Niemcy, rok 1933. Gdy naziści przejmują władzę, zaczynają tworzyć obozy koncentracyjne, by więzić i zastraszać wszystkich, których uznają za wrogów państwa. Początkowo trafiają tam głównie przeciwnicy polityczni, ale już 2 września 1939 roku, dzień po wybuchu II wojny światowej, powstaje pierwszy obóz poza granicami Rzeszy – Stutthof. To właśnie tam swoją przerażającą sławę zdobędzie jedna z najbardziej okrutnych strażniczek, Wanda Klaff.

Wanda urodziła się jako Wanda Kalacińska 6 marca 1922 roku w Gdańsku, który należał wtedy do Wolnego Miasta Gdańska. Jej rodzice byli Niemcami, ojciec pracował na kolei. Po ukończeniu szkoły podstawowej w 1938 roku zaczęła pracować w fabryce dżemów, a w 1942 roku wyszła za mąż za Williego Klaffa. Przez pewien czas prowadziła dom i pracowała jako konduktorka tramwajowa.
W 1944 roku sytuacja na froncie zmusza SS do masowej rekrutacji kobiet do pilnowania obozów. Wanda zgłasza się na ochotnika. Najpierw trafia do podobozu Praust, a 5 października 1944 roku do Rusocina. Szybko daje się poznać jako jedna z najbrutalniejszych strażniczek.
Więźniarki wspominały później, że biła i kopała je bez powodu, aż przestawały się ruszać. Gdy miała szczególnie zły humor, potrafiła topić kobiety w błocie albo tłuc je pałką na śmierć. Sama Wanda opisała to później bez cienia skruchy: „Więźniarki były bite po twarzy lub po plecach kijem. Jeśli to nie pomagało, przekazywałam taką więźniarkę SS-Oberscharführerowi, który reagował odpowiednio, bijąc ją łopatą do nieprzytomności”.
Pod jej nadzorem pracowało około trzystu kobiet, które układały tory i naprawiały linie kolejowe. Te, które nie nadążały z ciężką pracą, zgłaszała przełożonemu, a on wysyłał je do głównego obozu w Stutthofie, gdzie czekała śmierć w komorze gazowej. Wanda przyznała później, że sama wyselekcjonowała około stu więźniarek, które poszły na śmierć. Zeznała: „Byłam w Stutthofie przez 16 tygodni.
Po tygodniu dowiedziałam się, że wyselekcjonowane kobiety wysyłano do komór gazowych. Selekcje odbywały się co trzy dni”. W styczniu 1945 roku, gdy front wschodni zbliżał się do obozu, Wanda uciekła. Zamieszkała spokojnie w mieszkaniu rodziców przy ulicy Marynarki Polskiej w Gdańsku.
Nikt nie wiedział, kim była. Aż do 11 czerwca 1945 roku, kiedy to funkcjonariusze służb bezpieczeństwa aresztowali ją właśnie w tym mieszkaniu. Wkrótce potem, przebywając w więzieniu, zachorowała na dur brzuszny. Wyzdrowiała i stanęła przed sądem w pierwszym procesie stutthofskim, który rozpoczął się 25 kwietnia 1946 roku.
Podczas rozprawy ona i jej byłe koleżanki zachowywały się bezczelnie, chichotały i żartowały. Wanda oświadczyła przed sądem: „Jestem bardzo inteligentna i byłam bardzo oddana swojej pracy w obozach. Codziennie biłam co najmniej dwóch więźniów”. 31 maja 1946 roku zapadł wyrok.
Jedenaścioro oskarżonych skazano na śmierć przez powieszenie za zbrodnie przeciwko ludzkości. Wśród nich było pięć kobiet. Cztery z nich – w tym Wanda – płakały i błagały o łaskę. Tylko jedna, Jenny-Wanda Barkmann, zachowała spokój.
Egzekucja odbyła się publicznie 4 lipca 1946 roku na Biskupiej Górce pod Gdańskiem. Była to jedna z zaledwie trzech publicznych egzekucji zbrodniarzy wojennych w powojennej Polsce. Obserwowało ją około dwustu tysięcy ludzi. Przez trzy dni wcześniej gazety podawały datę, zakłady pracy ogłosiły dzień wolny i zapewniły pracownikom transport.
Tłum był tak ogromny, że milicja i wojsko miały trudności z utrzymaniem porządku. W każdej chwili mogło dojść do linczu. 4 lipca był upalny, świeciło słońce. Dokładnie o godzinie siedemnastej jedenaście otwartych ciężarówek przywiozło skazanych.
Każdy miał związane ręce i nogi, a na każdej platformie stał jeden skazaniec – sześciu mężczyzn i pięć kobiet. Ciężarówki podjeżdżały tyłem pod szubienice. Byli więźniowie Stutthofu w pasiastych mundurach zgłosili się na ochotnika jako kaci i zakładali skazańcom na szyje proste pętle ze sznurka. Co ciekawe, Wandę powiesiła kobieta, była więźniarka, a nie mężczyzna.
Egzekucja została zaplanowana tak, by śmierć była długa i męcząca. Pętle nie łamały karków, więc każdy skazaniec dusił się powoli, przez dziesięć do dwudziestu minut. Gdy kolejne ciężarówki odjeżdżały, pozostali mogli patrzeć, co ich czeka za chwilę. Gdy przyszła kolej na Wandę, jej ciężarówka kilkakrotnie nie mogła zapalić silnika.
Wtedy stojąca za nią była więźniarka Stutthofu zepchnęła ją z platformy. Tłum krzyczał: „Za naszych mężów, za nasze dzieci! ”
Gdy ostatni skazaniec przestał żyć, służby bezpieczeństwa wpuściły tłum pod szubienice. Ludzie rzucali się na zwłoki, zrywali guziki, wycinali kawałki materiału, kopali i niszczyli ciała.
Następnie tłum rozpędzono, a ciała przewieziono na Uniwersytet Medyczny w Gdańsku, gdzie miały służyć jako pomoc dydaktyczna podczas zajęć z anatomii. Spektakl odbił się jednak na najmłodszych. Niektóre dzieci po obejrzeniu egzekucji zaczęły wieszać swoje zabawki, a zdarzyły się nawet przypadki, w których jedno dziecko powiesiło drugie.
Tak zakończyła się historia kobiety, która przez kilkanaście tygodni decydowała o życiu i śmierci setek więźniarek.


