Stałem przed nimi, patrząc na twarze, które znałem od ponad dwudziestu lat. Nigdy nie próbowałem zająć miejsca ich ojca. Widocznie teraz liczyło się coś innego. – W takim razie może uda nam się uniknąć niepotrzebnych sporów – powiedziałem, ale moje zdanie urwało się w połowie.

Nie przeczytałem dalej. Kilka orchidei wyraźnie zwiędło. Niektóre z tych okazów musiały być coś warte. A co, jeśli nikt ich nie kupi?
Mimo to każdego roku przygotowywała sadzonki, wysyłała zdjęcia pierwszych pąków i cieszyła się, gdy ktokolwiek odpisał choćby jednym zdaniem. Przytrzymałem kartkę przez chwilę, po czym odłożyłem ją dokładnie w to samo miejsce. Najpierw odezwał się Tomasz. Mówił szybko, rzeczowo, jakby załatwiał formalności po zakupie mieszkania.
A nie sprawy po śmierci własnej matki. Po nocnym chłodzie na szybach wciąż została wilgoć. Sprawdziłem termometr, potem linie nawadniające. Około południa zauważyłem, że dwie orchidee mają ciemniejsze liście niż dzień wcześniej.
– Nie mam pojęcia – przyznała Agnieszka, przesuwając palcem po notatkach. – Teraz patrzę na to wszystko i nie rozumiem nawet połowy. – Nikt nie oczekuje, że zrozumiesz od razu. Powinienem był odpowiedzieć, że zacznijmy od znalezienia specjalisty.
Zamiast tego powiedziałem:
– Może od podlania tych, które wyglądają na suche. Agnieszka nalała wody do dużej konewki i podlała kilka donic znacznie obficiej, niż powinna. Dopiero później znaleźliśmy w dziennikach Barbary notatkę, że niektóre orchidee wymagają tylko delikatnego zraszania, a nadmiar wody trzeba natychmiast usuwać. W jednym z zeszytów, między nazwami nawozów a numerem serwisu kotła, znaleźliśmy zapisane imię Henryk.
– A co z kotłem? – zapytał ktoś. – Niewielka suma, ale wystarczy na start. Nie powiedziałem, że tylko jeśli będzie tani.
Milczałem też, ale po raz pierwszy pomyślałem, że Tomasz nie rozumie własnej matki nawet w najmniejszym stopniu. W przedpokoju zmieniała się w stare spodnie i roboczą kurtkę, po czym szła prosto do oranżerii. Kiedy Agnieszce coś się udało, on mówił po prostu: „Wystarczy”. – Twoja matka nie potrzebowała aż tylu notatek – powiedziałem.
Nie dlatego, że byli podobni. Paweł pojawił się dwa dni później, nie sam. Przyprowadził mężczyznę w kamizelce odblaskowej, który natychmiast zaczął skanować wzrokiem podjazd, ogród i odległość między domem a płotem. – Nie umawialiśmy żadnej wizyty.
– A ty uwielbiasz liczyć cudze pieniądze. Nie cudze – mamy. Potem obaj odjechali. Było kilka minut po drugiej.
Henryk przyjechał niedługo po nich. Każde z nas zaczęło żyć jakby w innym świecie. Obaj nosili ciemne płaszcze i mieli teczki pod pachami. Usiedli po drugiej stronie długiego stołu.
– Samochód, jakieś osiemdziesiąt tysięcy. Na koncie mamy powinno być około czterystu pięćdziesięciu tysięcy, a działka koło Trzebnicy to co najmniej sześćset tysięcy. – Wciąż byłem w szklarni – wyjaśniłem. – Henryk zauważył plamy na dwóch liściach.
– Nie. Paweł robił notatki. Potem padło moje imię. Tomasz poruszył się natychmiast.
Znałem swoje prawo do pozostania w domu. Gdy Celina przecinała papier, przypomniałem sobie dzień, w którym Barbara poprosiła mnie, żebym nikomu nie mówił o stanie rzeczy, nawet Agnieszce. Powiedziała wtedy: „Niech każde zdecyduje sam”. Każde z dzieci miało otrzymać ode mnie to samo pytanie.
Agnieszka patrzyła na notariuszkę, jakby nie rozumiała słów. – Właśnie dlatego warunek został spełniony. – Oczywiście, że wszystko jest ustawione. – Dość – przerwała Celina.
– Dokumenty jasno wskazują, że pani…
Nie spodziewałem się tych słów. Znałem ich wystarczająco długo, by wiedzieć, że gdy milczą, zwykle coś knują. Nie odpowiedziałem, bo tak właśnie było. Zauważyłem też coś innego.
W każdym razie po kilku dniach Tomasz pojawił się z wydrukami z aukcji i zagranicznych stron kolekcjonerskich. – Tym bardziej należy sprzedać najdroższe okazy, dopóki są w dobrym stanie. – To nieistotne. – Naprawdę myślisz, że mama budowała te kolekcje po to, żebyśmy wybrali najdroższe sztuki i wywieźli je?
– zapytała Agnieszka. – Nie sprzedam tych roślin. – A co, jeśli przez to się rozpadniesz? Henryk chodził między stołami, poprawiając etykiety na donicach.
– Najpierw muszę ocenić całość. Niektóre Barbara sprowadziła od polskich hodowców. Ekspert położył przed sobą notatki. Wstępna wartość kolekcji to od siedmiuset do dziewięciuset tysięcy złotych.
Dziewięćset tysięcy. – Pan wciąż niczego nie rozumie – powiedziałem. – Jej wartość zależy od ciągłości pielęgnacji, dokumentacji i zdrowia każdego okazu. To było owinięte notatką pisaną ręką Barbary: „Otworzyć tylko w przypadku oficjalnego sporu o testament”.
Tym razem nikt nie udawał, że chodzi wyłącznie o formalności. Warunek określony przez zmarłą był nieprecyzyjny i pozwalał panu… Ja nie „powiedziałem”. Instrukcje, których nikt poza mną nie widział. Pierwsza zawierała dokładne brzmienie pytania, które miałem zadać każdemu z dzieci.
Nie wolno mi było go zmienić, rozszerzyć ani dodać żadnych informacji o spadku. Miałem tylko stworzyć takie same warunki dla całej trójki. – Czy pojawił się pan w oranżerii dopiero po rozmowie między rodzeństwem? Ona zapłaciła za pierwszą wizytę, potem za środki ochronne i naprawę ogrzewania.
Wszystkie wydatki zostały poniesione przed odczytaniem dodatkowej części testamentu. – Nawet jeśli to prawda, nie ma potrzeby przekazywać jej całego majątku od razu. – Mama wyraźnie zdecydowała inaczej. Obecni byli notariusz, lekarz i dwóch świadków.
Każda roślina ma swoją historię. Nie oczekuję, że moje dziecko zna łacińskie nazwy ani potrafi od razu rozpoznać zgniliznę korzeni. Wystarczy, że powie: „Nie wiem, ale się nauczę”. Spojrzał na mnie, ale nie miał już tej samej pewności siebie.
Jednak dokumenty były kompletne. Nie czułem żadnej satysfakcji. Kiedyś wysłał Agnieszce krótką wiadomość, że kiedyś zrozumie, jak bardzo mama go skrzywdziła. Stał przy bramie długo, zanim zdecydował się wejść.
Nigdy nie zamierzałem opiekować się roślinami, nawet przez chwilę. – Nie zostajesz tutaj, bo mi cię żal. Poczułem gulę w gardle. Po pewnym czasie nawiązała współpracę z botanikiem z Wrocławia.
Nigdy więcej niż kilka osób naraz. Agnieszka oprowadzała ich między stołami i opowiadała historię Barbary. To nie był najdroższy okaz. – Wiesz, nie zgodziłam się na pomoc pierwszego dnia, bo kochałam te rośliny.
Nie rozumiałam ich. Wtedy zrozumiałem coś, czego wcześniej nie potrafiłem nazwać. To trafia do tego, kto zgadza się ocalić coś ważnego dla zmarłego, nawet jeśli jeszcze nie wie, czy dostanie za to choćby złotówkę.


