Mój dziadek zawsze powtarzał, że wojna w Wietnamie nie była tym, czym Amerykanie mówili, że była. Ale nigdy nie chciał opowiadać więcej. Dopiero gdy przypadkiem znalazłem pamiętnik lekarki z…

Mój dziadek zawsze powtarzał, że wojna w Wietnamie nie była tym, czym Amerykanie mówili, że była. Ale nigdy nie chciał opowiadać więcej. Dopiero gdy przypadkiem znalazłem pamiętnik lekarki z...

Wojna w Wietnamie. Znam ją przede wszystkim z amerykańskich filmów i książek, z perspektywy żołnierzy, którzy walczyli z Vietcongiem. Przez dekady to była jedyna narracja, jaką znałem. Ale gdy zacząłem drążyć temat, zrozumiałem, że to tylko jedna strona medalu.

Thumbnail

Wietkong, którego Amerykanie malowali jako krwiożerczy monolit, w rzeczywistości był strukturą o wielu twarzach, a jego bojownicy mieli motywacje, o których zachodni żołnierze nie mieli pojęcia. Co najważniejsze, Wietkong jako organizacja formalnie nigdy nie istniał. To określenie ukute przez dziennikarzy z Sajgonu, skrót od “wietnamskich komunistów”, który miał zohydzić ruch oporu. Sami bojownicy nazywali siebie po prostu żołnierzami, członkami Frontu Wyzwolenia.

Byli to głównie południowcy, często chłopi, którzy do walki nie potrzebowali marksistowskiej indoktrynacji. Potrzebowali widoku tego, jak żołnierze rządowi palą wioski i mordują ich sąsiadów. Pewna pojmana przez Amerykanów kobieta opowiadała, jak zobaczyła poćwiartowane ciała czterech kadrowych Frontu. Została zaproszona na ich pogrzeb.

Dziadkowie zabraniali jej iść, bo bali się nalotów, ale ona poszła. To był pierwszy raz, kiedy sprzeciwiła się rodzinie, i pierwszy raz, kiedy zdecydowała się dołączyć do ruchu oporu. Inna weteranka mówiła wprost: wrogowie nie doceniali kobiet. Front rozumiał, że południowców nie trzeba nawracać na komunizm, wystarczyło im pokazać niesprawiedliwość, żeby chwycili za broń.

Hanoi, choć wspierało Front finansowo i militarnie, patrzyło na południowców z góry. Północni żołnierze byli entuzjastyczni i zindoktrynowani. Południowcy mieli w sobie fatalizm. Kiedyś jeden z partyzantów powiedział: “Wykładanie mi spraw politycznych jest jak gra na gitarze bawołowi wodnemu”.

Komuniści przez lata akceptowali tę odrębność, bo wiedzieli, że antyrządowy ruch to nie tylko marksiści, ale też intelektualiści, drobni przedsiębiorcy, urzędnicy zniechęceni korupcją. Życie w dżungli nie miało nic wspólnego z heroicznym obrazem z filmów. To była egzystencja ściganych zwierząt. Partyzant miał tylko dwie pary czarnych piżam, moskitierę i kawałek nylonu jako dach.

Racją żywnościową było dwadzieścia kilogramów ryżu miesięcznie, co nie wystarczało na nic. Głód zmuszał do jedzenia małp, psów, a nawet smażonych ćm. Jedna z partylekarek opisywała, jak w ciągu trzech miesięcy jej klinika była atakowana cztery razy. Pytania w jej dzienniku powtarzały się jak modlitwa: kto przeżył, kto umarł, gdzie jesteście?

Ale największym wrogiem nie był amerykański żołnierz, tylko malaria. Nazywano ją “podatkiem od dżungli”. Każdy, kto spędził w lesie rok, spędzał średnio dwa miesiące w szpitalu z wysoką gorączką. Na szlaku Ho Chi Minha, który Wietnamczycy nazywali po prostu “drogą przez góry”, na choroby zginęło więcej ludzi niż od bomb.

Amerykanie sądzili, że Wietnamczycy czują się w górach jak u siebie, ale to był mit. Ci ludzie też pochodzili z nadmorskich równin i delt rzek. Dla nich dżungla była równie obca. Mimo wszystko Front trzymał się dzięki sile politycznej.

Ich strategia była prosta: rewolucja polityczna z użyciem przemocy, ale to front polityczny był najważniejszy. Kiedy Amerykanie zaczęli bombardować, Wietkong wykorzystał to do własnej narracji. Ich przesłanie brzmiało: “Rząd zabije cię, nawet jeśli nie będziesz walczyć, więc równie dobrze możesz walczyć, zanim umrzesz”. Każda nadmierna reakcja Amerykanów i rządu w Sajgonie była dla nich paliwem.

W 1967 roku sytuacja stała się krytyczna. Straty sięgały osiemdziesięciu pięciu procent w niektórych batalionach. Mimo to zapadła decyzja o wielkiej ofensywie. W historiografii znana jest jako ofensywa Tet, ale partyzanci mówili po prostu “Wielka Ofensywa”.

Miała być punktem zwrotnym. Miała pokazać, że nawet najpotężniejsza armia świata nie jest w stanie ich pokonać. Jednak przygotowania trwały zaledwie trzy miesiące, a to było stanowczo za mało na tak skomplikowane przedsięwzięcie. Straty były druzgocące.

Po ofensywie Tet wszystko się posypało. Amerykanie zmienili strategię, a program pacyfikacji zaczął odbierać Wietkongowi teren krok po kroku. Jeden z lokalnych dowódców wspominał to jako najciemniejszy okres wojny. Obszary wyzwolone kurczyły się jak skóra na słońcu.

Dowódcy tracili pewność siebie, żołnierze uciekali. Niektórzy dołączali do rządu w Sajgonie, nie mogąc znieść życia w dżungli. Niektórzy załamywali się psychicznie i trafiali do szpitali. Inni szukali schronienia w Kambodży.

Kiedy amerykańskie bombowce B-52 atakowały, fala uderzeniowa pozbawiała ludzi przytomności w promieniu kilometra. Ci, którzy przeżyli takie bombardowanie, często później patrzyli na życie z filozoficznym spokojem. To była lekcja gotowości na śmierć. Ale nie wszystkich na to stać.

Niektórzy wracali do domu, niektórzy przechodzili na drugą stronę. A ci, którzy zostali, widzieli, jak ich ruch umiera. Pod koniec lat sześćdziesiątych Wietkong stał się cieniem samego siebie. Partyzantka z południa została wykrwawiona.

Na jej miejsce weszła regularna armia północnowietnamska. Wietnam Północny przeznaczał na wojnę coraz więcej zasobów, aż w końcu zdominował cały ruch. Brytyjski dziennikarz pisał w 1975 roku, że rdzenni komuniści z południa odgrywają już tylko niewielką rolę w wojnie. To, co zaczęło się jako rewolucja, stało się konwencjonalną inwazją.

Ironia losu polega na tym, że po zakończeniu wojny wielu byłych bojowników Wietkongu, którzy poświęcili wszystko, czuło rozczarowanie. Nowa rzeczywistość nie spełniła ich oczekiwań. Z czasem niektórzy z nich z nostalgią wspominali wspólne życie w partyzantce. Ich ideały, za które walczyli, zostały zdeptane przez nową władzę, która wywodziła się z północy.

Wojna, którą rozpoczęli jako walka o sprawiedliwość, skończyła się dla nich jako trybik w machinie, która ich pochłonęła.