„W przyszłym tygodniu przyjadą do ciebie moi rodzice” – powiedziała Ewelina takim tonem, jakby właśnie oznajmiała, że na obiad będą ziemniaki. Nie zapytała. Nie zaproponowała. Po prostu poinformowała.

A ja stałem w swoim domu, patrzyłem na korytarz prowadzący do dwóch pustych pokoi i czułem, jak coś we mnie pęka. Nie dlatego, że nie lubię jej rodziców. Ale odkąd pamiętam, wszystko w moim życiu było już ustalone przez kogoś innego. Przez żonę.
Przez dzieci. Przez obowiązki. A teraz jeszcze przez teściów, którzy mieli zamieszkać u mnie, bo „ustaliliśmy z Szymonem”. Dzwonię do Szymona.
„Powinienem był do ciebie zadzwonić wcześniej” – mówi. I wtedy przypominam sobie, ile razy w życiu oddawałem komuś swoje soboty, swój spokój, swój kąt. A oni zawsze brali. Zawsze wiedzieli lepiej.
Zawsze mieli plan na moje życie. To nie jest historia o złych ludziach. To historia o tym, jak cicho przestajesz być u siebie.
I o tym, co się dzieje, kiedy w końcu powiesz: dość.


