„Ty będziesz następna” – rzucił Byk, zanim zatrzasnął drzwi. Grupa miejscowych zwyrodnialców przyszła po nią do mieszkania, grożąc pięścią, obrzynem i tym, co mieli najstraszliwszego – wiedzą, że jej brat nie ma dokąd uciec. Wepchnął Kasię do środka, wszedł sam i zamknął drzwi. Zapanowała cisza przerywana tylko uderzeniami o framugę.

Wskoczyła do przemarzniętego poloneza, modląc się do wszystkich świętych, żeby stary gaźnik odpalił za pierwszym razem. Śnieg wpadał za kołnierz, wciskał się do butów. Odskoczył i sam uciekł w dół do drogi. Cały i zdrowy, ale do rana tropu nie weźmie.
Wiatr wymiatał wszystko do czysta, obnażając zmarznięty kamień. Potem system się załamał. Widoczność spadła do zera. Trzeba wracać do drogi, prawie doszliśmy do przełęczy.
„No dalej, wyłaź, kretynie! ” – wrzasnął ktoś zza śnieżnej zasłony. Adrenalina uderzyła do skroni. Byk brnął jeszcze jakieś 20 minut.
Tak podkrada się do człowieka śmierć z zimna. Nadzieja uderzyła do głowy lepiej niż jakikolwiek narkotyk. Powrót do cywilizacji, gdzie ma pieniądze i władzę. Sięgnął do stacyjki.
„Odważni, gdy wpadacie tłumem do cudzych mieszkań” – mruknął, wsiadając do kabiny. Pustelnik włożył kruczyk do stacyjki i przekręcił. Musiał wrócić do granitowych skał. Owinięta w dwa koce, przywarta plecami do zimnego kamienia.
„Do rana żaden z nich nie zrobi kroku” – szepnęła. „Więc możemy wrócić do ziemianki? ” – zapytała z nadzieją. „Przeczekać do jutra, a potem spróbuję odjechać.
Wracać do ziemianki nie ma sensu. Zbyt dobrze wiem, jak działa ten system” – odpowiedział, patrząc w ogień. Głos Kasi załamał się do rozpaczliwego szeptu. Zbyt dobrze rozumiała, jak działa system haraczy w roku 1992.
On natomiast odczytywał wyrok na cały ten system, który zmusił go do otwarcia ciemnozielonej skrzyni. Radu wślizgnął się do przodu. „Tomek przełknął ślinę, dochodząc do siebie. 200 000 marek i zgubiłeś go” – powiedział cicho.
„Poszedłem do budki telefonicznej zameldować się. Powiedział, że jeśli za miesiąc nie zwrócę 200 000 od setki, zakopią mnie w lesie, całą rodzinę” – wyznał Tomek. „No i sam Malik. Jedziemy do Malika.
Wybór należy do ciebie. Wsiadajcie w pociąg do innego regionu” – rzucił Kruka, ruszając w stronę bramy. Ochroniarze zauważyli go, gdy do bramy zostawało jakieś 20 kroków. „Do Malika” – powiedział spokojnie.
„No dalej, spadaj, zanim ci łeb rozwalę” – warknął ochroniarz. „Szefie, tu, tu przyszli do ciebie” – zaczął niepewnie, zaglądając do środka. Miękkim, ślizgowym krokiem podszedł do biurka. „Obciążyłeś chłopaka nieistniejącym długiem 200 000, a potem wysłałeś byka, żeby zastraszył jego siostrę” – powiedział.
Powietrze w gabinecie zgęstniało do stanu kamienia. System władzy zbudowany na strachu przed bólem i krwią rozsypał się przed człowiekiem, który przyniósł ze sobą absolutną moc. Podszedł do sejfu. Imiona, ksywy, sumy, odsetki, daty – cały ten zbudowany system cudzego nieszczęścia, strachu i złamanych losów.
Na jednej ze stron znalazł imię Tomka, obok widniała suma 200 000 marek i przekreślony krzyżem adres jego mieszkania. Radu rzucił płonącą stronę do popielniczki. „Dlatego przejdziemy do drugiego etapu. Dzwonię do ciebie, Kruku, i mam prawo do tego telefonu” – powiedział, podnosząc słuchawkę.
„Podstawiłeś chłopaka na 200 000 marek, żeby pokryć niedobór, a potem wysłałeś swoje psy, żeby wyważały drzwi i straszyły kobiety w cudzych mieszkaniach. Nikt nie poszedł do drzwi. Przed chwilą do gabinetu wszedł duch, wywrócił ich rzeczywistość do góry nogami, podeptał władzę i spokojnie wyszedł” – zakończył, kładąc na stole 50 000 marek. Radu odwrócił się do Kasi.
„Jedziemy do miasta” – powiedział. A potem Kruk zniknął, zostawiając za sobą spaloną stronę księgi i niedokończoną rozmowę.


