„Pilot powiedział, że nie utrzyma maszyny. Kazał nam skakać. Gdy pociągnąłem za linkę spadochronu, następną rzeczą, jaką pamiętam, było to, że wiatr znosi mnie prosto w stronę płonącego celu…

„Pilot powiedział, że nie utrzyma maszyny. Kazał nam skakać. Gdy pociągnąłem za linkę spadochronu, następną rzeczą, jaką pamiętam, było to, że wiatr znosi mnie prosto w stronę płonącego celu...

Rankiem 17 sierpnia 1943 roku załogi B-17 Latających Fortec wierzyły, że biorą udział w misji, która może zakończyć wojnę. Celem były zakłady łożysk w Schweinfurcie i fabryka Messerschmitta w Ratyzbonie – dwa miejsca, które według amerykańskiego wywiadu stanowiły kręgosłup niemieckiej machiny wojennej. Mówiono nam, że jeśli zniszczymy Schweinfurt, Hitler odczuje cios tak dotkliwy, że w ciągu trzech miesięcy podda walkę. Nikt nie przypuszczał, że ten dzień zapisze się w historii jako jeden z najkrwawszych w dziejach amerykańskiego lotnictwa bombowego.

Thumbnail

Od początku wojny w Europie Amerykanie wierzyli w swoją doktrynę. Latające Fortece, uzbrojone w ciężkie karabiny maszynowe, miały tworzyć powietrzne twierdze, które wzajemnie się ochraniają. Zakładano, że potężna formacja bombowców będzie jak magnes na niemieckie myśliwce – a te, nadziane na ogień setek karabinów, zostaną po prostu zniszczone. Brytyjczycy patrzyli na ten pomysł z niedowierzaniem i zostali przy nocnych nalotach, ale Amerykanie byli pewni swego.

Zasięg nowych wersji Fortec był tak duży, że mogły atakować cele głęboko w Niemczech, daleko poza możliwościami własnych myśliwców eskortujących. Ta pewność siebie szybko zaczęła pękać. Już 13 czerwca, podczas nalotu na Bremę, Niemcy pokazali, jak potrafią rozprawić się z nieosłoniętą formacją. Tego dnia Amerykanie stracili aż 26 bombowców, a w jednej z grup lokalne straty sięgnęły niemal 30 procent.

Mimo to dowódcy woleli wierzyć w raporty strzelców pokładowych, którzy meldowali o zestrzeliwanych niemieckich myśliwcach. Te raporty były niezwykle optymistyczne – ale nikt wtedy nie wiedział, jak bardzo mijają się z prawdą. Plan na 17 sierpnia był prosty: 376 Fortec, podzielonych na dwie grupy, miało zniszczyć kluczowe niemieckie zakłady. Grupa lecąca na Ratyzbonę miała po ataku polecieć na południe, do francuskiej Algierii.

Grupa uderzająca na Schweinfurt miała wrócić do Anglii. Problem polegał na tym, że amerykańskie myśliwce mogły osłaniać bombowce tylko przez pierwsze kilkadziesiąt minut lotu. Później Fortece zostawały same – na ponad trzy tysiące kilometrów. Od samego początku wszystko szło źle.

Grupa atakująca Schweinfurt wystartowała z opóźnieniem, a przelot pierwszej formacji zaalarmował Niemców. Kiedy druga grupa bombowców wleciała nad terytorium Rzeszy, Luftwaffe była już w pełni przygotowana. Niemcy doskonale wiedzieli, jak atakować nieosłonięte formacje. Myśliwce nadlatywały całymi falami, nieraz czołowo – co było nowością dla amerykańskich załóg i okazało się zabójczo skuteczne.

„Gdy wlatywaliśmy, zaatakowała nas duża liczba wrogich myśliwców. Rzucili się na nas niczym szakale” – wspominał jeden z uczestników. „Trudno opisać, jak przerażające było obserwowanie niemieckich myśliwców w parach i czwórkach, lecących w stronę naszej formacji z błyskającymi skrzydłami. Poczułem się jak starzec sparaliżowany przez półtorej godziny.

Byliśmy pod ciągłymi, brutalnymi atakami”. Nad Ratyzboną stracono 24 bombowce. Nad Schweinfurtem – 36. Łącznie tego dnia z nieba zniknęło 60 maszyn, czyli 16 procent wysłanych sił.

Około 600 ludzi zginęło, trafiło do niewoli lub zostało rannych. A najbardziej bolesne było to, że atak na Schweinfurt – ten „cios kończący wojnę” – nie przyniósł spodziewanych rezultatów. Bomby spadły, ale zakłady łożysk nie zostały zniszczone na tyle, by zatrzymać niemiecką produkcję. Operację trzeba będzie powtórzyć.

W bazach, do których wracały okaleczone formacje, zapadła grobowa cisza. Kapelan ósmego dowództwa bombowego zapisał w dzienniku, jak wyglądało popołudnie w stołówce: „W zakładzie fryzjerskim nie słychać zwykłych, nonszalanckich rozmów. Mężczyźni siedzą w osłupieniu, czekając na swoją kolej. Jedzą w ciszy, wstają i w milczeniu odchodzą od stołu.

Jeśli o coś proszą, wydobywa się z nich ledwie cichy szmer. Baza jest niczym kostnica”. Mimo wszystko dowództwo postanowiło spróbować ponownie. Drugi nalot na Schweinfurt zaplanowano na 14 października.

Załogi, które ledwo przetrawiły traumę sierpnia, patrzyły na ten rozkaz z przerażeniem. „Dowodziłem eskadrą podczas pierwszego nalotu na Schweinfurt i wykonaliśmy całkiem dobrą robotę, nie trafiając w cel” – wspominał jeden z pilotów. „Wszyscy obawialiśmy się drugiego nalotu. Mieliśmy doświadczenie z pierwszej ręki, jak Luftwaffe ukarze nas za to, że spróbujemy ponownie”.

Początkowo planowano wysłać 360 Fortec. Ale po stratach, jakie poniesiono w międzyczasie, udało się zebrać tylko 291 maszyn. Niemcy za to byli w pełni gotowi. Tego dnia przeprowadzili ponad 800 lotów bojowych przeciw amerykańskim formacjom, rzucając do walki głównie dwusilnikowe niszczyciele, często uzbrojone w wyrzutnie rakiet.

Weterani byli zgodni: nigdy wcześniej i nigdy później nie widzieli tak intensywnego ataku ze strony niemieckich myśliwców. „Samolot zadrżał od eksplozji w części brzusznej” – opowiadał jeden z członków załogi. „Sierżant Kelly zadzwonił i powiedział, że pocisk trafił jego partnera, sierżanta Webera. Wróciłem tam i zobaczyłem, że Weber krwawi z nogi i miednicy.

Kelly wstrzyknął mu morfinę i założył opaskę. Gdy wracałem do swojego karabinu, eksplozja w pomieszczeniu radiowym zniszczyła mój nadajnik. Mój zapas tlenu spadł do zera. Podłączyłem się do zbiornika awaryjnego, który miał wystarczyć na piętnaście minut – a musiałem na nim przeżyć dwie godziny”.

Inny dowódca wspominał: „Miałem panoramiczny widok na cały ten cholerny bałagan. Widziałem falę za falą atakujących samolotów Luftwaffe. Wiedzieli, że nadchodzimy, na długo przed punktem ataku. Widziałem już chmurę czarnego dymu nad celem.

Niemcy upewniali się, że wykonują swoje zadanie i niszczą kolejne Fortece”. Jedna z załóg miała szczególnie dramatyczne doświadczenie. „Ranek był pochmurny i nie myśleliśmy, że wystartujemy. Kiedy już to zrobiliśmy, dobrze było zobaczyć naszą eskortę – ale wiedzieliśmy, że nie będzie z nami długo.

Gdy skierowaliśmy się nad Niemcy, pilot dał znać, że eskorta odlatuje. Ledwo to powiedział, gdy strzelec z górnej wieżyczki krzyknął: »Myśliwce nadchodzą z przodu! «. Zostaliśmy zaatakowani od przodu i od ogona.

Wkrótce potem trafili nas w lewe skrzydło. Zobaczyłem, że skrzydło płonie – chyba trafili w zbiornik z paliwem. Pilot powiedział, że nie utrzyma maszyny i każą nam skakać. Pociągnąłem za linkę spadochronu i musiałem zemdleć, bo następną rzeczą, jaką pamiętam, było to, że unoszę się nad ziemią.

Wiatr znosił mnie w stronę płonącego celu bombardowania. To było jedyne miejsce, w którym nie chciałem wylądować”. Mimo apokaliptycznych scen większości maszyn udało się wrócić do domu. Ale straty były druzgocące: 60 Fortec zestrzelonych, kolejne 17 skreślonych z powodu nieopłacalnych napraw, a 100 poważnie uszkodzonych.

Nieodwracalne straty przekroczyły 26 procent wysłanych sił. Łącznie z innymi operacjami z drugiego tygodnia października, potężna niegdyś ósma armia lotnicza została sprowadzona praktycznie do parteru. Nic dziwnego, że 14 października 1943 roku nazwano Czarnym Czwartkiem. Z szerszej perspektywy sytuacja wyglądała jeszcze gorzej.

Od lipca do listopada ósme dowództwo bombowe straciło łącznie 64 procent załóg Latających Fortec. Taka rotacja była nie do utrzymania – nie tylko dla ludzi, ale i dla całej armii. Dopiero po wojnie, gdy skonfrontowano niemieckie i amerykańskie dane, wyszła na jaw przerażająca prawda. Raporty strzelców pokładowych o zestrzelonych niemieckich myśliwcach były w przeważającej mierze fikcją.

Amerykanie przypisywali sobie ogromną liczbę zwycięstw, która w rzeczywistości była wielokrotnie zawyżona. Co gorsza, zbombardowane zakłady produkcyjne nie zostały zniszczone na tyle, by szybko odczuć brak ich produkcji. Historyk Marshall El Michel podsumował to bezlitośnie: doktryna amerykańskich bombardowań dziennych bez eskorty, opierająca się na samoobronie formacji, okazała się martwa. Ósma armia lotnicza, która nigdy tak naprawdę nie zdobyła przewagi powietrznej nad Niemcami, straciła nawet pozory tej przewagi.

Amerykanie musieli przyznać się po cichu do porażki. Podjęto decyzję o czasowym wstrzymaniu dziennych bombardowań Niemiec do czasu, aż myśliwce eskortujące zyskają odpowiedni zasięg. Kluczem do zwycięstwa w powietrzu miały być myśliwce, a nie bombowce. W raporcie z 1947 roku zapisano wnioski z tamtych miesięcy: „Niemieckie dwusilnikowe myśliwce wyposażone w wyrzutnie rakiet okazały się bardzo śmiercionośne dla bombowców, gdy prowadziły ogień salwami.

Wszystkie ataki planowano tak, by odbywały się poza zasięgiem alianckiej eskorty. Ich sukces jesienią 1943 roku był odpowiedzią na alianckie formacje bombowe”. To było ostatnie tchnienie niemieckiej przewagi w powietrzu. Ale nie był to koniec wojny – raczej bolesna lekcja dla Amerykanów.

I chociaż Niemcy odnieśli wtedy swoje ostatnie wielkie zwycięstwo, już następnego dnia po Czarnym Czwartku do Anglii przybyły pierwsze myśliwce P-38 dalekiego zasięgu. Nad Luftwaffe zaczęły zbierać się czarne chmury – ale tym razem były to chmury amerykańskich myśliwców.