Odwróciłem się do Eweliny, a jej twarz była blada, wargi pogryzione niemal do krwi. Powiedziała, że nie ma już do kogo się zwrócić, że jeśli pójdzie do kierownika pociągu, zabiją ją. Do najbliższego większego miasta zostało jeszcze siedem godzin drogi, a my byliśmy uwięzieni w tym stalowym korytarzu z nim. Wyszedłem z zimnego przedsionka z powrotem do wagonu, a w głowie układałem plan.

Nie miałem broni ani uprawnień, ale znałem ten pociąg od podszewki – wiedziałem, jak działają systemy, i wiedziałem, że to zamknięty świat. Moja droga wiodła do przedziału służbowego Eweliny, gdzie wciągnęła mnie do środka i natychmiast zasunęła zasuwkę. System oświetlenia był prymitywny, a ja miałem może dwadzieścia minut, zanim zadziała zawór bezpieczeństwa Warnika. Dwadzieścia minut na przygotowanie sceny.
Przeszedłem przez przedsionek do wagonu bagażowego, podszedłem do rury, wyciągnąłem liny o wytrzymałości do dwóch ton – zwykły system mocowania ładunku. Teraz trzeba było zwabić go do klatki. Zrobiłem krok do przodu, dokładnie w chwili, gdy on szykował się do ciosu. Odwróciłem się, chowając chusteczkę do kieszeni kurtki sztormowej.
Nadmiar pary poszedł do korytarza. Wszedłem do środka i przymknąłem za sobą drzwi. Wtedy go usłyszałem – cichy, suchy trzask, podobny do uderzenia bata. Życie wracało do stalowej skrzyni.
Ciśnienie spadło, ale wszystko wracało do normy. Powiedziałem Ewelinie, żeby wracała do łóżka, a sam ruszyłem do nieczynnego przedsionka. Lodowaty przeciąg pociągnął z wagonu bagażowego. On szedł cicho jak zjawa do mojego przydziału, podszedł do uchylonych drzwi, zrobił krok do środka.
Środek ciężkości poszedł do przodu – teraz był przykuty do podłogi. Zbliżaliśmy się do przedmieść Przemyśla. Schowałem portfel do kieszeni. Są ludzie, do których gołąbek nie dosięgnął.
Podszedłem do przedziału Eweliny, a ona przycisnęła dłonie do twarzy. Kazałem jej iść do siódmego przedziału. Pasażerowie ruszyli do wyjść, obładowani torbami, ale ja nie poszedłem do głównego wyjścia. Gdybym podszedł do policjantów z matrycą, w najlepszym razie zatrzymaliby mnie do wyjaśnienia.
Wykonałem długi międzymiastowy numer do Warszawy. Oryginalna klisza do wexli była w moich rękach. W nocy zlikwidował konduktora, żeby dotrzeć do kuriera – ale to nie był koniec. Podszedłem do rzędu szarych metalowych szafek przechowalni, odwróciłem się i ruszyłem w stronę miasta.
Dwaj agenci pobiegli do piątego wagonu, kolejnych czterech prosto do bagażowego. Woda została zebrana.


