Wylądowaliśmy na Krecie, a ja wciąż nie mam w rękach nic poza nożem i pistoletem. Mój spadochron RZ1 szarpnął mnie tak, że na kilka sekund straciłem oddech, a potem uderzyłem w ziemię twarzą do…

Wylądowaliśmy na Krecie, a ja wciąż nie mam w rękach nic poza nożem i pistoletem. Mój spadochron RZ1 szarpnął mnie tak, że na kilka sekund straciłem oddech, a potem uderzyłem w ziemię twarzą do...

Niemieccy spadochroniarze mieli wylądować na Krecie jako postrach nieba. Zamiast tego wielu z nich spadło wprost na przygotowane pozycje brytyjskie i nowozelandzkie, bez broni, bez możliwości manewru w powietrzu, zanim jeszcze zdążyli cokolwiek zrobić. Straty były porażające – około 3500 zabitych i zaginionych w ciągu zaledwie trzynastu dni walk. To oznaczało, że elita niemieckich wojsk powietrznodesantowych, formacja, która miała być wzorem nowoczesnej wojny, została całkowicie uziemiona i przekształcona w zwykłą, elitarną lekką piechotę.

Thumbnail

Hitler i dowódca spadochroniarzy Kurt Student nie mogli zaakceptować takiej erozji swoich najlepszych oddziałów. Ale problem nie leżał wyłącznie w taktyce czy w rosnącej liczbie i sile przeciwnika. Problemem była przede wszystkim technologia, a właściwie jej brak. Niemiecka koncepcja wojsk spadochronowych została bowiem oparta na sprzęcie, który na dłuższą metę i w starciu z zorganizowanym wrogiem musiał zawieść.

Samoloty transportowe Ju 52 nigdy nie zostały zaprojektowane z myślą o przenoszeniu skoczków. Wąskie drzwi wymuszały na spadochroniarzach przyjmowanie nienaturalnej, skurczonej pozycji podczas wyskoku. Dla porównania, amerykański C-47 oferował zupełnie inne możliwości. Ta niewygodna pozycja była konieczna, aby zminimalizować ryzyko obrażeń podczas samego opuszczania maszyny.

Jednak prawdziwym koszmarem były same spadochrony. Klasyczny spadochron desantowy miał cztery taśmy nośne, które pozwalały na stabilne opadanie i pewną kontrolę nad lotem. Niemiecki spadochron RZ1 miał tylko jedną taśmę i pas opinający brzuch. Skutek był taki, że czasza ciągnęła skoczka niezdarnie do góry, pozbawiając go jakiegokolwiek wpływu na kierunek opadania.

Całe siły działające na ciało podczas otwarcia spadochronu skupiały się w jednym punkcie. Szarpnięcie pozbawiało skoczka oddechu, a nawet mogło prowadzić do zwichnięcia stawów czy poważniejszych urazów. Co więcej, aby nie zabić się przy twardym lądowaniu, Niemiec nie mógł opadać nogami, ale musiał rzucić się twarzą naprzód. Dlatego obowiązkowym wyposażeniem były specjalne nakolanniki.

Szacuje się, że uderzenie w ziemię było odczuwalne jak upadek bez spadochronu z wysokości pięciu metrów. Nic dziwnego, że szkolenie skoczków było tak rygorystyczne i nie brakowało na nim ofiar śmiertelnych. Najgorsze jednak było to, że ten system wykluczał przenoszenie jakiejkolwiek długiej broni. Spadochroniarze lądowali często tylko z nożami i pistoletami.

Zdarzało się, że jeden na czterech skoczków miał pistolet maszynowy MP40 ze składaną kolbą. Ich życie zależało od tego, jak szybko dotrą do zasobników zrzucanych osobno, z resztą uzbrojenia. A to z kolei utrudniały skomplikowane zapięcia spadochronu, które nie pozwalały na szybkie uwolnienie się z linek. W modelu RZ1 usprawniono nieco linki, zmniejszając ryzyko ich splątania, ale wady podstawowe pozostały.

Jedyną zaletą tych koszmarnych spadochronów było to, że otwierały się w pełni już po przebyciu w powietrzu około trzydziestu metrów. Dzięki temu można było wykonywać skoki z bardzo niskich wysokości, nawet poniżej stu metrów, co ograniczało rozrzut skoczków i zasobników. Problem pojawiał się wtedy, gdy brakowało efektu zaskoczenia. Podczas bitwy o Kretę część oddziałów spadła dosłownie na głowy przygotowanych żołnierzy brytyjskich i szczególnie zaciekłych Nowozelandczyków.

Trzeci batalion spadochroniarzy poniósł ogromne straty właśnie z powodu braku dostępu do własnej broni. Chociaż podczas walk na Krecie używano już częściowo spadochronów RZ20 z szybkozłączkami, to czasy masowych niemieckich zrzutów i tak dobiegały końca. Kłopoty miała również Luftwaffe, a dokładniej jej myśliwce. Messerschmitt Bf 109 był od początku projektowany jako broń wsparcia dla wojsk lądowych.

Do lata 1940 roku ten problem był niezauważalny, bo walki toczyły się w zasięgu niemieckich i zdobycznych lotnisk. Dopiero bitwa o Anglię obnażyła słabość. Zasięg Bf 109 realnie wynosił około 500 kilometrów, co ograniczało jego użycie do południowej Anglii i to tylko przy starcie z najdalej wysuniętych lotnisk francuskich. Piloci mieli zapas paliwa na zaledwie kilkadziesiąt minut walki.

Cięższy myśliwiec Bf 110, który miał pełnić rolę eskorty, miał wprawdzie dwa razy większy zasięg, ale do tej roli się nie nadawał. Dodatkowo brakowało w nim wyszkolonych załóg. Co gorsza, Bf 109 mógł być wyposażony w dodatkowy zbiornik paliwa, ale do czasu nie można było go odrzucić w locie, co pogarszało parametry maszyny. Użycie zbiornika ograniczało się więc do działań bombowych, a nie do starć z wrogimi myśliwcami.

Dopiero pod koniec bitwy o Anglię Niemcy rozpoczęli produkcję wersji E7, która fabrycznie była dostosowana do przenoszenia zbiornika, którego pilot mógł się pozbyć. Było już jednak za późno. Mimo to Bf 109 nie przegrał bitwy o Anglię przez sam zasięg. Niemiecka ścieżka technologiczna prowadziła do wersji G, nazywanej Gustavem.

Wyprodukowano jej najwięcej, ale to właśnie ona była najbardziej krytykowana przez samych pilotów. Gustav miał być uniwersalnym myśliwcem, zdolnym do zwalczania alianckich bombowców. Dorzucenie potężnego silnika i wzmocnionego uzbrojenia sprawiło, że na papierze samolot zyskiwał na prędkości i sile ognia, ale nowa waga tylko podkreślała stare wady konstrukcji: kłopoty ze sterownością, niebezpieczne zachowanie przy starcie i lądowaniu oraz słabą formę w walce manewrowej. Bf 109 zawsze wymagał odpowiedniego podejścia, walki wertykalnej, a nie kołowej, w której przegrywał z bardziej zwrotnymi maszynami wroga.

Gustav od 1943 roku, mając zwalczać bombowce, coraz bardziej tracił swoje myśliwskie atuty. Tymczasem Amerykanie zwiększali zasięg swoich myśliwców, takich jak P-47 i P-51, i byli w stanie zapewnić bombowcom eskortę na długich dystansach. Samolot, który miał być tani i masowy, stał się wybredną maszyną dla najlepszych pilotów. Młodzi, coraz gorzej wyszkoleni Niemcy rozbijali swoje maszyny na lądowiskach.

Walter Krupiński wspominał, że Bf 109 był dobrym myśliwcem, jeśli znajdował się w swoim żywiole na froncie wschodnim. Na froncie zachodnim był już dawno poza żywiołem. Dodał też, że mistrzowskie opanowanie tej maszyny odpłacało zaledwie solidnością, a nie rewelacją. W kwietniu 1944 roku Adolf Galland raportował, że standard wyszkolenia wroga jest zdumiewająco wysoki i że w ciągu ostatnich czterech miesięcy zginęło ponad 1200 pilotów myśliwców dziennych, w tym wielu najlepszych dowódców jednostek.

Kiedy w 1944 roku Niemcy wyprodukowali rekordowe 14 tysięcy myśliwców Bf 109 w wersji G, statystyki wyglądały imponująco, ale to były pozory. Sam Galland apelował o wycofanie przestarzałej maszyny z produkcji. Podobna historia rozegrała się w wojnie podwodnej. Początkowa przewaga niemieckich U-botów szybko malała, a straty rosły.

Na horyzoncie majaczyła sylwetka nowego okrętu typu XXI, który miał rozwiązać wszystkie problemy. Dzięki napędowi o obiegu zamkniętym okręt miał osiągać wysoką prędkość pod wodą i spędzać więcej czasu w zanurzeniu niż na powierzchni. Do tego dochodziły wzmocnione baterie. Problem leżał w tym, że rzemieślnicza, jednostkowa forma produkcji, charakterystyczna dla czołgów tygrys i starszych U-botów, niе była w stanie dostarczyć nowych okrętów na czas.

Ott оptymistyczne zаłożenia mówiły о marcу 45 roku. Albert Sрeer, który nie miał zielonego pojęcia о budowie okrętów, wdrożył plan produkcji modułowej. Okręt miał być dzielony na osiem sekcji, wytwarzanych w hutach, następnie wyposażanych w stoczniach i składanych w całość w trzech wyspecjalizowanych ośrodkach. W teorii nowoczesny okręt podwodny miał powstawać w zaledwie 175 dni.

W praktyce okazało się, że elementy, wyprodukowane przez setki różnych przedsiębiorstw, nie pasowały do siebie. Kiedy zwodowano pierwszy okręt typu XXI, U-31, okazało się, że po prostu przecieka. Musiał wrócić do stoczni na trzymiesięczne naprawy. Z winy obwiniono huty, które nie zachowały wymaganej precyzji.

W rezultacie tylko dwa okręty typu XXI wypłynęły na patrol bojowy, a testy wykazały, że nie spełniają praktycznie żadnych założeń. Speerowska racjonalizacja przemysłu obniżała jakość także najbardziej klasycznych konstrukcji. W raporcie wojskowym z maja 1944 roku czytamy, że 17 kwietnia 1944 roku Dywizji przydzielono 17 nowych czołgów PzKpfw IV w wersji J. Po przejechaniu kilkuset metrów czołg numer 89861 zepsuł się z powodu uszkodzenia hamulców.

Po blisko 30 kilometrach awarii uległy kolejne maszyny, głównie z powodu uszkodzeń skrzyń biegów i przekładni. Co ciekawe, w prawie wszystkich czołgach doszło do awarii tylko lewych hamulców. Pasy hamulcowe okazały się niedopasowane, wiele z nich było źle założonych, a śruby mocujące krzywo dokręcone. Niemiecki przemysł nie był przygotowany na porzucenie rzemieślniczego podejścia na rzecz masowej, ale wciąż solidnej i dokładnej produkcji.

Przyczyn pogarszającej się jakości było wiele: bombardowania fabryk, utrata terytoriów z zasobami naturalnymi, ale też paradoks kanibalizacji. Rosnące potrzeby frontów wyciągały z kraju coraz więcej młodych mężczyzn. W 1939 roku w wojsku służyły 4 miliony ludzi, w 1943 roku już 10 milionów. Do końca 1944 roku zginęło dwóch milionów niemieckich żołnierzy, prawie drugie tyle trafiło do niewoli, a pięć milionów było rannych.

Przemysł musiał przyjmować nowych pracowników, w większości przymusowych z terenu Generalnego Gubernatorstwa. W lutym 1940 roku przewieziono do Niemiec 80 tysięcy młodych Polaków na tak zwane roboty. We wrześniu 1941 roku takich robotników było już milion, z czego szacuje się, że tylko 15 procent pracowało tam z własnej woli. W maju 1939 roku w Niemczech pracowało 24,5 miliona Niemców.

Ledwie rok później zostało ich 20 milionów. Statystyki z czasem miały być coraz gorsze. Do tego dochodziły rozkradane francuskie, belgijskie i holenderskie fabryki, z których wywożono najlepszych pracowników i zmuszano ich do pracy w Rzeszy. Ich produktywność szacowano na zaledwie 25 procent niemieckiej.

Sami Niemcy pracowali po 72 godziny tygodniowo, co musiało prowadzić do błędów. Niemiecki dowcip z 42 roku dobrze oddawał klimat tamtych czasów. Zmęczony życiem mężczyzna bezskutecznie próbuje się powiesić, bo lina wykonana z włókien syntetycznych pęka. Próbuje utopić się w rzece, ale dryfuje na wodzie, bo ma na sobie ubiór z drewna.

Wreszcie udaje mu się zabić, żyjąc przez dwa miesiące tylko tym, co dostał z kartek żywnościowych. Braki materiałów, zmęczenie i ponure nastroje robotników zagranicznych, a także sabotaż sprawiały, że racjonalizacja przemysłu szła w parze z pogarszającą się jakością. Wojna, która miała karmić niemiecką gospodarkę, pochłaniała ją. Wojsko wysysało robotników z fabryk, a tych zastępowano gorszymi.

Poziom produkcji był wysoki, ale oznaczał coraz gorsze uzbrojenie dla samego wojska. To była śmiertelnie groźna spirala. Spadek jakości był odczuwalny w wielu kategoriach. Grube pancerze niemieckich czołgów musiały być tak grube, bo ich jakość spadała.

Testy amerykańskie i brytyjskie pantеr wyprodukowanych pod koniec wojny wykazywały, że płyty pancerne potrafiły się kruszyć i pękać nawet bez penetracji pociskiem. Nawet Albert Speer, tak chętny do pozytywnej propagandy, przyznał, że jakość niemieckiej produkcji spadła, a technologia nie nadążała za aliantami. Niemcy produkowali dużo sprzętu, który pozostawał w tyle, a te duże ilości były nadal kilkukrotnie mniejsze od ilości przeciwnika. Początkowo niemieckie wyposażenie wzbudzało podziw.

Wełniane mundury wysokiej jakości z połowy lat trzydziestych z czasem doczekały się następców, w tym ostatecznie krótkich bluz M44, tańszych w produkcji, ale zawierających coraz mniej wełny. Gorzej chroniły przed chłodem i były mniej wytrzymałe. Jakość materiałów spadała w Niemczech już właściwie od 1940 roku. Nowe modele ekwipunku były przeważnie gorsze od poprzedników.

Typowy hełm stalowy M42 powstawał w ramach przyspieszonego procesu produkcji i miał gorsze właściwości ochronne. Sami Niemcy zdawali sobie sprawę, że hełm się zestarzał, ale plan jego wymiany, jak wiele innych, zakończył się niepowodzeniem. Im bliżej końca wojny, tym większe było przekonanie, że braki na frontach uda się nadgonić fanatyzmem i silną wolą, a cuda techniki uda się szybko wdrożyć do masowej produkcji. Zamach na Hitlera z 20 lipca 1944 roku otwierał ostatnią, najbardziej fanatyczną fazę życia i śmierci III Rzeszy.

Jesienią 1944 roku powoływano nowe dywizje, dumnie nazywające się Volksgrenadierami, oraz milicyjne siły Volkssturmu. Straty poniesione przez Rzeszę latem 1944 roku, zarówno na wschodzie, jak i zachodzie Europy, w normalnych warunkach oznaczałyby definitywny koniec wojny. Uzupełnienie luk na froncie nowymi formacjami mogło mieć sens, tylko jeśli dostępne byłoby jakiekolwiek uzbrojenie. A samemu Wehrmachtowi brakowało już prawie wszystkiego, w tym 700 tysięcy karabinów.

W ręce Volkssturmu trafiły ostatnie sztuki uzbrojenia z czasów I wojny światowej, w tym przestarzałe karabiny i pistolety, jak choćby DWM z 1907 roku. Niemcy zdawali sobie sprawę, że przestarzałe uzbrojenie podkopuje sens milicyjnych formacji. Od jesieni robiono przymiarki do nowych broni w ramach ruchu „volksowego uzbrojenia”. Do lutego opracowano między innymi Volkssturmgewehr, okropną broń strzelającą amunicją pośrednią, ale bez żadnych zalet szturmowego StG 44.

Próbowano też opracować nowy, tani pistolet nazwany, jakżeby inaczej, Volkspistole. O projekt walczyły trzy firmy: Walther, Mauser i Gustloff Werke, ale żadnego z wariantów nie skierowano do masowej produkcji. Zabrakło po prostu materiałów i czasu. Za to Niemcy postanowili skopiować brytyjski pistolet maszynowy Sten, tworząc model MP 3008.

Zmienili jedynie położenie magazynka. Produkcję planowano tak, aby możliwe było jej prowadzenie nawet w małych warsztatach. To aż prosi się o porównania z polskimi pistoletami maszynowymi produkowanymi przez Armię Krajową, bo Niemcy znaleźli się w sytuacji raczej partyzanckiej. Brytyjczycy w tym czasie szli w odwrotnym kierunku, rezygnując z uproszczeń Stena i produkując jego piątą wersję z przednim chwytem, poświęcając każdemu egzemplarzowi więcej czasu.

W niemieckich planach pojawiły się nawet koncepcje użycia drzewnych moździerzy, co przypominało nieudane kusze i katapulty z I wojny światowej. Skreślono plany jednorazowych miotaczy ognia. Braki w granatach ręcznych starano się nadgonić, produkując prymitywne i niebezpieczne dla użytkownika granaty Volkshandgranate 45, w których droga stal zastępowano warstwą z betonu. To chyba najlepszy dowód na to, jakim betonem technologicznie była III Rzesza pod sam koniec II wojny światowej.

Technologia Rzeszy była pełna paradoksów. Wiele kapitalnych technologii, ktore wielkim wysiłkiem wprowadzono od 35 roku, zdążyło się po prostu zestarzeć. Rzesza, będąc gospodarczo pod ścianą właściwie od pirwszych miesięcy wojny, musiała opierać się na umiejętnościach i doświadczeniu żołnierzy, marynarzy i lotników, aby nadgonić braki produkcyjne i technologiczne. W pewnym sensie już między 40 a 42 rokiem musiała przestawić się na nowe tory masowej produkcji, ale nie była w stanie tego zrobić.

W realiach, gdzie standaryzacja uzbrojenia w połączeniu z nowymi technologiami wymagała niewyobrażalnego wysiłku, częściowo osiągniętego kosztem życia i zdrowia setek tysięcy przymusowych robotników, brakowało miejsca na dopieszczanie nowych pomysłow. Usprawnianie bieżących, jak w przypadku Messerschmitta, miało swoje granice. Inne technologje, same w sobie udane, ciepiały w wyniku racjonalizacjii Alberta Speera. Masowa produkcja oznaczła spadek jakości, nawet tak kultowych konstrukcji jak PzKpfw IV.

Już przynajmniej od 43 roku aż do końca wojny III Rzesza była technologicznym kolosem na glinianych, a może raczej betonowych nogach. Kolosem, który miotał się w kierunku nowych technologii, których nie miał czasu dopieścić, i jednocześnie nie potrafił utrzymać jakości masowej produkcji przy zwiększonym zapotrzebowaniu na każdym froncie.