Przekręciłem klucz w drzwiach wejściowych i wszedłem do środka. Wewnątrz panował ten sam porządek, który Helena zostawiła, wychodząc rano do galerii. Na kuchennym blacie stała miska z niedojedzoną sałatką, a w zlewie leżała łyżeczka od herbaty. Wziąłem ją do ręki i przez chwilę przytrzymałem w dłoni, czując pod palcami chłodny metal.

Potem odłożyłem ją dokładnie tam, gdzie leżała, jakby to mogło cokolwiek zmienić. Ruszyłem na piętro i minąłem sypialnię, gdzie na krześle wciąż wisiała jej niebieska apaszka. Zapach jej perfum unosił się w powietrzu, mieszał się z zapachem płynu do prania, który tak dobrze znałem. Dotarłem do drzwi na końcu korytarza – do jej pracowni.
Otworzyłem je i stanąłem w progu, wdychając woń oleju lnianego i terpentyny, która wsiąkła w drewniane podłogi przez te wszystkie lata. Na sztalugach stał niedokończony obraz – pejzaż z naszego ogrodu, z lawendą, którą tak kochała. Obok leżały pędzle, które czyściła każdego wieczoru, i szkice przypięte do korkowej tablicy. Wziąłem jeden z rysunków do ręki.
To był portret kobiety – ale nie Heleny. Młoda twarz, którą kiedyś znałem, zanim stała się wspomnieniem. Schowałem go z powrotem i otworzyłem szafę, gdzie trzymała swoje prace. Na samym dole, pod stertą starych ram, leżała płaska, owinięta w szary papier paczka.
Rozwinąłem ją powoli. To był ten sam obraz, który wisiał w naszym salonie przez piętnaście lat, zanim zniknął. Przeniosłem go do łazienki, położyłem twarzą do dołu na kafelkach i przykucnąłem. Zbliżyłem zapaloną świecę do tyłu ramy.
Wtedy je zobaczyłem – cienkie, ukryte rowki w drewnie, prowadzące od krawędzi do środka. Kanały, jak w mechanizmie, którego nikt nie powinien był dostrzec. Prześledziłem je palcami. Wewnątrz jednego z nich błyszczała resztka zaschniętej cieczy.
Poczułem, jak coś ściska mnie w żołądku. To nie była farba. Następnego dnia zadzwoniłem do Doroty, przyjaciółki Heleny, tej, która zajmowała się jej sprawami. Umówiłem się z nią w kawiarni przy Długim Pobrzeżu.
Siedziała naprzeciwko mnie, nerwowo kręcąc łyżeczką w filiżance. Wręczyłem jej zdjęcia wnętrza ramy. Patrzyła na nie długo, a potem powiedziała cicho: „To nie ma prawa tam być”. Kamil Petryk, koordynator do spraw logistyki w pracowni, gdzie Helena wystawiała swoje prace, był jedyną osobą, która miała dostęp do ram przed wystawą.
„Miał dostęp do producentów, do parków maszynowych” – usłyszałem kiedyś od Doroty. „Do całego tego sprzętu, który bez wątpienia był niezbędny, by równo wyciąć ukryte kanały w orzechowej ramie”. W piątek rano zapukał do drzwi. Wpuściłem go do środka.
Stał w przedpokoju, trzymając w ręku teczkę z dokumentami. „Musimy porozmawiać o Helenie” – powiedział, wchodząc za mną do salonu. Usiadł na kanapie, a ja naprzeciwko niego. „O jej ostatnich tygodniach.
O tym, kto bywał w pracowni, kiedy jej nie było”. Spojrzałem na zdjęcie na komodzie – Helenę sprzed lat, uśmiechniętą, z pędzlem w dłoni. „Kto bywał? ” – zapytałem.
Kamil przełknął ślinę i otworzył teczkę. „Myliłem się co do wielu rzeczy” – powiedział, patrząc w podłogę. „Myliłem się co do niej. Myliłem się co do was.
I myliłem się co do tego, co naprawdę działo się w tym domu”. Wstał, podszedł do okna i odwrócił się do mnie plecami. „Ta rama. Ten mechanizm.
To nie był przypadek” – powiedział, a jego głos drżał. „To było zaprojektowane. Od początku. Przez kogoś, kto znał jej rozkład dnia, jej zwyczaje, jej słabości”.
Podszedłem do niego. „Kto, Kamil? ”. Odwrócił się i spojrzał mi prosto w oczy.
„Twoja córka”.


