Przez lata to ona była gospodynią. To u niej nocowali, to ona podawała obiad, to ona wysłuchiwała, kto co powiedział, komu co się należy, dlaczego akurat jej się nie należy. Wystarczyło, że kupiła mieszkanie w Ustce, a rodzinne telefony rozgrzały się do czerwoności. „No wiesz, skoro masz to mieszkanie, to my też możemy przyjechać, prawda?

Ty jesteś gospodynią. ”
Najpierw przyjechała siostra z mężem. „Tereska, długo jeszcze z tym obiadem? Po plaży człowiek jest głodny jak wilk.
” – rzucił szwagier, nie zdejmując nawet sandałów. Teresa poczuła, jak koszulka przykleja jej się do pleców. Miejsce parkingowe, które należało do jej mieszkania, on uznał za swoje. Kiedy zwróciła uwagę, że to miejsce jest przypisane do jej lokalu, wzruszył ramionami.
„No właśnie, za nisko. ” – dodała siostra, patrząc na półkę, którą Teresa specjalnie powiesiła wyżej. „No widzisz, Tereska, tak trzeba było. ” Teresa chciała odpowiedzieć, że może właśnie miała ochotę gdzieś pojechać, choćby do przychodni, albo wsiąść do samochodu i ruszyć przed siebie, bo to jej samochód, jej miejsce i jej życie.
Ale nie powiedziała nic. Mieszkanie kupiła za pieniądze ze sprzedaży tamtego, po rodzicach. Dodała oszczędności i wreszcie miała swoje dwa pokoje nad morzem. „No Tereska, teraz wreszcie pożyjesz po swojemu” – pomyślała wtedy.
Ale okazało się, że po swojemu to mogą żyć tylko inni. Zamiast sielanki, zaczęły się kolejne wizyty. „Myślimy z dziewczynami, żeby przyjechać do Ustki na parę dni. ” – napisała Krystyna.
„No dobrze, dobrze” – odpisała Teresa, bo nie umiała odmówić. Przyjechały, rozłożyły się, zostawiły mokre ręczniki, a ona sprzątała po nich do wieczora. Goście wyjeżdżali, a Teresa rzucała się do ścierania kurzu, jakby chciała zatrzeć ślady ich pobytu. Kiedy po kilku takich wizytach ktoś z rodziny napisał: „Trochę egoistycznie do tego podchodzisz”, Teresa poczuła, że coś w niej pęka.
Siedziała przy kuchennym stole, patrzyła na telefon i po raz pierwszy pomyślała, że nie musi. Nie musi udawać gospodyni. Nie musi otwierać drzwi każdemu, kto uzna, że morze należy do wszystkich. Napisała do Celiny, jednej z nielicznych osób, która nigdy nie dzwoniła bez powodu, nie pytała o ciepłą wodę w Bałtyku i nie planowała przyjazdu „tak tylko na kilka dni”.
„Do mnie nad morze” – powiedziała do słuchawki. Starsza pani przyjechała następnego dnia. Usiadły na ławce przy promenadzie i przez pół godziny patrzyły na fale. W mieszkaniu nie było telewizora grającego od rana do nocy, nikt nie machał z balkonu, żeby przestawiła samochód.
Po raz pierwszy od bardzo dawna morze za oknem naprawdę należało do jej życia. Nie do cudzych wakacji, nie do cudzych planów, do niej.


