20 lipca 1944 roku, o 12:42, w sali konferencyjnej Wilczego Szańca eksplodowała bomba ukryta w walizce. Spośród 24 osób znajdujących się w pomieszczeniu, na miejscu zginął tylko cywilny stenograf, Heinrich Berger. Hitler przeżył, a to, co wydarzyło się później, na zawsze zmieniło bieg wojny. Zastanawiano się wtedy wielokrotnie, dlaczego nikomu wcześniej nie udało się zabić dyktatora.

Hitler już od 1920 roku był na pierwszej linii politycznej walki, a realia Republiki Weimarskiej były naznaczone przemocą. Tylko w walkach w Zagłębiu Ruhry zginęło wtedy ponad 1500 osób, a morderstwa polityczne były codziennością; w 1922 roku zamordowano nawet ministra spraw zagranicznych Waltera Rathenaua. Gdy Hitler stawał się liderem ruchu, paramilitarne bojówki ścierały się w biały dzień. Jednak mimo to dyktator wierzył, że jest pod opieką opatrzności.
Wkrótce po jednym z zamachów do rąk Gestapo trafił Georg Elser, który został złapany podczas próby nielegalnego przekroczenia granicy ze Szwajcarią; to on podłożył bombę w monachijskiej piwiarni. Brytyjczycy niechętnie angażowali się w zamachy. Kiedy pomysły polskiego wywiadu dotarły do brytyjskiego ministra spraw zagranicznych Edwarda Wooda, ten skomentował, że nie osiągnęli jeszcze etapu, w którym trzeba uciekać się do skrytobójstwa. Uważano, że koszt operacji jest zbyt wysoki, a cel – zbyt trudny do uchwycenia; informacje o lokalizacji niemieckich dowódców szybko się dezaktualizowały.
Inaczej było w Czechach. W nocy z 27 na 28 grudnia wylądowali tam na spadochronach dwaj agenci wyszkoleni przez SOE – Czech Jan Kubiš i Słowak Józef Gabčík. Ich celem był Reinhard Heydrich, który wprawdzie wpłynął na poprawę procedur chroniących Hitlera, ale sam lekceważył zasady bezpieczeństwa. Z arogancją godną króla pozwalał sobie na przejażdżki odkrytym mercedesem po Pradze; ta pewność siebie kosztowała go życie.
SOE dostarczało narzędzi, ale decyzje o celach pozostawiało lokalnym dowódcom ruchu oporu. Armia Krajowa od 1943 roku przeprowadzała zamachy na kolaborantów i niemieckich urzędników. Jednak alianci obawiali się, że nieudany zamach na Hitlera może zwiększyć jego poparcie wśród Niemców. Generał Henry Arnold zapisał w swoim dzienniku, że niemieccy generałowie byliby bardziej skłonni do pertraktacji pokojowych, gdyby Hitler zginął z rąk wewnętrznej opozycji.
Ostatecznie temat rozwiązał się sam. 20 lipca 1944 roku, w wyniku nieudanego zamachu przeprowadzonego przez oficerów Wehrmachtu, Hitler po raz kolejny uniknął śmierci. Churchill skomentował to w Izbie Gmin, mówiąc, że przetrwanie Hitlera to działanie opatrzności.
Między 1920 a 1939 rokiem Hitler był najłatwiejszy do zamordowania, ale wymierzone w niego spiski prowadzono niezbyt profesjonalnie, a on sam miał po prostu mnóstwo szczęścia.


