tylko wtedy, jeśli ich zeznania mogą być ważne dla U-Boota. Bądźcie twardzi, pamiętając, że nieprzyjaciel nie troszczy się o kobiety i dzieci w atakach bombowych na niemieckie miasta”. To był argument fałszywy, bo to Niemcy wywołali wojnę i zabijali cywilów od pierwszego dnia.
Ale kapitanowie U-Bootów żyli w swoim świecie. Najdłużej trzymali się niepisanych zasad. W rozkazie o Laconii nie było jednak nic nowego – podobne polecenia padły już w rozkazie numer 154. To właśnie konieczność ich powtórzenia była dowodem, że kapitanowie nie chcieli ich wykonywać w pełni.
Przypadek Laconii stał się jednak pretekstem do nowego fanatyzmu. Nie chodziło już tylko o zatapianie okrętów, ale o zabijanie wrogich marynarzy. Niemcy zdawali sobie sprawę, że sukcesy wojny podwodnej nie zagłodziły Wielkiej Brytanii ani nie pozbawiły zaopatrzenia Związku Radzieckiego. Wojna podwodna stawała się wojną totalną, a przejmowanie się rozbitkami uznano za dziecinadę.
28 września w kancelarii Rzeszy Hitler narzekał Dönitzowi, że zbyt wielu alianckich marynarzy przeżywa zatopienia i wraca do służby. Od tej pory kapitanowie stawali przed dylematem, czy rozkaz mówi tylko o nieratowaniu, czy też o zabijaniu. W grudniu Niemcy szacowali, że zabili około 63 000 cywilnych marynarzy. W kwietniu 1943 roku wywiad przechwycił brytyjski raport, według którego 87% załóg przeżywało zatopienie statku.
Niemiecka komórka wywiadu podkreślała jednak:„Rozkaz podejmowania działań przeciwko łodziom ratunkowym i dryfującym rozbitkom jest psychologicznie nie do przyjęcia dla załóg okrętów podwodnych, bo sprzeczny z najgłębszymi przekonaniami wszystkich marynarzy. Działania te sprowadzą na nas surowe represje ze strony wroga, gdy znajdą się w jego rękach”. Pięknie ujęte, ale nowe pokolenie marynarzy było lepiej przygotowane przez nazizm do wykonywania nawet niepisanych rozkazów. Kapitan Karl-Heinz Möhle jeszcze w lutym 1945 roku przekazywał nowym dowódcom brutalniejsze interpretacje rozkazu.
Być może takie instrukcje doprowadziły kapitana Heinza-Wilhelma Ecka z U-852 do ostrzelania marynarzy z zatopionego statku „Peleus”. Przeżyły tylko trzy osoby, które później zeznawały w procesie. Eck został skazany na karę śmierci. Do dziś losy Peleusa uznaje się za jedyny pewny przypadek tak jawnego pogwałcenia zasad wojny morskiej przez Niemców.
To może być dowód, że etos marynarski przetrwał nawet w tak brutalnej wojnie. Tak jak łatwo było rozkręcić spirale przemocy, tak czasem nielogiczne humanitarne gesty miały długofalowy efekt. Co działo się w głowach Anglików, gdy poznali historię osoby, która przeżyła zatopienie Laconii? „Podano nam gorącą herbatę i kawę, czarny chleb z masłem, sucharki i dżem.
Niemieccy oficerowie oddali nam swoje koje, a wielu członków załogi oddało swoje naszym ludziom i Włochom. Niemcy traktowali nas z życzliwością i szacunkiem. Naprawdę współczuli nam z powodu naszej trudnej sytuacji”. Ilu niemieckich rozbitków przeżyło dzięki takiemu postrzeganiu honorowej wojny morskiej?
Wspólnota losów ludzi morza domyka się symbolicznie w tym filmie. U-156 Hartensteina zatopiono 8 marca 1943 roku. Amerykański bombowiec zrobił porażające zdjęcie kilku Niemców w niewielkiej tratwie na tle bezkresnego oceanu. Na pomoc wysłano niszczyciel USS „Barney”, ale bezskutecznie.
Dopiero 12 marca odwołano operację ratunkową. Gest trzeba odnotować, nawet jeśli nie przyniósł efektu. Losy U-515, od których zaczynaliśmy, również się dopełniły. Okręt uszkodzono 9 kwietnia 1944 roku.
Z 60 osób przeżyło 44, wyłowione przez alianckie niszczyciele. To, że w tak brutalnej wojnie okazywano jakiekolwiek względy, robi wrażenie. Być może sama trudność służby na morzu, wizja śmierci w głębinach, uwięzienia w kadłubie okrętu czy dryfowania w tratwie, pomagała obu stronom zachować się po ludzku. Nie można więc zgodzić się z poglądem, że zasady wojny podwodnej były jedynie utopijną mrzonką.
Nawet w tak brutalnym reżimie podwodniacy długo wierzyli, że prowadzą wojnę przeciwko sprzętowi, a nie ludziom. Echa akcji ratunkowej Laconii utwardzały stanowisko dowództwa, ale też udowadniały, że rozkaz numer 154 nie był przestrzegany w pełni. Żeby nie było zbyt przyjemnie– na Pacyfiku sprawy wyglądały inaczej.
Ale to temat na inną opowieść.


